*
ZAPRASZAM NA NOWE WPISY POJAWIAJĄCE SIĘ NA MOIM AKTYWNYM BLOGU:
*
ORAZ DO OBEJRZENIA ZDJĘĆ NA MOICH STRONACH FOTOGRAFICZNYCH:
brulion podróżny (ilustrowany)
(stb)
*
*
Zapiski z tegorocznej podróży na Hawaje przeczytać można TUTAJ, na blogu WIZJA LOKALNA.
Natomiast zdjęcia z Hawajów obejrzeć można TUTAJ na moim blogu fotograficznym ŚWIATOWID oraz TUTAJ (panoramy) i TUTAJ (hawajski misz-masz) na stronie brulionu podróżnego (ilustrowanego).
*
*
*
*
*
*
*
*
*
*
*
Więcej najnowszych zdjęć z Hawajów obejrzeć można TUTAJ (na blogu fotograficznym ŚWIATOWID).
A także: TUTAJ (panoramy) oraz TUTAJ (hawajski misz-masz) w BRULIONIE PODRÓŻNYM.
*
O "KARTKACH Z DZIENNIKA" STEFANA CHWINA
*
*
„Słowo – pisze Chwin – nawet najmocniejsze słowo poetów i teologów, jest w tej sprawie bezsilne”.
W jakiej sprawie?
Właściwie w każdej poważniejszej sprawie – jak na przykład: w sprawie ochrony przed brzydotą i złem świata, czy też uchronienia przed „wygnaniem z istnienia”, na które jest się skazanym przez COŚ nieskończenie mocniejsze od słowa.
To jednak nie wszystko: pisanie mimo swych wzniosłych ambicji, staje się czymś trywialnym i zgoła podejrzanym: „Pisanie jest poszukiwaniem prawdy, dobra, sprawiedliwości, wiedzy, mądrości – ale jest także nieustającym konkursem piękności i uwodzenia.” (To za Gombrowiczem – przyp. LA.)
Tak więc, usiłując uchronić się przed bólem, ukoić cierpienie, uspokoić skołatane nerwy – dajemy nura w samo uwielbienie i narcyzm? Ubieramy się w piórka literatury pięknej, owijamy w bawełnę naszą poranioną duszę, ale strojąc przy tym miny uwodzicielskie, puszczając pawie oczka – chcemy aby naszą wspaniałością i wyjątkowością zachwycił się jeszcze ktoś, oprócz nas, inny?
Hm… I cała ta kwiecista maskarada rozgrywa się ponad otchłanią przepełnioną idiosynkrazją i cierpieniem?
Ale czy myśli ktoś o bólu Narcyza? I czy ktokolwiek wiąże dandysa z cierpieniem?
*
*
*
Stefan Kisielewski siedział w jaskini lwa, tkwił w oku komunistycznego cyklonu, w centrum kulturalnych, politycznych i gospodarczych zawirowań. Mimo narzuconej mu izolacji, pozbawienia możliwości wpływania na społeczny ogół, cały czas trzymał rękę na pulsie bieżących spraw, utrzymywał kontakty z mnóstwem liczących się w kulturze i polityce ludzi (niejedną wódkę z nimi wypił), miał też bezpośredni wgląd w sytuację na świecie. Będąc przy tym obserwatorem przenikliwym, niepoprawnie zachłannym, o diabelsko ruchliwej wyobraźni i ciekawości, z niepoślednim intelektem, unikalną umysłowością, zostawił po sobie ślad, nad którym nie sposób przejść – nawet po wielu latach – obojętnie.
(...)
Polska – to był największy ból Stefana Kisielewskiego. I był to ból przewlekły, tak jak przewlekła była sowiecka kuratela nad naszym krajem. Lata mijały a patriotyczna chandra Kisiela nie ustępowała, co na kartach „Dzienników” widoczne jest aż nazbyt ostro. Choroba „na Polskę”, głęboka frustracja biorąca się z różnicy między tym, co wyobrażał i czego życzył sobie (i krajowi) Kisiel, a rzeczywistym stanem peerelowskim.
„Polska dzisiejsza – Kisiel pisze to na dwa miesiące przed zajściami grudniowymi 1970 r. – to niewątpliwy i klasyczny dom wariatów: to wszystko, co w Rosji jest tragiczne czy dramatyczne, tu jest tylko operetkowe. Kraj z tajemniczą, nikomu nieznaną ‘elitą’ na górze, rządzony w myśl doktryny, którą mało kto podziela, z prawami dziwacznymi i zawile sformułowanymi, egzystujący od przypadku do przypadku, w dużym stopniu dzięki korupcji i łamaniu tego prawa; nie informowany o niczym i mający wszystko w dupie, ale za to kierujący się węchem i siódmym zmysłem; kraj, gdzie wszyscy boją się czegoś nieznanego, nikt natomiast nie boi się oszukiwać i naciągać, wiedząc doskonale, że bez tego nie można żyć; kraj, gdzie nikt nie wierzy w marksizm, a partia marksistowska ma 2 mln. członków – etc. Jak z domu wariatów wyłoni się normalny naród?”
*
"Jak zostać królem"
*
O filmach "JAK ZOSTAĆ KRÓLEM", "CZARNY ŁABĘDŹ", "THE FIGHTER", "THE SOCIAL NETWORK" przeczytać można TUTAJ, na moim aktywnym blogu WIZJA LOKALNA.
Natomiast o "PRAWDZIWYM MĘSTWIE", "127 GODZINACH" i "NIAPOKONANYCH" - TUTAJ.
Zapraszam.
*
"Niepokonani"
Skutki śnieżnej zawieruchy nad Jeziorem Michigan, 2 luty, 2011
*
*
Chętnych do obejrzenia zdjęć z zasypanego śniegiem Chicago zapraszam do obejrzenia najnowszej wystawy zdjęć TUTAJ - w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym), oraz przyczytania notki (na Wizji Lokalnej) TUTAJ.
*
*
*

Henryk Mikołaj Górecki (Photo: Agencja Gazeta)
*
Nie jest sprawą radosną to, że dopiero czyjaś śmierć zwraca uwagę na człowieka, który właśnie odszedł, a o którym ongiś mówiło się sporo z racji jego znaczenia, pozycji, sukcesów… Jak na komendę mnożą się wówczas w mediach elegijne nekrologi sławiące dokonania zmarłego, podkreślające jego zasługi i obwieszczające „niepowetowaną” stratę dla naszego świata, który… stwierdziwszy to pędzi – w najlepsze (lub najgorsze) – dalej. Człowiek, którego już nie ma, pojawia się wtedy w naszej świadomości na kilka chwil, by zaraz potem zniknąć w otchłani amnezyjnego niebytu, przytłoczony nowymi, napierającymi na nas zewsząd wrażeniami i bodźcami.
Śmierć Henryka Mikołaja Góreckiego, który stał się – obok Krzysztofa Pendereckiego i Wojciecha Kilara – najbardziej znanym polskim kompozytorem współczesnym na świecie, przywołała we mnie wspomnienie o nim na dłużej. Wróciłem się bowiem o kilkanaście lat wstecz, by przypomnieć sobie moje spotkanie z kompozytorem, jakie odbyło się w kwietniu 1994 roku w położonym w chicagowskim downtown Hotelu Drake. Rezultatem tej rozmowy był opublikowany w polonijno-amerykańskiej prasie wywiad, którego fragmenty pozwolę sobie tutaj przytoczyć.
*
*
*

Ewa Błaszczyk w "Mistyfikacji"
*
__________________________________________________________________
*
*
Kiedy ponad dwieście lat temu władze miasta Paryża postanowiły przeznaczyć byłe posiadłości spowiednika Ludwika XIV Jezuity La Chaise'a na cmentarz, nie cieszył się on zbytnią popularnością wśród grzebiących swoich bliskich obywateli. Postanowiono więc odwołać się do ich próżności, sprowadzając na nowy cmenatrz kości Moliera, La Fontaine'a oraz słynnych a nieszczęśliwych kochanków Aberlarda i Heloizy (Abelard, jako kastrat, był nieszczęśliwy na dwójnasób).
Cóż, takie to warzystwo mogło nobilitować każde zwłoki.
Zadziałało.
10 lat później na Père-Lachaise było już ponad 30 tys. grobów.
(więcej...)
*
Grób Jima Morrisona (zdjęcie własne)
__________________________________________
Zastanawiam się, o ile mniej wizytujących byłoby na cmentarzu, gdyby pewnej lipcowej nocy 1971 roku Jim Morrison nie zaćpał się na śmierć w ustępie jednego z nocnych klubów na Montmartre i gdyby go tu nie pochowano (jego zwisające z sedesu ciało dwóch handlarzy narkotyków zataszczyło do mieszkania, gdzie mieszkał „bóg Rock'n'rolla" i wrzuciło do wanny, w kórej znaleziono go i oficjalnie stwierdzono śmierć („z przyczyn naturalnych") kilka godzin później.
Przez kilka lat grób Morrisona nawet nie był oznaczony, jednak po jakimś czasie stał się celem pielgrzymek, w których prym wiedli równie co on skonfudowani życiem fani, dziwacy, nawiedzeni okultyści, hippisi i narkomani. Zaczęto urządzać na grobowcu libacje,a nawet seksualne orgie - katafalk zawalony został stertami butelek, petów, strzykawek i kondomów (to śmieciarstwo przetrwało w tradycji do dzisiaj, choć później grób ogrodzono metalowymi barierkami, a nawet postawiono obok niego strażnika).
(...)
*
Grób Oscara Wilde'a (zdjęcie własne)
__________________________________________
Dwa inne nagrobki konkurują - jeśli chodzi o osobliwą idolatrię - z grobem Jima Morrisona.
Są to groby Oscara Wilde'a oraz bliżej nam nie znanego delikwenta nazwiskiem Victor Noire.
Pierwszy, wiadomo - literat, bon vivant, dandys i humorysta, jeden z najbardziej prominentnych homoseksualistów świata, który na łożu śmierci w którymś z paryskich hoteli stwierdził: „Ja i tapety toczymy teraz pojedynek na śmierć i życie. Jedno z nas musi odejść".
Jak można się było spodziewać, do piachu w Père-Lachaise poszedł Wilde, którego grób „ozdobiono" jednym z koszmarniejszych, moim zdaniem, pomników jakie znajdują się na tym cmentarzu, zupełnie zresztą nie korespondującym z jego kwiecistą, niekiedy błyskotliwą, subtelno-ironiczą i na swój sposób wyrafinowaną osobowością.
(więcej...)_________________________________________________
Cały tekst o cmentarzu Pere-Lachaise przeczytać można TUTAJ .
Natomiast zdjęcia obejrzeć można w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym).
__________________________________________________
*
*
Magdalena Boczarska w filmie "Różyczka"
To prawda, że Kamila na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia wybitnie sprawnej intelektualistki, zdającej sobie sprawę z politycznej gry jaka wokół niej się rozgrywa. Ma ona jednak tę zaletę, że obdarzona jest niezwykle ponętnym ciałem, któremu nie może się oprzeć nawet taki tytan erudycji, myśli i społecznego morale, jak Warczewski. Powiedzieć jednak, że Kamila jest pustą idiotką a nawet zwykłą k...ą (jak co poniektórzy ją w filmie nazywają) byłoby mimo wszystko zbyt daleko idącym uproszczeniem. (...)
więcej...
*
Fikcja i rzeczywistość: żona Pawła Jasienicy Zofia Beynar-O'Bretenny oraz filmowa "Różyczka"
Przy okazji tego filmu odżyła w naszym kraju bulwersująca sprawa Pawła Jasienicy i donoszącej na niego żony. Wielu z nas nie mogło się pomieścić w głowie, jak można pisać donosy na kogoś, z kim dzieli się najbardziej intymne momenty swojego życia, kto jest tą naszą „drugą połówką"; wreszcie po kimś, kto jest ostatnią osobą, po której moglibyśmy się spodziewać, że będzie naszym politycznym wrogiem, wydającym nas na pastwę represyjnego systemu.(...)
więcej...
*

*
Miłość, flirt, kolaboracja? Uwiedzeni przez totalitaryzm?
Wielcy artyści w objęciach faszyzmu - winni czy niewinni? Na zdjęciu od lewej: Ezra Pound, Leni Riefenstahl, Ferdinand Céline, Ernst Jünger.
__________________________________________________________________________________________________
Łatwo manifestować naszą liberalną skłonność do obdarzania autora carte blanche, do swoistego nadawania mu immunitetu zwalniającego go od wszelkiej odpowiedzialności za to co pisze, jednym słowem - ciągłego respektowania jego licentia poetica.
Lecz... sprawy się komplikują jeśli wkraczamy na grząski grunt faszyzmu czy komunizmu, czyli totalitaryzmów odpowiedzialnych za największe zbrodnie ludobójcze w dziejach ludzkości.
Więcej . . .
*
Poeci przeklęci: Paul Verlaine i Arthur Rimbaud. Leonardo Di Caprio (Rimbaud) i David Thewlis (Velaine) w filmie Agnieszki Holland "Całkowite zaćmienie"
____________________________________________________________
Kim jest poeta przeklęty?
Poète maudit - l'homme sensible, l'homme incompris...
„Człowiek wrażliwy", „niezrozumiany" - tak nazwie go romantyzm; „dziwak", „oryginał" - a tak burżuazja; „nieszczęśnik" - powie o nim człowiek miłosierny; „wariat" - określi go tzw. trzeźwy realista.
Wszyscy zaś wyznawcy kultów literackich wiedzą, że poeta przeklęty tworzy w bólu i ekstazie, przekracza bariery praw ludzkich i boskich; będąc radykalnym non-konformistą kwestionuje wszelkie autorytety, rzuca wyzwanie światu, chce się przedostać na druga stronę, eksperymentuje na sobie, doświadcza ekstremów...
Wreszcie: jest zarażony śmiercią - wie o każdej godzinie i o każdej dobie, że na ziemi nie ma prawa stałego pobytu.
Opętany miłością i erotyzmem - często (zazwyczaj) nie znajduje spełnienia. A jeśli spełniony - to nienasycony. Stąd skłonności do perwersji, czasem wręcz erotomania i panseksualizm. („Widzę całą Naturę jako apokaliptyczną apoteozę wiecznie drgającego phallusa" - pisał Przybyszewski.)
*
więcej... 
Jim Morrison: "Interesuje mnie wszystko co dotyczy rewolucji, zaburzenia, nieporządku, chaosu - szczególnie ten rodzaj aktywności, który wydaje się nie mieć żadnego znaczenia. To wydaje mi się być drogą do wolności..."
*
*
*
FLORENCJA - widok z Piazzale Michelangelo
*
*
__________________________________________________________________________________________________
Zapraszam do obejrzenia nowej wystawy zdjęć z Toskani, które zamieszczone zpostały TUTAJ - na stronie bloga fotograficznego ŚWIATOWID.
Natomiast opisujący podróż do Toskanii tekst, znależć można W TYM MIEJSCU, w moim głównym blogu WIZJA LOKALNA.
__________________________________________________________________________________________________
*
*
"Perseusz z głową Meduzy" Celliniego jest jednym z arcydzieł wystawionych na widok publiczny na głównym placu Florencji, Piazza della Signoria.
*
*
(ZDJĘCIA WŁASNE)
*
*
Leonardo DiCarpio w "Incepcji"
_________________________________________________
Trudno jest mi się zgodzić z tymi wszystkimi pochwałami, jakich nie szczędzono filmowi Nolana. Nawet wizualnie (a właśnie jednym z najpowszechniej wyrażanych zachwytów była fascynacja widowiskowością obrazu) film ten (z wyjątkiem paru scen) nie sprostał moim oczekiwaniom. Akcja „Incepcji" rozgrywa się głównie we śnie bohaterów, ale niestety, ja tej oniryczności zupełnie tam nie widziałem - zamiast tego czułem pewną... wręcz dziwaczność, dezorientację, przeładowanie i dyskomfort. Zamiast wielkiej inwencji spotkałem raczej zgrabne sztuczki; zamiast intelektualnego wyzwania - dość karkołomną łamigłówkę. Przy tym, zastosowana w filmie estetyka wydała mi się stylistycznie niespójna, podobnie jak niezborna była dla mnie sama akcja, przeskakująca z jednego poziomu snu na inny - niwecząc przy tym to, co w thrillerze jest najbardziej istotne: suspens.
więcej...
_________________________________________________
O filmach: "Incepcja", "An Education", "Agora", "Vicky Cristina Barcelona" można przeczytać TUTAJ .
_________________________________________________
*
*
Camille Claudel "Vertumnus i Pomona", Auguste Rodin "Pocałunek" (Muzeum Rodina w Paryżu, zdjęcia własne)
... może zagubiłam się gdzieś
między oka mgnieniem a brzegiem nicości
porwana przez życie i fale czasu
w morzu rozlewającym się stąd do wieczności?
Budowałam miasta z ulic miłosierdzia
rozpinałam mosty nad rzekami złudzeń
wznosiłam wieżowce westchnień i radości
szkliłam pawilony jasne od uśmiechów
w ogrodach rozsadzałam pędy miłości
okna przysłaniałam kotarą ze smutków
ze strachem zmagałam się w domach pociechy
z nienawiścią uporałam na śmietniku pychy
(...)
więcej . . .wię*
*
Wieżyce kościoła Sagrada Familia w Barcelonie (zdjęcie własne)
__________________________________________________
Kolorowa, tętniąca życiem o każdej porze dnia i nocy. Wielka śródziemnomorska metropolia, odwieczna rywalka Madrytu. Najprężniej rozwijające się i najmodniejsze aktualnie miasto Europy. Miasto Picassa, Salvadora Dali i najoryginalniejszego architekta kontynentu Antonia Gaudiego, którego niezwykłą Katedrę Świętej Rodziny buduje się od ponad 100 lat. Słoneczna stolica Katalonii, której klimat rozgrzewa wszystkie nasze zmysły...
(...)
Najnowszą wystawę zdjęć z Barcelony można obejrzeć TUTAJ .
__________________________________________________
*

Łania wapiti pod tarasami w Mammoth Hot Springs (Yellowstone NP, czerwiec 2010)
_________________________________________________________________________________________________
Garść zdjęć z ostatniej wyprawy do Yellowstone obejrzeć można TUTAJ .
_________________________________________________________________________________________________
( zdjęcie własne )
*
*
Dolny Wodospad Yellowstone i gejzer Old Faithful
____________________________________________
To prawda, Naturę można pokochać na wiele różnych sposobów: od infantylnego i naiwnego - po głęboki i fundamentalny (choć radykalna miłość jest tu dla mnie czymś zgoła wątpliwym).
Ale prawdą jest również to, że Naturę można znienawidzieć - choć ta nienawiść nigdy już nie jest infantylna, a bywa wręcz po ludzku głęboka. Dzieje się tak wtedy, gdy uznajemy (czy też mamy wrażenie), iż zaczyna ona działać przeciwko nam - unicestwiając nasz ludzki świat, niszcząc kogoś kogo kochamy, albo też nas samych.
Jednym słowem, nasz stosunek do Natury jest nie tylko ambiwalentny, ale i dziwny. Dziwny, jak my sami.
więcej . . .
______________________________________________________________________________________________
*
Z
Zapraszam również do obejrzenia nowej wystawy zdjęć pt. ZWIERZĘTA YELLOWSTONE . ______________________________________________________________________________________________
( zdjęcia własne )
______________________________________________________________________________________________
*
*
Przydrożna łaźnia. Indie.
(...)
To prawda, pierwsze zetknięcie z Indiami może być dla przybysza - przyzwyczajonego choćby do innych standardów higieny - szokujące. Na pierwszy plan wysuwają się kwestie sanitarne - brud i zapylenie; przypominające rynsztok ulice pełne fekalii i psujących się odpadków; zalegające wszędzie śmieci; wałęsające się, często będące w opłakanym stanie zwierzęta - poczawszy od tzw. świętych krów, poprzez kozy, świnie, woły, psy, małpy, aż po słonie i wielbłądy (te ostatnie zawsze mają swoich panów, w przeciwieństwie do poprzednich); wreszcie zanurzeni w tym wszystkim ludzie, na widok których rodzi się naturalnie pytanie: jak można w ten sposób żyć?
więcej . . .
*
( zdjęcie własne )
*

Odwracamy się od biedoty. W jednej z prezbiteriańskich modlitw można usłyszeć: „Wybacz nam Boże, iż udajemy, że opiekujemy się ubogimi, bowiem nie lubimy biednych ludzi, ani nie chcemy ich w naszych domach".
Niechęć do biedaków w kulturze Zachodu ma silne korzenie z racji wielkiego wpływu tradycji protestanckiej, w której bieda traktowana była jako grzech. Uznawano ją również za karę boską. Na pewno nie była cnotą, jak np. we franciszkańskim kulcie ubóstwa. Poza tym kapitalistyczne stosunki, pochwała przedsiębiorczości i ekonomicznego sukcesu utrwalały w społeczeństwie pogląd, że każdy jest kowalem swojego losu, a tym samym jest także odpowiedzialny za swoją biedę. Dyktatura optymizmu nie dopuszczała do jakichkolwiek usprawiedliwień dla ubóstwa. Nawet w Biblii możemy znaleźć takie zdanie: „gardzi się mądrością biedaka i nie słyszy się jego słów", a George Farquhar napisał w początkach XVIII wieku: „Nie ma większego skandalu nad łachamany, ani zbrodni bardziej hańbiącej nad ubóstwo"(...)
więcej...
Zdjęcie własne: zaczytany bezdomny na ulicy w Barcelonie.
*
*
(Zdjęcie własne)
A jednak cuda nie tylko się zdarzają
ale i płyną nieustannym strumieniem
w moich żyłach i nerwach drżących
ciągłym podnieceniem, gdy tak patrzę i czuję
jak kaskadą spływa na moje romiona, barki
i głowę... cała ta lekkość i cały ten ciężar
małych i dużych niesamowitości...
więcej...
*
*

Matthias Grünewald ("Ukrzyżowanie")
* * *
Zastanawiam się jednak, skąd rzeczywiście wzięło się to, że krzyż (narzędzie kaźni) stał się najważniejszym symbolem Chrześcijanstwa? Chodzi mi o jego źródło najgłębsze - archetypiczne, rdzeniowe, antropologiczne.
Myślę, że wiąże się to wszechobecną i ponadczasową trwogą człowieka przed śmiercią i cierpieniem, które jednak jest obecne w każdym żywym stworzeniu na świecie. Człowiek, zderzając się z tym wszech-cierpieniem oraz z własnym pojęciem o Bogu jako Stwórcy wszystkiego, dążył do tego, aby ten strach przezwyciężyć (m.in. poprzez składanie krwawych ofiar).
Chrześcijaństwo poszło swoją drogą - i to znacznie dalej. Dążąc do zbliżenia z Bogiem, musiało sobie jakoś dać radę z tym dysonansem (miłość dobrego Stwórcy do ludzi konfrontowana z jednoczesnym skazywaniem ich na cierpienie), więc uciekło się do rewolucyjnej prowokacji kulturowej, dość akrobatycznej zresztą: Bóg zniża się do ludzkiego poziomu, schodzi do ludzi, sam staje się człowiekiem, a takim może się stać tylko wtedy, jeśli odczuje egzystencjalną esencję ludzkiej (nie)doli - czyli strach, cierpienie i osamotnienie (przejmujące: "Eli Eli lama sabachthani?" umierającego na krzyżu Chrystusa).
więcej . . .
*
*
*
"Biała wstążka" (reż. Michael Haneke)
___________________________________________________________
Polański majstruje polityczny thriller, Tołstoj pieje w swojej sypialni, Alicja wpada do spektakularniej dziury Burtona a Austryjak Haneke dokopuje się do źródeł nazimu.
O przebojach filmowych ostatnich miesięcy można przeczytać na "łamach" WIZJI LOKALNEJ .
Zapraszam.
___________________________________________________________

"Ostatnia stacja" (reż. Michael Hoffman)
*
(więcej...)
*
*
Wygląda na to, że najnowsza książka Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych" usiłuje dotknąć jednego z ważniejszych problemów etycznych naszych czasów, a mianowicie stosunku człowieka do zwierząt (a w szerszym aspekcie: do przyrody, i to zarówno ożywionej, jak i nieożywionej, czyli, ogólnie rzecz biorąc, do natury). Na tym ewentualnie może się osadzać jej wartość: uświadomienie nam pewnych ważnych pytań... w i ę c e j . . .
*

*
__________________________________________________
"... a dla kogo piszę? Ależ dla was, moi drodzy Nietoperze, szlachetni desperaci pisma, dla was, bracia moi, nieumiejący przeżyć nawet jednego dnia bez pożerania suchego prowiantu liter, dla was, wymierający zjadacze druku, wąchacze książkowego papieru, miłośnicy zadrukowanych kartek, dla was, sybaryci lampy nad łóżkiem i wygodnego fotela, pasjami lubiący czytać w wannie, w pociągu, na sedesie, w hotelu, w parku, na plaży, w autobusie, pod ławką szkolną, w tramwaju, u fryzjera, w kawiarni, na stojąco, na siedząco, na leżąco, z ręką pod głową, na brzuchu, na plecach, dla was, oglądacze Programów dla Nietoperzy, puszczanych w telewizji koło północy, dla was, żywe pół procenta oglądalności (...), do którego ja razem z wami od dawna należę...
Ach, bracia moi, mieszkańcy Domów z Powietrza, smakosze od Mozarta i Mahlera, Szukacze Nie Wiadomo Czego, skłonni do bezproduktywnych rozmyślań i niebezpiecznych zamyśleń, uciekinierzy ze świata realnego do Innych Światów, Gacki moje drogie, kochające ciszę i szelest przewracanych kartek... Jeszcze żyjemy, jeszcze się trzymamy, choć topniejemy w oczach jak śnieg marcowy na ciepłym parapecie, my, marginesowy target, my, cierpliwi widzowie małych kin studyjnych, oglądający w telewizji po północy filmy robione dla nikogo, my, Nocni Myśliwcy, polujący na Cotrazaara, Kołakowskiego, Bergmana, Felliniego i Eisensteina, my, rekordziści Nocnej Orgii Czytania, my, mistrzowie Zaczerwienionych Oczu, cierpiący od czasu do czasu na słodką bezsenność... z powodu nieopisanego głodu liter..." więcej. . .
Stefan Chwin ("Dziennik dla dorosłych")
*
*
*
_________________________________________________
Indie to istny raj dla fotografa - to bogactwo kształtów i kolorów osaczających człowieka z każdej strony! Gdzie się nie spojrzy tam widnieje gotowy kadr z zaaranżowaną przez jakąś nieodgadnioną siłę kompozycją i tematem, który mógłby opowiedzieć ciekawą anegdotę.
Skąd bierze się tak niesamowita fotogeniczność tego kraju? Pierwsza i oczywista rzecz: egzotyka. Indie są swoistym kosmosem, krajem jakby z innej planety, w którym wszystko jest inne, niż gdziekolwiek indziej na świecie. Oprócz tego: niesłychana różnorodność kulturowa, etniczna, religijna i językowa tego kraju... kalejdoskop, w którym mienią się i skrzą miriady bardziej lub mniej przystających do siebie elementów - drobin. Następnie: kolorystyka i forma - intensywność, kontrast i jaskrawość spektaklu jakim są Indie... więcej...
________________________________________________
Więcej o Indiach w obiektywie przeczytać można we wpisie pt. "Fotograficzny raj" opublikowanym na blogu WIZJA LOKALNA. Natomiast nowe zdjęcia obejrzeć można na stronie ŚWIATOWIDA (wpis pt. "Indyjski kalejdoskop" ) oraz w brulionie podróżnym (ilustrowanym).
Zapraszam.
_________________________________________________
*
*
*
*
*
*
( Zdjęcia autora ) *
*
*
Maharadża sybaryta (Zdjęcie własne: Radżastan, Indie)
*
_________________________________________________
Gdzie szukać sensu? W czym jest spełnienie? Jak osiągnąć satysfakcję? W jaki sposób można dokonać afirmacji własnego, jednostkowego bytu?
W prostocie, abstynencji, umiarkowaniu... w negacji przyjemności i odrzuceniu rozkoszy? (Bowiem: vanitas vanitatum!)
Czy też w życiu pełną piersią, spijaniu jego słodyczy, niepohamowanym cieszeniu się światem - w rozkoszy ciała, w ekstazie, w uniesieniu - radując się chwilą? (Bo przecież: carpe diem!)
Czy nigdy nie zadawaliśmy sobie podobnych pytań?
Czy stać nas było na to, by podążać ścieżką, która nas nęciła, którą chcieliśmy wybrać, albo która wydała się nam prawdziwa? Czy nasza ludzka słabość lub zaniechanie nie zrewidowało naszych dążeń i wyborów? Czy coś lub ktoś nie decydował za nas? (Choćby przypadek - nasze wychowanie, uwarunkowania, społeczna tresura, ograniczenia, kultura, charakter? Albo też przywiązanie do jednego miejsca, obawa przed otwarciem na coś innego, nieznanego i obcego?)
A może rozwiązaniem jest tzw. "złoty środek" - umiarkowanie, wstrzemięźliwość, balans, równowaga? Odrzucenie ekstremum, unikanie ekscesu? Czy jednak przez to nie skazujemy się na życie nudne, monotonne, rutynowe i bezbarwne? więcej...
_________________________________________________
*
*
___________________________________________
Kiedy przechadzałem się pośród niezwykłych świątyń Kadżuraho, uświadomiłem sobie to, jak niewiele wiem o prawdziwym znaczeniu tych pysznych erotycznych rzeźb, które tysiąc lat temu wyczarowali tu z kamienia jacyś anonimowi artyści. Mimo, że z ponad 80 pokrytych rzeźbami świątyń pozostało zaledwie 25, to jednak w niczym nie umniejsza to wrażenia bogactwa i obfitości tej wyrytej w piaskowcu sztuki. Tysiące posążków, w które zaklęto Indie sprzed millenium. Obecność nie do końca uświadomionych bóstw. Strzelające w niebo sikhary, wyrażające - niczym falliczne symbole linga skryte w ich wnętrzach - witalność ludzkiej natury.
Erotyka stanowi zaledwie część tematyki wszystkich rzeźb Kadżuraho, ale jednak niemal wszyscy odwiedzający to miejsce wpatrują się z większą uwagą w tę wykutą w skale Kamasutrę, niż w scenki rodzajowe odtwarzające powszednie życie mieszkańców okolicznych wiosek i miast, dworów i klasztorów, jakie rozgrywało się za czasów dynastii Czandela, kiedy to świątynie owe powstały. Trudno się dziwić: nigdzie indziej na świecie nie miała miejsce taka eksplozja erotyki w rzeźbie; nigdzie indziej na tak wielką skalę nie łączono sakralności z seksem więcej...
__________________________________________
Więcej o tym niezwykłym miejscu w Indiach przeczytać można we wpisie SEKS W ŚWIĄTYNI na moim głównym blogu WIZJA LOKALNA .
__________________________________________
*
**
*
*
*
( Zdjęcia autora )
__________________________________________
Więcej zdjęć ze świątyń w Kadżuraho zobaczyć można w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym) .
__________________________________________
*
___________________________________________
Nowe wpisy ukazują się na moim głównym blogu: WIZJA LOKALNA :
RECENZJE Z FILMÓW : "Rewers", "Dom zły", "Głód", "Avatar"... i inn. (7 luty)
MÓJ STOS EX-LIBRYSTYCZNY (23 stycznia)
WIZYTA (18 stycznia)
WSZYSTKO I NIC (2 stycznia)
Zapraszam.
___________________________________________
*
*
*
*
__________________________________________
Wystawę nowych zdjęć z Londynu obejrzeć można w BRULIONIE PODRÓŻNYM - ILUSTROWANYM .
Natomiast z relacją z wizyty w tym mieście zapoznać się można TUTAJ , czyli na nowym blogu pt. WIZJA LOKALNA .
__________________________________________
*
(Zdjęcie autora) *
*
*

*
__________________________________________
Zapraszam w podróż dookoła świata.
Kolekcję kolorowych obrazów z bliska i z daleka można zobaczyć TUTAJ .
__________________________________________
(Zdjęcia i kolaż autora)
*
*
*
SŁAWA - POŻĄDANE UTRAPIENIE
________________________________________________
Ludzie pragną, aby ich obserwować, brać pod uwagę,
doceniać, chwalić i podziwiać.
Jest to jedna z najwcześniejszych, najbardziej podstawowych,
jak również najgłębszych skłonności
odkrytych w sercu człowieka.
John Adams
__________________________________________________________
Już Eurypides dwa i pół tysiąca lat temu zauważył, że świetność i blask słynnych ludzi to tylko pozór, gdyż pod spodem są oni tacy sami, jak wszyscy. Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to wydaje się być czymś oczywistym, wręcz trywialnym, lecz na drugi - zawierać jednak pewien fałsz. Sławni ludzie nie są tacy sami, jak wszyscy inni, choćby tylko z tego powodu, że są... sławni.
Naturalnie, przyczyny fenomenu sławy leżą głębiej i różnią się w każdym przypadku. Akceptujemy czyjąś sławę, gdy jest ona skutkiem jakiegoś wielkiego dokonania, dzieła mającego znaczenie społeczne, polityczne lub kulturowe; kiedy wynika ona z uznania dla wkładu jednostki w ogólny dorobek ludzkości.
Na drugim biegunie leży infamia - niesława, czyli negatyw sławy. Nazwisko człowieka staje się ogólnie znane, dzięki jego „niesławnym", niekiedy wręcz haniebnym czynom. Jak pamiętamy, dla takiego np. szewca Herostratosa był to jedyny sposób, dzięki któremu mógł się zapisać w pamięci potomnych: podpalić słynną świątynię Artemidy Efejskiej. Znając te intencje, polecono wymazać jego imię z tablic i manuskryptów. Tym skwapliwiej je zachowano. Nie zapominamy o Hitlerze, Stalinie; głośni stają się zamachowcy, zbrodniarze, i seryjni zabójcy. Lecz ci osobnicy, akurat nie będą nas tu zajmować.
Plebejską odmianą sławy jest popularność. W Stanach Zjednoczonych jest ona ściśle związana z komercjalizmem. Jeśli chodzi zaś o Hollywood, to istnienie tzw. systemu gwiazd (star system), ma głównie na celu ciągnięcie zysku z wylansowanych uprzednio aktorek i aktorów. Lansowanie to odbywa się różnymi sposobami, a publicity, czyli nagłaśnianie w mediach, jest pożądane przez „gwiazdy", ich producentów, agentów i menedżerów... nawet jeśli ma pejoratywny odcień. Chodzi tu o najczęściej po prostu o plotki, podglądanie prywatności, pewne niedyskrecje... Sława to przecież także szkło powiększające.
Niekiedy negatywna reklama wokół nazwiska, spełnia takie samo zadanie, jak reklama, na którą wydaje się setki tysięcy dolarów. Magazyny zajmujące się życiem „sław" - ludzi wywodzących się głównie ze sfery show-businessu - osiągają na Zachodzie ogromne nakłady („People", „Vanity Fair", „Vouge"...). Mowa tu o tzw. celebrities, czyli osobach adorowanch (słowo to, jak widzę, na dobre przeniknęło do naszego kraju i rozkwitło okropnie brzmiącym wg mnie określeniem "celebryci") .
*
*
Oczywiście należy odróżnić to od wulgarnego pchania się "z kopytami" w prywatność i intymność innych, praktykowane nagminnie przez wszelkiej maści brukowce i tabloidy, dla których pomówienie i wyssana z palca sensacja jest głównym instrumentem epatowania publiki. Niestety, pisma takowe, rozchodzą się jeszcze liczniej. Dla bardziej wrażliwych - tak jak było to w przypadku zranionego łabędzia Michaela Jacksona - są źródłem utrapienia, natomiast sądom przysparzają tylko procesów o zniesławienie (a w to graj adwokatom z ich krociową dolą).
Zdarza się więc, że ci, którzy wcześniej uwijali się jak w ukropie, by tylko ściągnąć na siebie ogólna uwagę, później odczuwali wścibską popularność, jako ciężkie brzemię. To dlatego Fred Allen w „Treadmill to Oblivion" zdefiniował postać celebrity jako osobę, która przez całe życie pracuje ciężko nad tym, by stać się sławną, a później zakłada czarne okulary, żeby jej nikt nie rozpoznał.
Z tym pragnieniem sławy bywa różnie. Taki Montaigne np. ponad sławę przedkładał życie w spokoju. Inni uważają, że pasja sławy jest instynktem „wielkiej duszy". Benjamin Franklin radził łaknącym sławy: Jeśli nie chcesz być zapomniany zaraz po śmierci, to musisz pisać rzeczy, które warto by było czytać lub robić rzeczy, o których warto by było pisać. Gotową odpowiedź na takowe dictum miał Marcus Mortal: Jeżeli mam się stać sławny dopiero po śmierci, to mi się wcale do tego nie śpieszy.
Nikt nie jest skory przyznać się do tego, choć wielu marzy się uczynienie ze swego życia pamiętnego monumentu.
Albert Camus miał zamiar znacznie skromniejszy. Uważał, że żyje tylko po to, by zostawić na ziemi bliznę. Czy była to tylko liryczna retoryka, chwytająca za serce egzystencjalna metafora? Tak, jak w każdym aspekcie naszej doli człowieczej, także i tu wkrada się w ludzkie serce melancholia: Sława? - pył na wietrze, znikomość, ułuda, puch marny...
*
*
*
PO CO LUDZIOM GWIAZDY ?
Wróćmy jednak do kultury masowej.
Sprawa współczesnej publicznej idolatrii, mechanizmów kreowania „bożyszczy" tłumów i preparowania „kultu gwiazd" to temat na całą rozprawę socjologiczno-kulturową. Skądinąd mogłoby to być studium ciekawe i pouczające, odkrywające wiele prawd wręcz cywilizacyjnych. Zjawisko to jest nie tylko rezultatem sprawnego marketingu, komercjalnego robienia „szumu" wokół „gwiazdy". To raczej w procesie lansowania wykorzystuje się pewne właściwości mas, które wybierają sobie (lub akceptują) idola, gdyż ten... jest im potrzebny.
Potrzebny z wielu względów.
Spróbujmy wymienić kilka. Jeden z nich, wcale nie bagatelny, nazwałbym „potrzebą plotki". W małej społeczności - wiejskiej lub drobnomieszczańskiej - plotka pełniła (i pełni) rolę czegoś w rodzaju moralnego regulatora (pewne zachowania są ganione, inne aprobowane - to się usprawiedliwia, tamto zaś gani...etc.); dalej: była źródłem informacji (to nie istotne, że skrzywionej, będącej często pomówieniem), wreszcie zabijała ludzką nudę i poczucie jałowości, wypełniała pustkę. A wiadomo, że natura nie znosi próżni. Na dodatek, świat jest już teraz, w dobie zaawansowanej rewolucji informatycznej, jedną globalną wioską. Ma też swoje globalne super-ploty. Przykład: oprócz hollywoodzkiego dworu, brytyjska rodzina królewska i tragi-komiczne wyczyny jej członków, o których rozprawia się szeroko nie tylko w Europie, ale i w Ameryce, Australii, w Polsce czy w Japonii.
Są też powody idolatrii bardziej budujące. Np. prosty podziw dla tych, co na świeczniku (pomijamy na razie zawiść). Podziw dla ich talentu, walorów cielesno-duchowych, dla ich pracowitości i dokonań...
Niektórym imponuje też owo wysforowanie się na czoło „wyścigu szczurów".
Jakby nie było, aprobata społeczna i akceptacja sukcesu to ważny czynnik wpływający na rozwój całego narodu, społeczeństwa.
Sława rodaka to przecież powód do dumy, jak również afirmacja poczucia własnej (i plemiennej) wartości, nieraz przecież nadwątlonej świadomością własnych braków. To dlatego tak łapczywie rzucamy się my na sukcesy choćby naszych sportowców (Małysz, Kubibca, siatkarki... ).
*
*
*
Istnieje również (zwłaszcza w przypadku młodzieży) potrzeba przykładu - wzoru, do którego nieuformowani jeszcze młodzi ludzie chcą się przypasować (moda, ubiór, sposób bycia, fryzura...); któremu chcą dorównać, także pod innymi względami, już mniej powierzchownymi.
Zawsze jednak dobrze jest pamiętać, iż każda sława ma swoje standardy, które nie sposób naśladowcom przekroczyć. Np. - jak to już ktoś zauważył - jakiś człowiek o wielkim otworze gębowym i grubych wargach, będzie tylko jeszcze jednym człowiekiem o wielkich ustach i grubych wargach... chyba, że jest Mickem Jaggerem albo Sammy Davisem Jr.
Nigdzie tak obficie nie plenią się mity, jak w pobliżu sław. Już sam proces osiągania sławy ma w sobie spory element mitotwórstwa. Nazwisko sławy staje się symbolem, zaczyna żyć własnym życiem, często w oderwaniu od osoby fizycznej (innymi słowy, staje się legendą). A już Homer w „Iliadzie" wieścił: Jakże próżne bez treści jest słowo, jakże puste jest imię bez zasług.
Podobna myśl przewija się często: Bywa tak, że podziw dla dzieł sławnego człowieka staje się powszechny wtedy, gdy powszechny staje się podziw dla jego nazwiska (Hazlitt).
Panuje przekonanie, że kiepski to naród, który potrzebuje bohaterów. W przypadku amerykańskiej kultury masowej, sprawdza się to tym jaskrawiej, że jakość tutejszych królów masowej wyobraźni pozostawia wiele do życzenia. Przy okazji można strawestować znane powiedzenie: pokażcie mi waszych masowych idoli, a powiem wam, jakie jest wasze społeczeństwo.
*
*
Na zdjęciach: Madonna, Rita Hayworth, Marlon Brando i Brad Pitt
*
*
_________________________________________________
Od mojej ostatniej przeprowadzki z głównym blogiem na WordPress ( wizja lokalna ) miało być tutaj lekko i relaksowo - jakieś błahostki i bagatele - ale oto wróciłem właśnie z projekcji filmu "Popiełuszko. Wolność jest w nas" (była to jego amerykańska premiera), po której długo nie mogłem zaznać spokoju. Odżyły bowiem we mnie wszystkie emocje, jakie kiedyś przeżyłem w związku z tym merderstwem.
Nie chcę tutaj pisać o samym filmie (który, w kategorii sztuki filmowej wydaje mi sie jednak dziełem średnim), ani o głośnym już i komercyjnym jak stragan plakacie, (który "żywcem" - pardon za wyrażenie - "zerżnięto" z ostatniego "bonda"), ani tym bardziej o niesumienności producentów filmu, którzy zwlekali z wypłatą należnych honorariów (nawet nie wiem, jak się ta sprawa skończyła).
Zamiast tego chcę przypomnieć sylwetkę zabójcy księdza Popiełuszki, (którym, jak doskonale pamiętamy był Grzegorz Piotrowski) a właściwie wywiad, jakiego udzielił on jednemu z polskich czasopism pod koniec lat 90-tych, na kilka lat przed zwolnieniem z więzienia.
_________________________________________________
*
Morderca
*
* * *
Właśnie mija 25 lat od tamtego tragicznego wydarzenia, które niewątpliwie było nagłośniejszym zabójstwem politycznym w powojennej Polsce.
Przypomnijmy, że w 1985 r. do więzienia trafiło czterech pracowników Służby Bezpieczeństwa: Piotrowski i Pietruszka z wyrokiem 25 lat pozbawienia wolności, Pękala - 15 lat i Chmielewski - 14 lat. Rok później, na podstawie amnestii, dwóm pierwszym zmniejszono kary do 15 lat, pozostałym - do 10 i 7 lat. Z kolei, już w następnym roku kary Piotrowskiego i Pietruszki stopniały do 10 lat, a pozostałych - do lat 6. W latach 90-tych byli już na wolności wszyscy, z wyjątkiem Piotrowskiego, którego jednakże wypuszczano co jakiś czas na przepustki. W końcu, z więzienioa wyszedł on w 2001 roku.
Kilkakrotnie próbowano pociągnąć do odpowiedzialności wyższych funkcjonariuszy SB i MSW - generałów: Płatka, Ciastonia i Kiszczaka, lecz - jak wiemy - nic z tego nie wyszło.
Tymczasem wpadł mi w ręce polski „Super Express", gdzie zamieszczono wywiad, jaki reporterzy tej gazety przeprowadzili z Piotrowskim podczas jednej z jego półrocznych przepustek, która miała miejsce w 1997 roku. Wypowiedzi Piotrowskiego sprawiają w nim wrażenie wręcz pokazowych. Jeśli są szczere, nie mogą chyba nie wywołać satysfakcji - w myśl chrześcijańskiej przesłanki, iż Boga cieszy bardziej jeden nawrócony grzesznik, niż dziesięciu wiernych i cnotliwych (tezy nie do końca przeze mnie zrozumiałej, bo sprzeciwiającej się logice wymierności dobra.)
Oto rozlega sie donośne uderzenie w pierś własną Piotrowskiego:
„Byłem zanarkotyzowanym maniakiem. Z całą pewnością nie byłem człowiekiem zdrowym psychicznie. O tym jak myślałem może świadczyć fakt, iż byłem przekonany, że Katyń jest jedynie propagandowym wymysłem. Miałem poczucie posłannictwa. Każdy atak na Służbą Bezpieczeństwa traktowałem jak napaść na mnie samego (...) Zbrodni nie usprawiedliwia nic. Natomiast maniacy zarażeni ideologią są niesłychanie niebezpieczni (...) Więzienie jest najlepszym lekarstwem dla narkomanów, takich jak ja. Proszę mi wierzyć, ze lepszego lekarstwa nie ma."
Jednak większość uderzeń pada na piersi cudze, głównie „firmy" i panującej w niej ideologii:
„Byłem tak mocno przesiąknięty ideologią, że nawet ryzykując skazanie na śmierć, czego chciał prokurator, postanowiłem, że trzeba bronić interesów ‘firmy' (...) Na oczach miałem takie bardzo duże klapki. Z procesu wynikało, że zamordowanie księdza to mój wymysł, wybryk spowodowany moimi skłonnościami patologicznymi. Tak to próbowano sprzedać. A ja byłem przesiąknięty nie tylko ideologią partyjną, ale Ideologią służb specjalnych. Mój umysł został ‘spacyfikowany' mentalnością służb specjalnych."
Niczym cała masa rewolucyjnych buntowników i ideowych prekursorów totalitaryzmu, stawiał się Piotrowski poza dobrem i złem:
„Tak, to trzeba było zrobić (tzn. ‘oczyścić' ojczyznę z ‘wichrzycieli' i ‘podburzaczy' - przyp. autora). Dziaałem w poczuciu wyższej racji (...) Uważałem, że nawet cierpienia zadawane jednostkom są usprawiedliwone, gdy zapewniają spokój w państwie. Wówczas państwo kojarzyło mi się z władzą".
Piotrowski przyznaje, iż państwo utożsamiał z władzą, zdradzając tym samym istotę każdego państwa totalitarnego, w którym siła, przymus i władza stawiane są ponad człowiekiem (tzn. ponad człowiekiem z krwi i kości, a nie wyimaginowanym człowiekiem idealnej szczęśliwości, którą ma się osiągnąć w jakiejś bliżej nieokreślonej „świetlanej" przyszłości.")
Morderca wypowiada się również w sprawie sumienia:
„(Oprzytomniałem), kiedy zobaczyłem w telewizji pogrzeb księdza Popiełuszki. Wstrząsnęły mną te tysiące ludzi. Dotarło do mnie wówczas, co się w istocie stało. Rodziców Popiełuszki widziałem jedynie w kilku migawkach, ale tak głęboko zapadli mi w pamięć, że bez trudu rozpoznam ich na ulicy (...) Bywały momenty, jeśli rozmawiamy szczerze, że siłą woli przywoływałem postać księdza Popiełuszki. Mówiłem do niego per ‘Jurek'. Jednak były to monologi - z tamtej strony była to tylko cisza."
Czy mamy się w tym momencie wzruszyć? Na ile jest to wyznanie szczere, na ile wyrachowane?
Czy rzeczywiście tak cenne może być dla nas to „nawrócenie" i samokrytyka Piotrowskiego? (Notabene, „samokrytyka" to był żelazny punkt w repertuarze komunistycznej gry i perfidii.) Jestem pewien, że gdyby układy polityczne z tamtego okresu przetrwały w niezmienionej postaci do dzisiaj, Piotrowski pozostałby przy swojej Ideologii, przy swoich Panach, przy swoim żłobie i dalej by uważał, że „cierpienia zadawane jednostkom są usprawiedliwione", a nienawiść społeczeństwa do Służby Bezpieczeństwa to „przejaw głupoty i niezrozumienia naszej misji."
Jego „nawrócenie" się i pokajanie jest więc być może kolejnym „nawróceniem" koniunkturalnym, czyli takim, które wynika z warunków zewnętrznych, a nie z własnej wewnętrznej potrzeby, ludzkich przemyśleń, głosu sumienia...
Lepsza chyba jednak taka przemiana, niż żadna.
* * *
Sam, na własne uszy, słyszałem wśród ludzi opinie świadczące o podziwie dla charakteru Piotrowskiego, dla jego „nieugiętej", „twardej" postawy podczas procesu.
Taka admiracja jest dla mnie wstrętna, nawet jeśli przyjmiemy, iż rzeczywiście wynikało to z żelazności charakteru esbeka. A może jednak było to efektem przeświadczenia, że mimo wszystko zbrodnia ta pozostanie bez kary? (Tak, jak bez kary pozostały inne zbrodnie komunistów.) Właściwie tylko przypadek sprawił, że towarzyszący Popiełuszce Chrostowski uciekł i dzięki temu wszystko wyszło na jaw.
Poza tym, gdzie ten charakter Piotrowskiego lojalnego wobec własnych wyborów? (Choć przyznaję, że to pretensja cokolwiek przewrotna.) A może nie był to żaden podziwu godny charakter, a zaślepienie, omamienie, poczucie bezkarności i buta? Czyli - koniec końców - bezmyślność, głupota i nikczemność. A takimi cechami charakteru trudno doprawdy się zachwycić.
Możemy odnieść wrażenie, iż udzielając wywiadu Piotrwski rozumuje w miarę trzeźwo i krytycznie, dochodzi jednak do mylnej konkluzji:
„Większość służb specjalnych w Polsce żyje w świecie fikcji. (Zresztą nie tylko w Polsce - przyp. autora) Walczy za ogromne pieniądze z fikcjami wytwarzanymi na własny użytek (...) To był kabaret. Czytałem ostatnio fragmenty ‘Białej Księgi'. To jest pewien przykład na to, że to jest jednak cały czas kabaret. Tyle, że ja myślałem, że gram w dramacie."
To prawda, służby specjalne w Polsce często przypominały groteskowy, acz potworkowaty kabaret. Niestety, choć obsada artystyczna i dekoracje może nieco się zmieniją, to rodzaj występów pozostaje ten sam, o czym mogliśmy się niejednokrotnie przekonać, czytając choćby wspomnianą przez Piotrowskiego „Białą Księgę" (będącą zapisem rozmów służb bezpieczeństwa), o której swego czasu było dosyć głośno. Doprawdy, lektura ta mogła wpędzić człowieka w niejakie przygnębienie. Po raz kolejny byliśmy w stanie uświadomić sobie, od jakich chamów, bandziorów i kretynów zależy czasem sytuacja w świecie, a tym samym jego (i nasze) losy.
Wróćmy jednak do Piotrowskiego i jego stwierdzenia, iż miał wrażenie, że gra w dramacie, a w rzeczywistiści był to jednak kabaret.
Jeśli już był to kabaret... to do momentu, kiedy w tym kabarecie zamordowany został człowiek. Wydarzyła się tragedia, która farsę zamieniła w dramat.
Czy rzeczywiście, do dzisiaj, Piotrowski uświadomił to sobie naprawdę?
* * *
*
Ofiara
*
*
*
*
*
*
__________________________________________________
Aby rozjaśnić nieco nastrój, tudzież ocieplić jesienną atmosferę wokół nas, zapraszam do odwiedzenia pewnego słonecznego i gorącego kraju oraz do obejrzenia garści obrazów, które STAMTĄD swego czasu przywiozłem.
Mam nadzieję, że zdołałem jakoś utrwalić na nich egzotyczną urodę tego miejsca, które zachwycić może nie tylko klimatem i barwami, ale i kulturowym dziedzictwem, które zdołało się - choćby tylko częściowo tam zachować.
_________________________________________________
*
*

*
*
*
*
*
*
(Zdjęcia autora)
*
*
___________________________________________
Chciałbym zawiadomić wszystkich - zarówno stałych Czytelników tej strony, jak i gości bardziej przypadkowych - że przenoszę się ze swoimi głównymi zapiskami do innego locum.
Zapraszam więc do odwiedzenia mojej nowej strony, której nadałem tytuł WIZJA LOKALNA .
Mam nadzieję, że spotka się ona z Waszym zainteresowaniem.
___________________________________________
Nie chciałbym jednak zamykać bloga obecnego tutaj - ani tym bardziej go likwidować - i to nie tylko dlatego, że poświęciłem mu sporo uwagi przez te półtora roku, które upłynęły od jego założenia, ale również z tego powodu, iż mimo wszystko zamierzam tutaj od czasu do czasu coś opublikować. Będzie to jednak materiał lżejszy, mniej problemowy - takie błahostki i bagatele, które mogłyby rozbijać spójność Wizji Lokalnej, gdzie chciałbym podejmować zagadnienia nieco trudniejsze, wymagające trochę większego wysiłku i skupienia.
Będę wdzięczny za wszelkie Wasze uwagi.
__________________________________________
*
*
___________________________________________
Jak pewnie zauważyli Czytelnicy tego bloga, od niedawna pojawia się nad jego nagłówkiem banner reklamowy. Podobnie jest zresztą na innych blogach korzystających z serwisu Wirtualnej Polski.
Uważam za wysoce niestosowne to, że zdecydowano się z naszych stron zrobić coś w rodzaju targowiska, bez uprzedzenia nas o tym.
Odbieram to, jako pewną formę lekceważenia ludzi, którzy serwisowi WP zaufali.
Jestem wdzięczny Wirtualnej Polsce za umożliwienie mi korzystania z jej serwisu, ale chcę także przypomnieć, że udzielenie komuś gościny, by później wchodzić do pokoju gościa bez pukania i coś tam zmieniać czy grzebać w jego garderobie, jest w moim odczuciu grubym nietaktem.
Przykładam dość dużą wagę do estetycznej strony wyglądu bloga, więc takie wtręty reklamowe są dla mnie niczym innym, jak drastycznym burzeniem tej estetyki. Nie chcę także, by za każdym razem, kiedy wchodzę na swoją stronę, przypominano mi o totalnie skomercjalizowanym świecie.
Jest mi bardzo przykro z tego powodu, że na mojej stronie zaczęto handlować jakimś towarem.
Czyżby wszystko było na sprzedaż?
___________________________________________
*
*
*
*
*
1. Dobrze jest czasem sięgnąć po klasykę.
Choćby tylko po to, by się dowiedzieć, czym ona jest naprawdę - jaką niesie treść, ile jest teraz warta, czy przystaje do naszych czasów...
Bowiem zbyt często nasza wiedza przypomina jakiś bryk - coś tam o czymś wiemy (ale nie do końca), ktoś tam o tym coś napisał (a my na tym dość bezmyślnie się opieramy), znamy jakieś chwytne hasło, (które wyjęte z kontekstu nabiera innego znaczenia, niż miało pierwotnie - tak jak to jest np. z "religią - opium dla mas" Marksa, czy z "biczem na kobiety" Nietzschego... etc.)
Pod tym względem wszyscy jesteśmy dyletantami.
2. Od czego wychodzi Ortega Y Gasset pisząc swój słynny esej o "buncie mas"?
Otóż od statystyki.
I już tutaj powinniśmy zachować czujny sceptycyzm, bo statystyka, oprócz tego, że może ujawnić prawdę o rzeczywistości, to równie dobrze może tę rzeczywistość zafałszowywać.
Czy np. to, że w ciągu 114 lat (od 1800 roku do 1914) ludność świata ze 180 mln. wzrosła do 460 mln. uprawnia kogokolwiek do potraktowania ludzkości jako rozrastającej się "masy"?
(Cóż wogóle mówią te liczby, skoro nie ma tu rozróżnienia przyrostu ludności na poszczególne kontynenty, cywilizacje, kultury... ani uwzględnienia sytuacji społeczno-politycznej w jakiej ten przyrost naturalny się odbywa?)
Ponadto, czy tłok, jaki spotyka Ortega y Gasset w kinie, w tramwaju, na ulicach upoważnia go do wydawania kategorycznych sądów o tłumie, jako tworze amorficznym, niezindywidualizowanym, masowym?
Czy nie jest to po prostu uleganie iluzji wobec niemocy uchwycenia fenomenu, jakim jest poszczególna ludzka istota i zamiast tego tworzenie jakiejś zbiorowej abstrakcji?
*
*
*
3. Chwali się Ortegę y Gasseta za przenikliwość wręcz proroczą - bo przecież przewidział on tryumf "człowieka masowego", tudzież wskazał na grozę jaką niesie ze sobą omnipotencja nowoczesnego państwa i rodzący się totalitaryzm. Jednakże wiele jego uwag sformułowanych jest w taki sposób, że można je odnieść zarówno do sytuacji Europy w okresie między wojnami (Ortega y Gasset pisał swoją "La rebelión de las masas" w latach 20-tych XX wieku), do powojnia, jak i do czasów nam współczesnych.
Tu rodzi się pytanie: czy owa "kompatybilność" jest rzeczywiście dowodem na socjologiczno-historyczną przenikliwość, czy też po prostu świadczy o ogólnym i uniwersalnym charakterze tez autora, które da się zastosować do różnych okresów historii nowożytnej ?
4. Czym wg Ortegi y Gasseta jest "człowiek masowy" oraz sama "masa"?
Najlepiej będzie, jeśli oddamy głos jemu samemu:
"Masy możemy zdefiniować jako zjawisko psychologiczne, nie musi to być koniecznie tłum złożony z indywidualnych jednostek."
"Masy to 'ludzie przeciętni'. W ten sposób to, co było jedynie ilością, tłumem, nabiera znaczenia jakościowego; staje się wspólną społeczną nijakością. Masy to zbiór ludzi nie wyróżniających się niczym od innych, będących jedynie powtórzeniem typu biologicznego".
"W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy więc wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję życiowych żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony brak poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili. Obie cechy są charakterystyczne dla psychiki rozpuszczonego dziecka".
Jednym słowem, człowiek masowy to taki "zepsuty paniczyk", którego cechuje również „skłonność do czynienia z zabawy i sportu głównej sprężyny życia; pielęgnacja własnego ciała, dbałość o urodę i strój; brak romantyzmu w stosunkach z kobietami; zabawianie się z intelektualistami z odczuwaniem w głębi duszy pogardy dla nich." Tak naprawdę nie interesuje go nic, poza własnym dobrobytem.
*
*
*
Człowiek masowy to oczywiście niekoniecznie tylko ktoś przynależący do klasy robotniczej, proletariatu, plebsu... Może być on ównież naukowcem lub specjalistą; może wywodzić się zarówno z tzw. inteligencji, arystokracji, jak i burżuazji, czyli właściwie ze wszystkich warstw i klas społecznych.
Ortega y Gasset nie szczędzi nikogo:
"Prototypem człowieka masowego jest współczesny człowiek nauki. (...) Sama nauka - rdzeń cywilizacji - przemienia go w człowieka masowego, a więc czyni z niego prymitywa, współczesnego barbarzyńcę."
O tzw. "specjaliście" zaś pisze: "Wobec polityki, sztuki, obyczajów społecznych i towarzyskich, a także wobec innych nauk przyjmuje postawę najgłubszego prymitywa; ale robi to z przekonaniem i pewnością siebie."(...) "Każdy, kto chce, może zauważyć, jak głupio dziś myślą i postępują w takich sprawach jak polityka, sztuka, religia (...) 'ludzie nauki' i oczywiście, za ich przykładem, lekarze, inżynierowie, finansiści, nauczyciele, itp. (...) Oni to symbolizują obecnie imperium mas, które z nich w znacznej mierze się składa, a ich barbarzyństwo jest najbardziej bezpośrednią przyczyną demoralizacji Europy."
"Nie są to głowy otwarte; stąd też bierze się ich notoryczna tępota i niezaradność."
Dostaje się również politykom i to tym z najwyższej półki: "Na ogół polityk, i to sławny polityk, dlatego właśnie jest politykiem, że jest tępy."
Summa zaś może brzmieć tak:
"Współczesny człowiek masowy jest faktycznie prymitywem, który bocznymi drzwiami wśliznął się na starą i szacowną scenę cywilizacji".
I na koniec zdanie, które może nas jednak wpędzić w zupełną konsternację:
"Obecnie wszyscy to tylko masa".
Zdanie, które na domiar złego Ortega y Gasset doprawia następującą konkluzją: "Taka właśnie jest straszliwa prawda o naszych czasach, przedstawiona brutalnie i bez osłonek".
Jeśli chodzi o mnie, to również zgadzam się z tym, że jest to prawda straszliwa, ale nie dlatego, że ludzie nagle stali się "masą", lecz dlatego, że właśnie za "masę" zaczęto ich uważać - i jak "masę" traktować.
5. Nie lubię kiedy ludzi określa się mianem "masa".
Zważmy, że robiły to wszystkie państwa totalitarne, a konkretnie - przywódcy tych państw, którzy - wszyscy jak jeden - byli autokratami, dyktatorami i tyranami przepełnionym pogardą dla "mas". Może właśnie dlatego byli jednocześnie tak skutecznymi "zamordystami"?
Hitler i Goebbels żywcem w swoich propagandowych tyradach cytowali np. Le Bona, który zanalizował zachowanie się ludzi "w masie"; podobnie zresztą jak Mussolini, który "Psychologię tłumu" tegoż autora trzymał nawet ponoć na nocnej szafce przy łóżku.
Czy to świadczy o tym, że Le Bon się mylił?
Nie, wręcz przeciwnie - często miał rację, (choć jego podejście do "tłumu" było jednak tendencyjne, zabarwione ideologią i pełne uprzedzeń.)
Tu chodzi jednak o coś innego, a mianowicie o humanitarny stosunek do społeczeństwa - o postrzeganie ludzkiej zbiorowości w całym jej zróżnicowaniu i złożoności, nie jako "masy", a jako zbioru ludzkich indywidualności. W przeciwnym razie możemy mieć do czynienia z instrumentralnym traktowaniem nie tylko jednostki, ale i całego społeczeństwa: socjotechnika zamienia się wtedy w jedną wielką manipulację.
Rzeczywistość wokół nas ma również tę właściwość, że może się zmieniać w zależności od tego jak (i za pomocą jakich instrumentów) my ją postrzegamy i badamy (co ciekawe, ze zjawiskiem tym można się również spotkać w naukach tzw. "ścisłych" - vide: zasada nieoznaczoności Heisenberga).
Ludzie bardzo często zachowują się niczym lustro: odbijają swoim zachowaniem to, jak się ich traktuje, jak pojmuje, jaki się ma do nich stosunek...
Z takich samych ludzi składały się więc tłumy wiwatujące na cześć Hitlera, jak i tłumy zebrane na Placu Św. Piotra, by oddać hołd zmarłemu Janowi Pawłowi II.
*
*
*
6. Na czym wg Ortegi y Gasseta polega "bunt mas"?
Otóż na tym, że "masy" ośmielają się we współczesnej mu Europie sięgać po władzę, jakby posiadanie przez nich tej władzy rozumiało się samo przez się. Pisze on np., że „masy zhardziały w stosunku do mniejszości; nie są im posłuszne, nie naśladują ich ani nie szanują; raczej wprost przeciwnie, odsuwają je na bok i zajmują ich miejsce".
"Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnym i banalnym, i do narzucania tych cech wszystkim inym."
"Człowiek masowy czując się pospolitym, żąda, by pospolitość była prawem i odmawia uznania jakichkolwiek nadrzędnych wobec siebie instancji."
Mamy tu po prostu do czynienia z arogancją:
"Człowiek, który przypisuje sobie prawo posiadania własnego zdania na jakiś temat, nie zadając sobie uprzednio trudu, by go przemyśleć, jest doskonałym przykładem owego niezmiennego i absurdalnego sposobu bycia człowiekiem, który nazwałem 'zbuntowaną masą' ".
Otóż właśnie dlatego "dzisiejszy świat wszedł w okres poważnej demoralizacji, której jednym z objawów jest nieokiełznany bunt mas, a która bierze swój początek z demoralizacji Europy."
7. Jakkolwiek wszystkie te wywody Ortegi y Gasseta na temat właściwości, cech i dążeń człowieka masowego, tudzież przejmowania przezeń władzy, nie wyglądałyby przekonywująco i sugestywnie, to moim zdaniem nie jest jednak prawdą iż "masa" może przejąć władzę, a tym bardziej błędne jest założenie, że może ona rządzić. Jeśli już - to jest to władza i rządy podobne tym, jakie panują w pędzącym stadzie bydła, czyli coś, co jest impulsywne, okazyjne, chwilowe, isntynktowne, żywiołowe, bezmyślne... jak np. zrywy rewolucyjne (dajmy na to zburzenie Bastylii, atak "tłuszczy" na Pałac Zimowy, czy pogromy "kryształowej nocy" w Niemczech).
W żadnym jednak razie podobne zachowania nie mogą konstytuować państwa, ani nawet egzekwować władzy.
Nawet jeśli przejmuje rządy ktoś, kto sam wywodzi się ze "stada" (np. plebejscy: Mussolini, Hitler, Stalin, Mao...) to w momencie, kiedy już ma on władzę w swoich rękach, z owego stada się wyodrębnia, dystansuje doń, a nawet wobec niego alienuje - przestaje tym sposobem zachowywać się stadnie (i choćby dlatego możliwy jest "kult jednostki", stąd się też biorą partyjne "elity"), choć nadal ludzi, nad którymi zyskał władzę, traktuje on zazwyczaj jako "stado".
Podobnie zresztą sprawy się mają w ustrojach, które nie są totalitarne, a liberalno-demokratyczne: "masa" może mieć złudzenie, że bierze udział w rządach, ale tak naprawdę władzę sprawuje elita rządowa (wraz z całą podległą jej - albo i nie - biurokracją i aparatem przemocy), nawet jeśli została ona wybrana spośród "masy".
"Masa", co najwyżej, może być mocą przyzwalającą (note bene prawdą jest, że tylko wtedy państwo ma na tyle sił, by na dłuższą metę utrzymać istniejący ustrój, polityczne dążenia i ogólne status quo, jeśli ma na to przyzwolenie większości.)
Człowiek, który zdobywa władzę zmienia się diametralnie, bo zmienia się jego pozycja z podrzędnej na nadrzędną, inicjatywa i plan staje w jego gestii (jego wola może się zamienić w prawo), a tym samym przestaje być on częścią "bezwładnej" i "bezwolnej" "masy".
Tego właśnie wydaje się nie brać pod uwagę Ortega y Gasset.
*
*
*
8. Język "Buntu mas" jest niezwykle sugestywny, Ortega y Gasset patrzy na współczesną sobie Europę przenikliwie i głęboko, analizuje i diagnozuje tak, że - jak podejrzewam - tym, którzy go wówczas czytali i rozumieli, cierpła ze strachu skóra a na głowie jeżył się włos. A i tak, to co się wkótce zaczęło dziać, przerosło wszelkie wyobrażenia.
Wprawdzie nie podzielam jego metodologii, stosunku do "mas", tzn. podchodzenia do grupy ludzkiej w sposób hurtowy, bez indywidualnego rozróżnienia, czyli traktowania społeczeństwa en bloc - właśnie jako "masy", to jednak chylę czoła przed jego trafną dalekowzrocznością, jeśli chodzi np. o wskazanie największego zagrożenia ówczesnej Europy, jakim było rodzące się państwo totalitarne (i związane z tym przeradzanie się nacjonalizmu w faszyzm oraz uznanie przemocy i gwałtu za prima ratio funkcjonowania takiego państwa - wg Ortegi y Gasseta było to nic innego jak Magna Charta barbarzyństwa).
I chodziło tu zarówno o faszyzm (który Ortega y Gasset znał wówczas jedynie z dokonań Mussoliniego), jak i komunizm.
Jak mogę nie czuć szacunku i podziwu do człowieka, który - w 1929 roku! - pisze coś takiego:
"Bolszewizm i faszyzm są dwoma 'nowymi' w polityce wynalazkami, które odkryto w Europie i na jej krańcach. Stanowią one wyraźny przykład istotnego regresu. (...) To typowe ruchy ludzi masowych, kierowane przez ludzi poślednich, ponadczasowych, pozbawionych pamięci i 'świadomości historycznej', przybierają od początku formy przestarzałe, zupełnie jakby pojawiwszy się obecnie, należały zarazem do dawno wymarłej fauny."
"Przekształcenie czegoś, co w samej swojej istocie jest zbrodnicze i niezdrowe, w coś zdrowego i normalnego, jest rzeczą niemożliwą, dlatego też jednostka stara się raczej dostosować do zastanej niezdrowej sytuacji, utożsamiając się w pełni z ową zbrodnią czy nieprawidłowością."
"Rosyjski komunizm jest nie do strawienia dla Europejczyków, którzy w ciągu całych dziejów włożyli tyle zapału i wysiłku w sprawę indywidualizmu".
I na koniec zdanie, które warte jest wprost czołobitnego chapeau bas:
"Niemniej - jeszcze raz to powtarzam - wydaje mi się rzeczą wielce prawdopodobną, że w najbliższych latach Europa zacznie entuzjazmować się komunizmem."
Ortega y Gassert już wówczas (czyli jeszcze przed dościem Hitlera do władzy) wiedział czym pachnie faszyzm. Ponadto, nie tylko, że nie dał się otumanić komunizmowi, ale i przewidział wysiew tych wszystkich zachwyconych bolszewikami "użytecznych idiotów", który wkrótce miał nastąpić wśród zachodnio-europejskich "elit" i "intelektualistów".
*
*
____________________________________________________________
Ilustracje: Zdzisław Beksiński.
____________________________________________________________
*
*
*
*
*
___________________________________________
Od tygodnia biorę udział w odbywającym się właśnie w Chicago Międzynarodowym Festiwalu Filmowym. Zamierzałem dopiero po jego zakończeniu podzielić się z Wami moimi wrażeniami z obejrzanych filmów, ale wczoraj wziąłem udział w projekcji obrazu, który sprowokował mnie do poczynienia na gorąco tego oto szkicu.
___________________________________________
Pierwsze minuty filmu Larsa von Triera są zaiste hipnotyczne: czarno-białe (z całą symfonią odcieni), pięknie skomponowane kadry w zwolnionym tempie - i w zbliżeniach - ukazują akt seksualny mężczyzny i kobiety, na przemian z widokiem dziecka, które budzi się, schodzi z łóżeczka, widzi kochających się rodziców, wspina się na parapet otwartego okna, staje nad przepaścią i...
A wszystko dzieje się przy boskich dźwiękach arii "Lascia Ch'Io Pianga" Handla.
Wow?... pomyślałem sobie. Skoro tak to się zaczyna, to co dopiero będzie dalej?
Ale dalej było różnie: obrazy bez mała wizjonerskie przaplatające się z takimi, które przypominały horrory klasy B; przejmująca, sięgająca głębi symbolika sąsiadująca z metafizyką dla ubogich; wstrząsające doświadczenia wewnętrzne bohaterów pomieszane z tanią, pseudo-terapeutryczną psychoanalityczną papką.
Co jest grane?... myślałem sobie dalej raz po raz, ale dopiero na spotkaniu z odtwarzającym główną rolę Willemem Dafoe, które odbyło się po projekcji filmu, dotarła do mojej świadomości przyczyna tych wahań. Stało się to wtedy, kiedy Dafoe powiedział, że Lars von Trier tworzył swoje dzieło znajdując się w głębokiej depresji.
To by tłumaczyło wiele: trącący geniuszem reżyser wspina się na szczyty natchnienia by następnie ześliznąć się w prostrację - przy czym powtarza się to cyklicznie.
Sam tytuł jest wielce mylący - "Antychryst".
Można się więc było spodziewać np. czegoś w rodzaju apokaliptycznej wizji ogarniającej krańce Universum, a co najmniej takiej o zasięgu globalnym (czyli jednak lokalnym). Tym zaś co zobaczyłem na ekranie, była dość kameralna tragedia rozgrywająca sie między dwójką protagonistów: mężem - terapeutą a żoną - psychopatką, którzy uciakają w jakieś leśne głusze (do swej chatki zwanej... uwaga! - Edenem), gdzie próbują dojść do siebie po stracie własnego dziecka. Czyli "mała, mroczna historyjka" jak to określił na spotkaniu z widzami Dafoe.
Skąd więc ten tytuł?
Ach to wszystko przez to, że Lars lubi się czasem tak zaafiszować - powiedział jeszcze Dafoe.
No i jak to brzmi, jakie jest chwytliwe! - dodałem sobie we własnym zakresie.
*
*
*
Film może zapisać się w pamięci choćby tylko z powodu dwóch scen (chociaż tak naprawdę chciałbym pamiętać jedynie ten jego oniryczny, przejmujący i niezwykłej urody początek, który nie wahałbym się nazwać małym filmowym arcydziełem).
Pierwsza z tych scen ukazuje męski członek w stanie erekcji, z którego zamiast spermy tryska krew; druga zaś wielką na cały ekran pochwę, z której oszalała kobieta wycina sobie nożyczkami łechtaczkę.
Ufff...
Naturalizm i brutalność niektórych scen jest wręcz szokująca. Gdyby nie artystyczna klasa von Triera (a reżyser mimo wszystko ją posiada, co przecież udowodnił nie raz jeden), również skłonny byłbym nazwać te obrazy sado-masochistyczną pornografią, jak uczynili to co poniektórzy krytycy kina.
Ale nie nazwę, bo, po pierwsze - tak tego nie odebrałem, a po drugie - chyba jednak wyczuwam intencje reżysera.
Lars nie epatuje nikogo okrucieństwem, perwersją, seksem, patologią, obsceną, nihilizmem... On to wszystko przeżywa.
*
*
*
Wygląda na to, że tak, jak Nietzsche chciał swoją filozofię uprawiać młotem, tak Lars von Trier chce nam dać w kinie po łbie obuchem - także potraktować nożem, wiertarką, szpadlem, pałą, a nawet... szlifierką!
Ale nie po to, by się nad kimś znęcać, lecz po to, by wstrząsnąć tym co siedzi w nas głeboko, poprzez strach skłonić do refleksji - nawet jeśli doprowadziłoby to kogoś nad nihilistyczne przepaście.
Wspominam sobie teraz tę jego uroczą opinię, że film winien być niczym ten kamyk w bucie... (No, ładne mi to kamyczki!)
Oczywiście, że wszystko to balansuje na granicy porno i groteski, ale moim zdaniem tej granicy nie przekracza.
Tak naprawdę, to tylko w jedym momencie uśmiechnąłem się z pewnym niedowierza- niem i chyba jednak z lekką żenadą: otóż wtedy, kiedy na ekranie pojawił się jakiś wyleniały, zmokły lisek-apokalisek, który przerywając na moment wyjadanie własnych wnętrzności, zacharczał nam prosto w uszy: "rządzi chaos!".
Ha!
Również "objawienia" typu "Natura jest kościołem Szatana" plasowały się wg mnie zbyt blisko zalatującej nieco kiczem pseudo-filozoficznej pretensjonalności, gotowej taplać się w jakiejś mętnej metafizyce.
*
*
*
Niemniej jednak, film jest w stanie dostarczyć materii na dyskusję o wzajemnych relacjach natury i człowieka (w tym natury mężczyzny i natury kobiety); o istocie żalu, strachu, cierpienia, rozpaczy, bólu, odkupienia...; o ciążącym nam od zarania grzechu pierworodnym; o predestynacji naszych klątw i upadków... co poświadczyła dyskusja, jaka wywiązała się po projekcji "Antychrysta" między widzami a Willemem Dafoe (doskonale przez wszystkich pamiętanego choćby z "Plutonu" Stone'a, czy "Ostatniego kuszenia Chrystusa" Scorsese) i krytykiem filmowym "Chicago Tribune" Michaelem Philipsem.
Mimo wszystko film ten gotów jestem ocenić dość wysoko, bo wydaje mi się, że przenika go - tak, proszę sie nie śmiać! - głęboka pasja tworzenia, jaka wyróżnia "Antychrysta" z całej tej miałkiej masy szpanerskich bzdetów i dyrdymał, której pełne jest dziś kino popularno-popkornowe.
A że film nie ma właściwie żadnego przesłania?
No cóż, czy każde poetyckie dzieło sztuki musi mieć przesłanie?
*
*
*
*
___________________________________________*
*
*
*
*
* * *
"Pieniądze są źródłem wszelkiego zła" - mówi jedna mądrość ponadczasowa i uniwerslana (Biblia). "Gdy rządzi rozsądek, pieniądze są największym błogosławieństwem" - dodaje druga, nie mniej mądra, równie uniwersalna i tak samo ponadczasowa.
Pieniądz rządzi wszystkim - wokół pieniądza kręci się cały świat. Pieniądz jest władzą, ochrononą, wolnością. Mieć pieniądze znaczy być cnotliwym, uczciwym, pięknym i roztropnym (to nie tylko ironia). Pieniądze (na co wpadł już w VII wieku Owidiusz ) „kupią ci najwyższe zaszczyty, za pieniądze możesz nawet kupić miłość" (i tu ów starożytny mędrzec popada w wyraźny konflikt z Beatlesami, którzy, jak pamiętamy, głosili, a właściwie wyśpiewali coś wręcz przeciwnego). Pieniądze nie tylko, że nie śmierdzą, ale są słodkie. Natomiast brak pieniędzy jest gorzki, biedaka zaś czuć na kilometr.
A kiedy tracimy wiarę w pieniądze? I mówimy, że wszystko to marność nad marnościami - że prochem jesteś i w proch się obrócisz?
Że ostatnia koszula nie ma kieszeni?
Czy na tym, że tracimy wiarę w pieniądze, zyskuje nasza wiara w Boga? (Czy jest to tylko zalatujący cynizmem aforyzm?)
Człowiek zazwyczaj zdaje sobie sprawę, jak kruche jest jego życie. To dlatego m.in. bogactwem próbuje zabić w sobie tę świadomość. Chroni się w ten sposób przed lękiem przemijania, poczuciem bezradności - wypełnia pustkę, uśmierza ból istnienia... Narkotyzuje się rzeczami, które wokół siebie gromadzi. (Piszę to wszystko nie w formie denuncjacji, ani wyrzutu, a jedynie konstatacji. Chcę także unikać patosu.)
Znikomość i ulotność istnienia a bogactwo?
Ktoś kiedyś powiedział: „Okey, moje życie jest mydlaną bańką! Ale jaką masę ciężkiej forsy to kosztuje, by utrzymać ją na powierzchni!"
Twarde realia machiny poruszającej naszym światem i cywilizacją wydają się być następujące: bez smarowania daleko nie pojedziesz.
I to wszystko pisać po to, by dojść do tak trywialnego i wulgarnego w sumie wniosku?
Nie tylko po to.
Jestem przekonany, iż w człowieku muszą istnieć pewne sfery świadomości, pewne duchowe zagrody chroniące go przed pekuniarnym totalitaryzmem - przed dyktaturą pieniądza. Odporność na dolaryzm, jako warunek zachowania... człowieczeństwa.
To prawda: abnegacja w stosunku do pieniędzy może być również przejawem pewnej abnegacji wobec życia i świata w ogólności. Ponadto, często ktoś gardzi pieniądzem bo po prostu nie umie go zdobyć (i ulega kompensacyjnemu złudzeniu "zielonych winogron"). Jednak nie mówimy tu o abnegacji, a raczej o pewnej formie niezależności i wolności.
*
*
*
*
* * *
Często można odnieść wrażenie, że w wielokulturowej Ameryce jedyną uniwersalną wartością jest konsumpcjonizm. To właśnie łączy społeczeństwo amerykańskie w całej jego różnorodności: pławienie się wśród towarów, zatracanie się w manii zakupów. Zarabiać i wydawać, konsumować i wydalać - to żelazny kanon ogólnoamerykańskiej religii, która za swe świątynie ma shopping malle.
Oczywiście, nie zapomina się o Bogu, którego pojęcie - jakby nie było - wraz ze swymi kulturami i lokalnymi religiami, przywieźli na kontynent amerykański imigranci ze wszystkich stron świata. Jednak już od zarania państwowości Stanów Zjednoczonych wiadomo było, że tylko jedno „bóstwo" może przemówić do wyobraźni, kieszeni i subordynacji wszystkich: pieniądz.
To dlatego zdecydowano się na mariaż doskonały, równie perfidny, jak i genialny - oto monety i banknoty „poświęcono" niejako metafizyczną omnipotencją, wybijając na nich poddańcze credo: In God We Trust. Czyli: ufamy Bogu, ale lepiej zagwarantować sobie władzę i bezpieczeństwo pieniędzmi.
Każdy środek płatniczy nosi tę deklarację. Wychodzi więc na to, że im więcej pieniędzy, tym więcej ufności w Boga. Amerykanie zawsze byli mistrzami w łączeniu idealizmu z pragmatyzmem.
* * *
Słowo „Bóg" nie schodzi z ust amerykańskich polityków i prezydentów. I to bynajmniej nie tylko dzięki częstemu powtarzaniu zwyczajowej już formułki God bless America. Pamiętam, kiedy prezydent-elekt George W. Bush podczas „słowa do narodu", które wygłosili obaj kandydaci po tym, jak Sąd Najwyższy uciął przedłużającą się wówczas farsę wyborczą, polecił z całym przekonaniem - i być może szczerością - opiece boskiej swego przegranego rywala Ala Gora.
Kiedy jednak miesza się Boga z polityką, nigdy nie chodzi o Boga - zawsze chodzi o politykę. To dlatego słowo „Bóg" w ustach polityka jest jednak najczęściej pojęciem pustym i retorycznym.
Doprawdy, jest wielka mądrość w przykazaniu, które zabrania używania imienia Boga nadaremnie. Kiedyś, w młodości chmurnej a durnej uważałem, że ograniczanie mówienia o Bogu tylko do murów świątyni, jest pewną kulturową hipokryzją. Wydawało mi się, że człowiek prawdziwie wierzący, jako że jest również wierzącym poza murami koscioła, w każdej sytuacji życiowej nie powinien unikać przyznawania się do Boga, czy odwoływania się doń. Miała to być odwaga, szczerość i otwarta przyłbica. Pogląd ten być może wynikał z dobrej woli, niestety grzeszył naiwnością.
Sacrum bowiem niezbyt dobrze znosi spoufalanie się z pospolitością i chyba szkodzi mu powszedniość. To dlatego bóg w amerykańskiej kulturze masowej - bo i tam go spotykamy - przybiera formy komiksowe, a ściślej, wtłaczany jest przez twórców tej kultury w takowe formy... Rezultatem tego jest jakaś postmodernistyczna karykatura, która - gdyby nie była tak płaska i fantasmagoryczna - byłaby bluźnierstwem.
* * *
I na koniec anegdota.
Bóg z Hollywood?
Zmienna jest wdzięczność gwiazd. Podczas jednej z ceremonii rozdawania Oscarów, prawie wszyscy obdarowani złotym cielcem kina, dziękowali za to publicznie Bogu. Rok później jednak Bogu nie podziękował już nikt. Mało tego. Jeden z nagrodzonych reżyserów hiszpańskich („Belle epoque") powiedział: „Szkoda, że nie wierzę w Boga. Byłbym mu podziękował."
Czy rzeczywiście, dziękując Bogu, ludzie weń wierzą?
Chyba jednak nie powinno stawać się to zwyczajem, by w każdym miejscu i o każdej porze paplać o Bogu. Choćby tylko dlatego, by byle ateista nie wycierał Nim sobie gęby.
* * *
*
__________________________________________________
"Hańbę" noblisty Coetzeego czytałem dobre pięć lat temu więc wydawało mi się, że raczej nie jestem narażony na niebezpieczeństwo ciągłego porównywania filmu i książki - snucia paraleli, rozważania wierności oryginałowi, konfrontacji odbioru filmowego obrazu ze słowem pisanym... etc.
Wprawdzie zdziwił mnie nieco wybór Johna Malkovicha na odtwórcę głownej roli (bowiem zupełnie inaczej wyobrażałem sobie profesora Luriego), ponadto absolutnie nieznani mi byli inni twórcy filmu, ale po wyjściu z kina moim nieprzemożnym wrażeniem było poczucie, że oto ktoś zdołał przenieść na ekran ducha prozy Coetzeego. A zadanie takie zawsze wydawało mi się niezwykle trudne do wykonania.
__________________________________________________
*
*
*
* * *
Co jest rdzeniem "Hańby" ?
Wydaje mi się, że jest nim jakiś pierwotny (podziemny, podskórny?) strumień elementarnych sił popędowych - ślepy instynkt życia, który w pewnych sytuacjach wydostaje się na powierzchnię, zmuszając człowieka do konfrontacji... zarówno z kulturą, w której on żyje, jak i z nim samym.
Owa konfrontacja jest tym bardziej dramatyczna, im większy jest rozziew pomiędzy tym co w człowieku zdołało się wysublimować, uszlachetnić, wysubtelnić i wyrafinować, a tym co pozostało dzikie, pierwotne, nieuświadomione i ślepe.
Tak właśnie, jak to ma miejsce w osobie profesora Luriego - erudyty, muzyka, wykładowcy literatury, miłośnika poezji romantycznej..., który ulega impulsowi "szaleństwa serca" i uwodzi jedną ze swoich studentek, sprowadzając na siebie (dość świadomie zresztą), hańbę, potępienie i ostracyzm, co zmusza go do ucieczki w góry, na pustynię - gdzie, jak się okazuje, żyje już jego córka Judy.
Konfrontacja naszego człowieczeństwa z naszą zwierzecą proweniencją nie jest przecież czymś nowym (choć zawsze spychanym na margines naszej psyche i obwarowywanym przeróżnym tabu) - podobnie jak freudowska psychoanalityczna maniera grzebania na różnych głębokościach ludzkiej świadomości (i nieświadomości) w poszukiwaniu kompleksów i rzeczywistych motywów zachowania człowieka - to jednak mistrzowskie pióro Coetzeego powoduje, iż widzimy ten dramat w zupełnie innym świetle.
Czy jest to jednak z jego strony tylko czysta estetyzacja? Takie ubieranie w atrakcyjne literackie szatki czegoś, co raczej bardziej potrzebuje radykalnej ekspiacji, niż jakiejś umownej gry i zabawy w słowa?
Wydaje mi się, że tak nie jest, a świadczy choćby o tym ślad, jaki zostawiają w nas książki J. M. Coetzeego.
Taki ślad zostawiła też we mnie czytana przed wieloma laty "Hańba", co uświadomiłem sobie dopiero po tym, jak skończyła się projekcja filmu. Okazało się, że jednak wiele scen zachowało się w mojej pamięci, a film je tylko przypomniał i (co ciekawe i znaczące) nie odczuwałem żadnego dysonansu między tym, co odnalazłem w sobie, a tym co zobaczyłem na ekranie.
Stąd chyba właśnie wynika moja satysfakcja z zetknięcia się z filmem Steve'a Jacobsa.
*
*
*
* * *
Niech mi będzie wolno zacytować tutaj fragment prozy Coetzeego.
Lurie rozmawia z córką:
"- Kiedy byłaś mała, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Kenilworth, nasi sąsiedzi mieli psa, goldena. Nie wiem, czy pamiętasz.
- Mgliście.
- Za każdym razem, kiedy w okolicy pojawiła się suka, pies podniecał się i przestawał słuchać swoich państwa, a oni z regularnością samego Pawłowa go bili. Powtarzało się to, aż w końcu biedak już zupełnie nie wiedział, co ma robić. Ledwo zwęszył sukę, zaczynał uganiać sie po ogrodzie, z uszami położonymi po sobie, z podwiniętym ogonem. Skomlał i szukał, gdzie by się schować.
Przerywa.
- Nie rozumiem, co ma z tego niby wynikać - mówi Lucy. No bo rzeczywiście, co z tego wynika?
- Całe to widowisko miało w sobie coś tak nikczemnego, że doprowadzało mnie do rozpaczy. Moim zdaniem psa można ukarać za konkretne wykroczenie, na przykład kiedy pogryzie kapeć (...). Ale z żądzą sprawa ma się zupełnie inaczej. Żadne zwierzę nie dopatrzy się sprawiedliwości w karze wymierzonej za to, że posłuchało własnego instynktu.
- Czyli samcom trzeba pozwolić, żeby podążali za swoimi instynktami bez żadnych ograniczeń? Czy taki stąd płynie morał?
- Nie, nie taki. A nikczemność widowiska z Kenilworth polegała na tym, że nieszczęsny pies znienawidził w końcu własną naturę. Odtąd bicie stało się niepotrzebne. Gotów był sam się ukarać. W tym momencie lepiej byłoby go zastrzelić."
*
*
*
* * *
Trudno o lepsze teatrum mundi dla tego co rozgrywa się w prozie Coetzeego, niż przepastny pustynny krajobraz z potężnym górskim pasmem w tle. To dlatego tak często widzimy ten obraz na filmowym ekranie. I nieważne, czy jest to ziemia afrykańska, australijska czy amerykańska. W takiej scenerii, widziany z oddali maleńki domek zamieszkany wydaje się być przez jakieś drobne istotki, których wielkie (w ich odczuciu) dramaty są w skali świata zaledwie jakimś mikrokosmosem.
Wielka przestrzeń kojarzy nam się z wolnością, ale w "Hańbie" jest czymś wręcz przeciwnym: wskazuje nie tyle na znikomość ludzkich spraw, co na zależność człowieka od sił znacznie go przerastających. Z takiej perpsektywy nasza wolność jest złudzeniem. Dopiero zbliżając się do świata ludzkich proporcji owo złudzenie wydaje się nam zanikać, a jego miejsce wypałniamy czymś co nazywamy wolną wolą. Jednak tego poczucia wolności także nie możemy znieść, więc uciekamy ponownie - tym razem w świat naszych ludzkich samoograniczeń. Koło się zamyka i toczy dalej. Stąd wahania człowieka, który zrazu czuje się mocarzem, by za chwilę uznać się bezwolnym marnym pyłkiem.
Czy to właśnie jest hańbą ludzkiego rodzaju?
*
*
*
* * *
Prosta w sumie historia Coetzeego nabiera - i to zarówno w książce, jak i w filmie - wymiaru antycznej tragedii. Z tym, że człowiek nie wadzi się tutaj z bogami, a raczej mierzy z siłami, które ongiś przypisywał bogom, a teraz widzi jako wypadkowe ślepych praw natury.
Civitas dei zamieniło się w civitas naturalis, co tak na dobrą sprawę - w rzeczywistym świecie, w którym żyje człowiek - niewiele zmieniło: choć władze w państwie uległy zmianie, to jednak siły pozostały te same.
Jaka jest na to rada?
Może odpowiedzi na to pytanie dostarcza nam jedna z drugoplanowych postaci "Hańby", a mianowicie Petrus?
Petrus jest czarnym sąsiadem Judy. Cierpliwy, pracowity, silny, stały, zdecydowany - buduje dom, uprawia ogród. Stopiony jest niejako z południowo-afrykańskim krajobrazem, w którym białe postaci wydają się być jednak jakimś obcym wtrętem.
Lurie zderza się z Petrusem, lecz mimo to, że za profesorem stoi cała jego kultura i cywilizacja, z tej kolizji zwycięsko wychodzi jednak Petrus.
Wydaje mi się, że nie przypadkiem Coetzee nadał tej postaci takie a nie inne imię (wszak oznacza ono skałę, opokę). Jednak kościół afrykańskiego Petrusa nie jest Kościołem Przymierza, jakie zawarł biały człowiek z Bogiem jakichś odległych śródziemnomorskich krain. Petrus swojego Boga ma we krwi, we własnych lędźwiach; w ziemi, która rodzi; w duchach, które przenikają wszystko i wszystkich.
* * *
Zaglądam po latach do książki Coetzeego.
Co widzę?
Oto zauważam np., że reżyser zmienił sekwencję scen. To, co Coetzee zostawił na koniec, Jacobs wplótł we wcześniejszą narrację i scena, w której Lurie uśmierca psa w schronisku dla zwierząt (a z którym to psem zaczął się on zaprzyjaźniać), stała się w filmie jednym z epizodów, znaczącym wprawdzie ale nie finałowym.
U Coetzeego zaś koniec jest twardy i pozbawiony złudzeń:
"(Lurie) niosąc (psa) na rękach jak jagnię, wraca do gabinetu.
- Myślałam, że przedłużysz mu życie jeszcze o tydzień - mówi Bev Shaw - Poddajesz go?
- Tak, poddaję."
W pierwszym odruchu uznajemy to za zakończenie jednoznacznie pesymistyczne. Czy jednak tak jest w rzeczywistości?
Reżyser Steve Jacobs z kolei kończy swój film prawie że ostentacyjnym happy endem: Lurie rozmawia z pełną spokoju, pogody i życia córką, a oboje spacerują wśród kaskad pięknych kolorowych kwiatów, jakimi otoczony jest dom Judy.
Okazuje się, że taki prosty zabieg potrafi zupełnie zmienić perspektywę z jakiej patrzymy na opowiedzianą nam historię, a tym samym na sposób, w jaki zapada nam ona w serce - zabarwiając przy tym cały otaczający nas świat.
Podobnie dzieje się w naszym życiu.
*
*
*
*
*
*
___________________________________________
Sięgając po listy Friedricha Nietzschego miałem nadzieję, że pozwolą mi one na głębsze poznanie tego niezwykłego człowieka, jak również na lepsze zrozumienie jego filozofii, która wydaje się być tak mocno związana z tragicznym życiem niepokornego wolnomyśliciela.
Czy tak się stało?
___________________________________________
KOCHANA MAMO, DROGA SIOSTRO...
Uderzył mnie już pierwszy list, który napisał sześcioletni Frycek do swojej matki:
"Kochana mamo,
Chciałbym z tobą porozmawiać, ale nie jestem z tobą, więc muszę pisać do ciebie liścik. Bardzo się ucieszyłem z szarlotki, dziękuję za nią pięknie.
Myślę ciągle o Tobie i Elisabeth (siostra - przyp. LA), ale pisać już nie mogę, bo jestem zmęczony.
Twój wierny syn
Fritz Nietzsche."
W tym skromnym dziecięcym liściku widzę antycypacje tego, co stanowiło główny rys całego (świadomego) życia Nietzschego: jego oddalenie od ludzi i osamotnienie w świecie (przy jednoczesnej tęsknocie do obcowania z kimś bliskim), oraz ciągłe zmęczenie życiem (chorobą), często uniemożliwiające mu nie tylko pisanie, ale i normalną egzystencję.
Listy do matki i siostry pisał Nietzsche przez całe swoje życie. Bardzo często zawierały one podziękowanie za jakiś użyteczny drobiazg, kawałek garderoby, żywność... Miały więc charakter utylitarny. Były także utrzymane w tonie rodzinnym - Nietzschemu zależało na tym, by sprawić wrażenie oddanego brata i dobrego syna.
Skądinąd wiemy, że matka była wobec niego oschła, siostra zaś usiłowała nim manipulować. Nietzsche to widział i odczuwał, cały czas jednak zachowując swoją niezależność w myśleniu i czynach, ale - jak na ironię - po psychicznym załamaniu trafił na ponad 10 lat pod kuratelę, wpierw matki, a następnie siostry, która wykorzystała jego niemoc (a właściwie pozbawienie świadomości), by urobić jego spuściznę pod swoje dość prostackie tezy (dzięki czemu mógł się później na jego dziełach paść nazizm i antysemityzm.)
*
*
*
ECCE HOMO, CZYLI OSAMOTNIENIE I TORTURY
Następna niespodzianka, która czekała na mnie podczas lektury listów: najwięcej jest tych napisanych do jego przyjaciół, którzy wszak zmieniali się (z wyjątkiem bodajże wiernego Overbecka ). Może więc nie byli prawdziwymi przyjaciółmi?
Jak ogromna bije z nich potrzeba miłości i zrozumienia!
Miłości, której Nietzsche był pozbawiony... (a może sam się jej pozbawił)?
Ile w tej uczuciowej prostracji było z wyboru, a ile z konieczności?
Jedno jest pewne: człowiek szczęśliwy, kochający (i kochany) nie stworzyłby tak nieludzkiej wizji odrzucającej w końcu miłosierdzie, współczucie a w konsekwencji i samą miłość.
Jednakże uproszczeniem byłoby twierdzić, że "przewartościowanie wszystkich wartości", którego chciał dokonać filozof (a była to de facto próba anihilacji tego, co dotychczas scalało pozytywnie ludzi i budowało ich kulturę), miało swoje źródło jedynie w jego mizantropii, czy też w jego kondycji fizycznej.
Pół biedy byłoby w tym, gdyby Nietzche zaczął nienawidzić człowieka w swoich górskich samotniach - na swój prywatny użytek (a raczej gwoli swojej własnej mizerii). Kłopot dla Europy zaczął się wtedy, kiedy Nietzsche Mesjaszem chciał uczynić Zaratustrę, sam mianując się w końcu Antychrystem. (Już w tym momencie, w oczach zdecydowanych wrogów Nietzschego, kompromituje się całe jego myślenie.)
Jednakże myśl Nietzschego nie tylko przetrwała, ale i miała wielki wpływ na rozwój europejskiej kultury. Mało tego: jego koszmarne proroctwa spełniły się z nawiązką w następującym po nim wieku, co tylko potwierdziło jego przenikliwość i niemal jasnowidzące zdolności profetyczne:
"Na całej Ziemi wystąpią konwulsje, jakich jeszcze nie było - pojęcie polityki zniknie całkowicie w wojnie duchów, wszelkie wytwory wiedzy wylecą w powietrze, zaczną się wojny, jakich jeszcze nie było."
Czy jednak, wobec tego wszystkiego, zadowolić dziś może kogokolwiek ta z pozoru oczywista konstatacja, że wszystkiemu winien wredny charakter Nietzschego, syfilis i związana z nim permanentna kondycja chorowitego zdechlaka, który zaczął roić sny o potędze i napawać się nadchodzącą Apokalipsą?
Nawet w konfrontacji z wyrażonym explicite zwierzeniem Nieztschego w liście do Overbecka napisanym na rok przed kompletnym popadnięciem w obłęd?:
"Bywały ponure godziny, bywały dni i noce, kiedy nie wiedziałem już, jak żyć, i brała mnie czarna rozapacz, jakiej jeszcze dotąd nie zaznałem. Mimo to wiem, że nie mogę się wymknąć, ani w tył, ani w prawo, ani w lewo: nie mam żadnego wyboru. Tylko ta logika mnie powstrzymuje: patrząc ze wszystkich innych stron mój stan jest nie do wytrzymania i bolesny aż po torturę. (...) Nie należy teraz ode mnie oczekiwać 'pięknych rzeczy', tak jak nie można domagać się od cierpiącego głód zwierza, by z wdziękiem rozszarpywał zdobycz. Wieloletni brak naprawdę wspierającej i uzdrawiającej ludzkiej miłości, absurdalne osamotnienie, jakie ze sobą niesie to, że prawie każda pozostałość ze związku z człowiekiem staje się tylko źródłem ran; wszystko to jest jak najgorsze i ma tylko jedno uzasadnienie: że jest konieczne."
Echo tego listu odnajdziemy we wspomnieniach Overbecka, który opisuje kilkakrotne odwiedziny Nietzschego, kiedy ten pogrążony był już w kompletnej apatii. Oto pisze on np.: "(Nietzsche) zrobił na mnie wrażenie zranionego śmiertelnie szlachetnego zwierzęcia, które ukryło się w jakimś zakątku, gdzie myśli już tylko dokonać żywota."
*
*
*
Oczywiście, że czytając opisy choroby Nietzschego - tych niekończących się cierpień związanych z ostrymi bólami głowy, wymiotami, osłabieniem wzroku, paraliżem - może nas ogarnąć chrześcijańska litość nad nieszczęśnikiem, (którą nota bene sam Nietzsche tak wyszydził). Naturalnie, naszym ludzkim odruchem jest współczucie dla złamanego cierpieniem bliźniego.
Lecz pozostaje jeszcze jego myślenie - fant, z którym cała Europa musiała się jakoś uporać. Nie wystraczyło już bowiem wzruszenie ramion i skwitowanie tego wszystkim stwierdzeniem: to szaleniec!
Jego pisma były wymierzone w sam rdzeń chrześcijańskiej Europy z jawnym zamiarem, by ugodzić śmiertelnie jej (zakłamaną wg Nietzschego) duszę, rozwiać czadzące wszystkich złudzenia, obnażyć obłudę wszystkich instytucji - całej cywilizacji, która skrywała fundamentalne prawo natury o dominacji silniejszego nad słabszym, o świecie, w którym o wszystkim decyduje wola mocy, gdzie nie ma "zmiłuj", i gdzie mamy do czynienia z moralnością panów i moralnością niewolników.
Nietzsche zatruł atmosferę zadowolonego z siebie filistra, uderzył w zanarkotyzowane przez religijne opium masy, obnażył obłudę monarchów i włodarzy, pokazał palcem stęchłego ducha Starej Europy. Pierwszy zaczął wołać, że Titanic tonie, skupiając na sobie uwagę wszystkich.
ROZPOŁOWIANIE ŚWIATA
Czytając listy, pewne symptomy skrzywiającej się psychiki Nietzschego dają sie zauważyć na wiele lat przed totalnym załamaniem, które spadło na niego zimą 1888 roku w Turynie. Była to głównie postępująca alienacja wobec najbliższego otoczenia (której najbardziej dramatycznym przejawem było burzliwe i niezwykle bolesne dla Nietzschego zerwanie z Ryszardem Wagnerem); nadmierne poczucie własnej wyjątkowości przeradzające się w megalomanię, pozwalającą mu w końcu uznać się za "największego niemieckiego pisarza":
"(...) moje stanowisko filozoficzne jest bez konkurencji najbardziej niezależne. (...) Współczesna Europa nie ma pojęcia, wokół jakich przerażających rozstrzygnięć obraca się cała moja istota i do jakiego koła problemów jestem przywiązany - i że wraz ze mną nadciąga katastrofa, której imię znam, ale nie wypowiem."
Swojego "Zaratustrę" uznaje za "najgłębsze i najdonioślejsze wydarzenie - duszy, za pozwoleniem! - między dwoma tysiącleciami, drugim i trzecim", zaś o innych swoich książkach pisze: "(...) dałem 'nowym' Niemcom najbogatsze, najbardziej przeżyte i najbardziej niezależne książki, jakie oni wogóle mają, będąc zarazem osobiście kapitalnym wydarzeniem na terenie kryzysu o wartościach."
Przewiduje, że swoim dziełem "rozbije dzieje ludzkości na dwie połowy" i wyznaje, że:
"(...) moje życie stoi przed gigantyczną decyzją i spoczywa na mnie odpowiedzialność, jakiej nie potrafię wyrazić (...) 'Zaratustra'! Pierwsza książka całego tysiąclecia! w kórej zawarty został los ludzkości! (...) Gdy wyjdzie 'Ecce Homo', będę pierwszym wśród żywych."
*
*
*
Psychologia rozpracowałaby tu na części pierwsze te mechanizmy, które powodowały Nietzschem. Zapewne po raz kolejny przekonalibyśmy się, jak proces kompensacji czyni z impotenta mocarza, a z poczucia niemocy - złudzenie wszechmocy; jak łatwo kompleks niższości przeradza się w manię wielkości... etc.
Czy jednak charakterologiczne wytłumaczenie, doszukiwanie się egoistycznych impulsów, wskazanie na psychologiczne (czy też nawet fizjologiczne) źródło takiej a nie innej myśli, myśl tę dezawuuje albo unieważnia?
Moim zdaniem nie.
Z każdą ideą, kiedy już się ona pojawi (a zwłaszcza z taką, która uzyskała już status przynależności do spuścizny europejskiej myśli filozoficznej), należy się zmierzyć bez stosowania argumentów ad personam, jakimi byłyby wszystkie te, odnoszące się do egoistycznych pobudek jej powstania, do jej gezeny osobniczej.
UMARŁ BÓG, NIECH ŻYJE BÓG!
Jak wiemy, Nieztsche obwieścił śmierć Boga.
Czy jednak należy to rozumieć tak, że Bóg był ale umarł?
Czy też, że nigdy Go nie było?
W sumie to nieważne dla kogoś, kto mierzy się z brakiem Boga w świecie, mimo że nigdy właściwie nie ogłosił siebie ateistą. Ten ostatni fakt intrygował mnie nieco do momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że tym sposobem Nietzsche jakby zostawia otwartą furtkę dla jakiegoś bóstwa, którego sam (dość mgliście i nie do końca świadomie) oczekuje.
Sam Heidegger uznał Nietzschego za pierwszego europejskiego filozofa ery nowożytnej, który całkowicie zerwał z wszelką metafizyką. Mnie się to wydało zdumiewające, bo tak naprawdę Nietzsche miał temperament wielkiego mistyka, by nie napisać wizjonera (a jak mistycyzm może sie obejść bez metafizyki?)
Nawet kiedy chciał się on dokopać do sedna Natury, zgłębić jej istotę - trafiając tam najczęściej na bezcelową i bezsensowną próżnię, pustkę i nicość, nie mógł się pogodzić z jej zimnem i bezdusznością, dlatego też jego poszukiwania wracały do niego samego, musiał więc jakoś im sprostać sam przyjmując postać bosko-ludzkiego Zaratustry.
Wszystko to nabrało konkretnego i widzialnego kształtu na kilka miesięcy przed załamaniem, kiedy Nietzsche zaczyna podpisywać swoje listy jako: Feniks, Cezar, Antychryst, Dionizos i Ukrzyżowany.
Rozbrajający (i nie pozbawiony pewnej poetyckiej zgrabności) list pisze wówczas do Cosimy Wagner:
"To przesąd, że jestem człowiekiem. Żyłem jednak sporo pośród ludzi i znam wszystko, co ludzie przeżyć mogą, od rzeczy najniższych po najwyższe. Wśród Hindusów byłem Buddą, w Grecji Dionizosem, Aleksander i Cezar to moje wcielenia, autor Szekspira, lord Byron, takoż. Na końcu byłem jeszcze Wolterem i Napoleonem, może też Richardem Wagnerem... Tym razem jednak przychodzę jako zwycięzki Dionizos, który chce na ziemi uczynić święto... Nie mam zbyt wiele czasu... Niebiosa cieszą się, że tu jestem... Wisiałem też na krzyżu..."
Zaś do profesora Jakoba Burckharda z uniwersytetu w Bazylei (gdzie sam kiedyś piastował katedrę fiolologii klasycznej) zwraca się tak:
" Drogi Panie Profesorze,
ostatecznie o wiele bardziej wolałbym być bazylejskim profesorem niż Bogiem; nie odważyłem się jednak posunąć tak daleko osobistego egozimu, by z tego powodu zaniedbać stwarzania świata."
Wyszło na to, że Nietzsche samym sobą chciał zastąpić miejsce, które dotychczas zajmował Bóg.
A to możliwe jest tylko w szaleństwie.
DO DOSTOJNYCH POLAKÓW
Jako o pewnej ciekawostce można tu też wspomnieć o fantazjowaniu Nieztschego na temat swojego (domniemanego) polskiego pochodzenia. Podobno jednak faktem jest, że prapradziadek filozofa, Gotthelf Engelbert Nietzsche był synem polskiego szlachcia Nietzkiego (Niecki).
Peter Gast (kompozytor, długoletni przyjaciel Nietzschego) widzi w nim "polskiego szlachcica, który został w dziadku i ojcu zagłuszony przez teologów, a w Nietzschem ponownie wydostał się na światło dzienne."
Franz Overbeck w swoich wspomnieniach o Nietzschem napisał jednak:
"Ja sam dość często bardzo sceptycznym uchem wysłuchiwałem powtarzanych po wielokroć opowieści Nietzschego na temat jego polskich przodków, kórych piętno nosił zresztą rzeczywiście w szerokiej budowie swej fizjonomii."
Nieztsche lubił więc brylować w towarzystwie jako potomek polskiej szlachty, i schlebiało mu to, że był za takiego przez owo towarzystwo brany.
A my możemy się tylko lekko zadziwić, uświadamiając sobie, że były to czasy, kiedy polskie pochodzenie nikomu nie czyniło ujmy, a wprost przeciwnie - było powodem do chluby. Nawet jeśli było czymś urojonym.
Ten wątek odezwał się nawet w liście, który Nietzsche napisał dosłownie na kilka dni przed zapakowaniem go w kaftan bezpieczeństwa (jakim była szlafmyca właściciela pensji, którą przekupiono oszalałego filozofa, by bez stawiania oporu udał się wraz z Overbeckiem do pociągu mającego zawieść go do szpitala dla obłąkanych w Jenie):
"Do dostojnych Polaków
Należę do was, jestem jeszcze bardziej Polakiem niż Bogiem, chcę wam oddać cześć, tak jak cześć oddawać mogę... Żyję wśród was jako Matejko..
Ukrzyżowany"
*
*
*
DLACZEGO NIETZSCHE?
Rozumiem, że książka, którą właśnie przeczytałem jest zaledwie wyborem listów Nietzschego. W rzeczywistości jest ich bowiem znacznie więcej. Nie wszystkie zresztą są już odkryte i znane. Niemniej jednak wyłania się z owej selekcji obraz, który odbiega nieco od wyobrażenia, jakie mają o Nietzschem czytelnicy jego dzieł.
Wbrew przytoczonym tu już, raczej gwałtownym fragmentom, z całości wyłania się niejaka monotonia tematów, które Nietzsche porusza w listach do matki, siostry, znajomych, kolegów, wydawców... Ciągłe pisanie o pogodzie i swoim zdrowiu (a raczej jego braku), o nieustannej tułaczce - zmianie jednej pensji na inną (Nietzsche nie miał czegoś takiego jak "domu", czy nawet "własnego kąta"), o kolejnych fiaskach związanych z publikacją jego pism, o coraz bardziej wykruszającym się gronie jego przyjaciół... etc. Z rzadka jedynie ujawnia się w tych listach intensywność i gęstość, jaką mają jego utwory literackie.
Możemy więc, nieco na chłodno, prześledzić curriculum vitae Nietzschego - jego wczesne (w wieku 24 lat!) objęcie profesury na Uniwersytecie w Bazylei; stopniową utratę zdrowia, która zmusiła go do porzucenia pracy pedagogicznej; ciągłej zmianie miejsca zamieszkania, wzmianki o powstawaniu kolejnych książek i probach ich wydania; zabiegi o przyjaźń tych ludzi, którzy jeszcze zupełnie się od niego nie odsunęli, wreszcie ów nieszczęsny atak szaleństwa w Turynie, na którym właściwie skończyła się możliwość dyskursu z jego myślą.
Mnie osobiście bardzo ujęło ożywienie, jakiego doświadczył Nietzsche kiedy w jego życiu - niczym jasna i ostra kometra - pojawiła się młoda Rosjanka Lou Salome. Wyglądało to tak, jakby w tego myśliciela wstąpiło nowe życie, witalny entuzjazm, skrajne podniecenie... aż do momentu, kiedy kobieta, w której się zakochał opuszcza go z jego własnym przyjacielem.
Nietzsche w jednym momencie gaśnie, wpada w ludzką, arcyludzką rozpacz, ponownie jego ciałem zawłaszcza choroba...
Mimo tych życiowych niepowodzeń, (które przecież wśród ludzi są na porządku dziennym), sporadycznych a nagłych zawirowań losu, życie Nietzschego, patrząc nań z zewnątrz, pozbawione było gwałtownych wydarzeń, jakiejkolwiek awanturniczości, zewu przygody... Wielki dramat rozgrywał się właściwie w jego ciele i umyśle - i jest czymś na wskroś fenomenalnym, że taka kameralna w sumie tragedia "jednego aktora", potrafiła rozniecić żar wśród tak wielu myślących, poszukujących i czujących ludzi, może nawet wpłynąć na nadchodzącą właśnie epokę.
* * *
Wewnętrzne życie Nietzschego było jednym wielkim i nigasnącym pożarem, który wreszcie strawił sam siebie. Przejawiał się on choćby w skłonności do ekstremalnych doświadczeń ducha, w penetracji rejonów ludzkiej myśli, w które prawie nikt nie ośmielał się zapuszczać. Stąd te jego nerwowe spięcia, mózgowe wyładowania, błyskawice i burze.
Niech nas jednak nie zwiodą owe szaleńcze wyskoki, błądzenie konceptu i kipiel emocji, absurdalne stwierdzenia i jaskrawy - jakby się mogło wydawać - nonsens, który się wyłania w skomasowanych tu przeze mnie i wyłożonych cytatach.
Bowiem dzieło Nietzschego zawiera w sobie bez wątpienia fragmenty genialne i błyskotliwe, miejscami obdarzone jest niezmierzoną głębią i wstrząsającą przenikliwością. Gdyby tak nie było, to rzeczywiście uznać by go można za kolejnego - i tylko li - wariata.
Tak się jednak o Nietzschem nie mówi - i nie dzieje się to bez przyczyny: tej filozofii nie da się - ot tak, po prostu - przegnać z dworu dziedzictwa europejskiej myśli, jakkolwiek rozpaczliwa, desperacka, groźna i tragiczna mogłaby się ona wydawać.
*
*
Taras Nietzschego w Nicei
*
* * *
Nie wiem, czy poznając głębiej Nietzschego, lepiej rozumiem jego filozofię, ale na pewno lepiej rozumiem go jako człowieka, który rozpaczliwie usiłował wypełnić pustkę...
Pustkę po kulturze, której się sprzeciwił i po Bogu, którego uśmiercił.
Czy jego obłędny los może stanowić dla nas jakąś naukę?
A może tylko przestrogę?
__________________________________________
*
**
*
Kamienie w jednym ze strumieni Gór Skalistych (zdjęcie autora)
*
* * *
Setki tysięcy Amerykanów zobaczyły niedawno kremlowskie złoto. Najpierw w Houston, później w Chicago. W Teksasie potraktowano eksponaty jak dekoracje (stąd amerykańska opinia o "niezmierzonych bogactwach Rosji"); chicagowskie Muzeum Ziemi wprowadziło zaś pewien komentarz historyczny, dzieki któremu bardziej już można było poczuć rosyjskie paradoksy i kontrasty: niezmierzone bogactwo - niezmierzona nędza, władza absolutna - absolutna niemoc; okrucieństwo, pycha i szaleństwo - chwała, cierpienie i pokajanie...
Niewiarygodne, obłożone setkami diamentów korony carów Rosji sąsiadujące z kilogramami skarbów prawosławnych biskupów Moskwy. Demonstracja bogactwa i władzy.
Jaja Fabergé.
Kapiące złotem ikony, przyduszone zwałami biżuterii Boże Dziecię i opleciona sznurami pereł Matka Boska. Szokujący, ciężki, cały ze złota sarkofag zamordowanego małego Dymitra i wzruszające puzderko podarowane mu wcześniej przez tatusia, którym był Iwan Groźny.
1000 lat historii, 140 niesamowitych cacek, cudnych skarbów i prawdziwych dzieł sztuki. Nikt nawet nie próbował określić ich wartości.
Szlachetne kamienie w Rosji były również fetyszami. Klejnoty posiadały magiczną moc, tudzież mistyczne wręcz właściwości: diamenty łagodziły żądze i chciwość, szmaragdy pomagały przywrócić mądrość (sic!), zaś szafiry zapewniały spokój.
* * *
Klejnoty - twarde jak kamień i jak kamień zimne.
Co przedstawiają? Czyste piękno czy marną próżność?
Co w nich zaklęte? Urok czy złudzenie?
Co jest ich istotą? Bogactwo ducha czy nędza materii?
Jeden z krajowych magazynów dla pań donosi, że "jubilerzy znów rządzą kobietami". W artykule "Zapach klejnotów" czytamy: "Biżuterii i perfumom blisko do siebie. Zupełnie nie szanują naszego zmysłu praktycznego. Klejnoty z cennych pereł, kamieni i kruszców to elitarna kasta schowana za murem niebotycznych cen. Perfumy są bardziej demokratyczne. Sygnowane nazwiskami słynnych jubilerów ofiarowują zmysłową przyjemność i urodę skradzioną klejnotom".
Ten fragment jest jeszcze interesujący. Niestety, to co czytamy dalej, to już tylko utylitarna toaleta.
Typowe vanity fair.
* * *
Istnieją różne przywiązania do klejnotów. Zarówno szlachetne, jak i przyziemne. Cenny talizman, w którym pokładana jest wiara w magię i zaklęcie dobrego szczęścia. Ukochana miniatura symbolizująca czyste uczucie - miłość do kojarzonego z nią człowieka. Klejnoty rodowe pielegnujące pamięć o zmarłych - przekazujące tradycje rodzinnej świetności.
Człowiek zaklinał rzadkie kamienie, przenosząc na nie swe pragnienia i tęsknoty. Kamień stawał się marzeniem i poezją. To właśnie dlatego takie wrażenie robił na nas ongiś norwidowski "gwiaździsty dyjament".
Norwid... Nota bene autor "Bransoletki" i "Pierścienia wielkiej damy".
* * *
*
*
*
___________________________________________
Zapraszam do obejrzenia nowej wystawy zdjęć na Światowidzie, gdzie (pod tytułem WONDERLAND, PARADISE... ) ukazał się właśnie zestaw obrazków ukazujących pewne niezwykle urokliwe - a i niewątpliwie piękne - miejsce.
__________________________________________________
A przy okazji - kilka refleksji związanych z fotografią:
- Fotografowanie jest zwodnicze poprzez swoją pozorną łatwość, spotęgowaną ostatnio szeroką popularyzacją fotografii cyfrowej.
Wydaje się, że nie ma nic prostszego, jak skierowanie obiektywu aparatu na jakiś obiekt i naciśnięcie guzika zwalniającego przesłonę.
Jest to jednak zaproszenie do automatyzmu - rejestracja dość przypadkowych kadrów zwalniająca nas od wszelkiej refleksji.
A przecież pożądane byłoby to, aby każde ujęcie (i każdy obraz) było czymś w rodzaju małego święta, celebracją wybranego fragmentu świata - zarówno tego co nas otacza, jak i tego, który jest w nas samych.
- Susan Sontag pisze: "Na świecie panuje osobliwy heroizm od chwili wynalezienia aparatu fotograficznego: heroizm widzenia. Fotografia otworzyła nową, swobodną dziedzinę - pozwalając wszystkim na wykazanie się niepowtarzalną, żarłoczną wrażliwością."
Moim zdaniem, wynalezienie aparatu fotograficznego wcale nie przyczyniło się do wyzwolenia "heroizmu" widzenia . Wręcz przeciwnie: strywializowało go, zmasowało, zbanalizowało...
To nieprawda, że wszyscy wykazują się "niepowtarzalną, żarłoczną wrażliwością". Wydaje mi się, że jednak większość ludzi - zwłaszcza po wynalezieniu aparatów cyfrowych - trzaska "foty" bez większej wrażliwości, bez śladu jakiegokolwiek artystycznego zamysłu czy koncepcji.
Zwykle wystarcza im poczucie pewnej dokumentalizacji widzianego świata, a zwłaszcza swojej w nim obecności. (Czyżby to jakaś namiastka spełniającego się w ten sposób pragnienia nieśmiertelności?)
- Zawsze odbiór dzieła sztuki (również fotografii) jest w pewnym sensie wyrazem postawy konsumpcyjnej, która jednakże kończy się w momencie, kiedy zaczyna się jego bezinteresowna kontemplacja.
- Zdjęcia prawdziwego artysty fotografika są niczym innym jak obrazami jego wnętrza, wrażliwości - odbiciem jego stosunku do świata, przedmiotów, siebie samego i innych ludzi.
- Moim zdaniem, zbyt wiele mówiło się zawsze (naturalnie od czasu wynalezienia fotografii) o związkach (zwykle podobieństwach) między malarstwem a fotografią. A przecież dość szybko się okazało, że są to tak odmienne dziedziny sztuki, że jakakolwiek komparatystyka siłą rzeczy zaczynała przypominać litanię różnic.
Malarstwo bardziej przypomina stwarzanie świata ex nihilo, fotografia zaś - jego konstruowanie za pomocą zastanych elementów.
Dlatego też, właściwie od samego początku współ-za-istnienia, malarstwo i fotografia podążyły w zupełnie innych kierunkach.
- Fotografia, podobnie jak cała sztuka, kłamie odsłaniając prawdę.
I ukazuje prawdę aby kłamać.
Dlatego zawsze wymaga naszej uwagi.
Najlepszym sposobem odbioru fotografii jest więc poddanie sie tej swoistej grze, jaka toczy się między widzem a obrazem, a kóra polega właśnie na tasowaniu znaczonych i nieznaczonych kart - na przenikaniu się iluzji i realności.
Nie powinno to jednak mieć cokolwiek wspólnego z udawaniem... może tylko z przyjęciem pewnej konwencji.
- Zdjęcia nie są głośne, zdjęcia są ciche... nie tylko dlatego, że nie posługują się słowami (lecz z drugiej strony - nie są jednak nieme).
- Dobrze jest mieć konkretny i umotywowany powód, kiedy decydujemy się wyrzucić z fotografii barwy.
- Fotografii czarno-białej lepiej wychodzi dystynkcja, barwnej - pewne plebejskie rozpasanie kolorowej rzeczywistości.
To jednak wcale nie oznacza, że każda fotografia czarno-biała jest już arytokratką, zaś barwna... jakimś wizualnym ludyzmem, w kórym trudno o szlachetność.
- Niekiedy zwykłe ujęcie w ramy czyni coś pięknym, gdyż w jakimś stopniu porządkuje otaczającą nas rzeczywistość, wyróżniając przy tym pewien jej fragment.
To taka nasza mała (a czasem nawet i wielka) tej rzeczywistości nobilitacja.
* * *
*
*
*
*
*
Zdjęcia autora (więcej obejrzeć można TUTAJ ))
*
*

*
**
* * *
Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu - jak pisał Nietzsche.
Ale życie to także poddanie się owemu "flow" Natury - skore lub bezwiedne płynięcie z jej nurtem, poczucie harmonijnego z nią współistnienia, współdziałania, swoistego sojuszu i zjednoczenia.
Poddając się tej kolaboracji jesteśmy zazwyczaj przez Naturę wynagradzani: spokojem, przyjemnością, radością, wrażeniem pełni - czasem nawet błogością lub zachwytem, co wydawać sie nam może szczęściem.
Taki stan świadomości nie jest wszak czymś permanentnym. Tym bardziej należy go cenić, w jakiś sposób zatrzymać, utrwalić i przechować.
Coś podobnego przeżywam będąc na szlaku w górach, czy też w lesie; również kiedy idę jakąś dziką plażą, mając tuż obok siebie morze lub ocean.
Ciągnie mnie tam zawsze, bowiem obietnica przeżycia tego wszystkiego - antycypacja doświadczenia takich chwil - działa na mnie jak narkotyk, który (dający się niekiedy we znaki) ból istnienia zamienia w jego przeciwieństwo, czyli w radość, a czasem nawet i w pewien rodzaj euforii.
* * *
Błędem jest chyba traktowanie Natury jako czegoś w rodzaju jednego organizmu. Pod takim podejściem wydaje się kryć zwykła personifikacja, a przecież Natura nie jest czymś jednorodnym, ani nawet koherentnym. To właśnie wskutek traktowania przez nas Natury niczym jakiejś spójnej i zwartej, nieomal osobowej jedności (co przejawia się choćby w pisaniu jej imienia z dużej litery), wikłamy się w cały szereg sprzeczności, a w nasze myślenie wdziera się hulaszczy relatywizm. No bo np. jak Natura może być wobec nas jednocześnie opiekuńcza i okrutna, łagodna i przerażająca - spełniać zarówno rolę Matki i Kata, Akuszerki i Grabarza...? Albo też wydawać się nam zarazem czymś cudownie pięknym i absolutnie wstrętnym?
Wobec tego wszystkiego jedno jest wyjaśnienie, jakże przecież oczywiste: natura sama jest pełna sprzeczności, istnieją w niej przeciwstawne sobie siły - jest ona czymś nieskończenie złożonym, działającym w wielu kierunkach.
Nie uważam jednak, że ta konstatacja to nic innego, jak współcześnie wypowiedziany manicheizm, bowiem, moim zdaniem, złożoność natury jest czymś bardziej kompleksowym i skomplikowanym, niż ów manichejski, prosty (bo dwubiegunowy) podział na Dobro i Zło, wyróżnienie tylko sił konstruktywnych i destrukcyjnych.
Ogólnie można powiedzieć, że każde zastosowanie wobec natury jakichkolwiek ludzkich pojęć nieuchronnie wiąże się z trudnością uchwycenia jej sensu, a wynika to po prostu z naszych ograniczeń.
* * *
To co w Naturze wydaje się nam być destrukcją, jest najczęściej jej transformacją.
Albo inaczej (i mocniej): destrukcja w Naturze jest tożsama z transformacją. (Jest to jedynie przemiana jednej formy energii w drugą.)
Na nas, jak zwykle, większe wrażenie robi zagłada (rozpad) istniejącej dotychczas formy - zwłaszcza kiedy nie jesteśmy jeszcze w stanie dostrzec tej nowej, a nasze jestestwo przywiązane jest do starej.
* * *
Mam pewne podejrzenia, że kiedy tak idę szlakiem zachwycając się otaczającym mnie splendorem przyrody, to oglądam tylko jej powierzchnię. Wchodzę wgłąb mojej wrażliwości estetycznej, ale nie w istotę Natury. To być może tłumaczy paradoks naszego odbioru Natury: z jednej strony może być ta percepcja po ludzku głęboka, a z drugiej powierzchowna, omijająca istotę rzeczy - po prostu nieadekwatna.
* * *
Tylko poddając się naiwności i ufności dziecka, możemy Naturę uznać za Matkę, a jej dramatyczne teatrum ciągłych a bezlitosnych przemian za "łono" przyrody.
* * *
Moment, chwila, wrażenie, impresja...
Może tym tylko jesteśmy?
Może tylko dla tego żyjemy?
Bo czyż nie z tego składa się nasze życie?
Czymże będą "buty i telefon głuchy", które po nas pozostaną?
* * *
*
___________________________________________________________
Zdjęcia autora: na szlaku (pod Mt. Rainier) i buty (z parku rzeźb "Ex nihilo" Dana Klennerta w Elbe, Wa).
___________________________________________________________
*
*
*
*
Człowiek wobec Natury - fascynacja w połączeniu ze strachem.
(Czy jesteśmy niczym ta obdarzona świadomością mrówka?)
__________________________________________
Miejsce zwane Krainą Czarów, miejsce zwane Rajem - miejsce zwane Piekielną Kuchnią, miejsce zwane Ogrodem Diabła.
Natura jako poletko Pana Boga - natura jako dantejskie Inferno.
Wieczne odradzanie - skazanie na zagładę.
Anielskie harmonie niebiańskich sfer, boski ład stworzenia - szatański chaos Universum, pustka zimnego Kosmosu.
Człowiek jako Boże ziarno, żywa cząstka Wszechświata, jedna z nieprzeliczonych monad martwo-żywego kosmicznego Organizmu - wypełniony tęsknotą za Stwórcą, próbujący koić się wiarą w Boga.
Człowiek wydarty siłą z niebytu i rzucony w istnienie; obdarzony jaźnią, czuciem i świadomością absolutnej samotności - wyobcowany, drżący, zagubiony i zalękniony; zawieszony nad otchłanią Nicości.
Kim jesteśmy?
Albo jeszcze mocniej i konkretniej: kim jestem?
Kim jestem wobec Natury, którą chcę zgłębić - lękając się jej i zachwycając się nią? Przerażony i zafascynowany...
* * *
Czy kilkanaście dni spędzonych w górach i lasach - na "łonie przyrody" - mogą mnie zbliżyć do odpowiedzi na te wszystkie pytania?
Czy jest to możliwe, by w tak krótkim czasie strząsnąć z siebie cywilizacyjne naleciałości, pozbyć się ciężaru narzuconej mi (i przyjętej przeze mnie) kultury, która określa perspektywę, z jakiej widzę (i oceniam) Naturę? I wejrzeć w nią nieuprzedzony i tak obnażony?
Czy jest to wogóle możliwe, gdy chce się pozostać człowiekem?
Wszak, już tylko używając języka i słów, stwarzamy swój własny świat - nadajemy imiona roślinom i zwierzętom, kreślimy topograficzną mapę uczuć krajobrazu i przyrody, obdarzamy góry, jeziora, drzewa i kwiaty osobowością.
Ale czy zbliżyłoby nas do tego milczenie? Przecież zdarza się, że kiedy milczymy, czujemy jeszcze mocniej, w przeciwieństwie np. do głazu. Czucie wywołuje emocje, a te z kolei "mącą" nam umysł, przez co poznanie staje się jeszcze trudniejsze.
Ideałem bezczucia byłby więc kamień, dzięki czemu, być może, to właśnie on jest najdoskonalej zespolony z Naturą, bo sam należy do jej esencji. W tym kontekście wydaje się, że na przeszkodzie do zgłębienia istoty Natury stoi... nasza świadomość.
Czyżby więc była ona czymś nienaturalnym?
A może czymś nienaturalnym jest już sam człowiek?
* * *
To zabawne, ale i straszne zarazem, jak różnie postrzegamy Naturę.
Zabawne, bo przyginamy ją do naszych wyobrażeń, tęsknot i pragnień, dokonując wygodnej projekcji tego co nasze (czyli naszej kultury), mając przy tym złudne nadzieje, że możemy Naturę urabiać i kształtować wedle naszych widzimisie - gdyż jest nam to potrzebne, bo mamy z tego korzyści, bo to jest przyjemne, bo mamy "fun"... etc.
Czyli totalny i dość bezczelny utylitaryzm, który zakradł się nawet do naszych najświętszych ksiąg, które wszak mówią: "Czyńcie sobie ziemię poddaną". Człowiek ma być przecież "panem wszelkiego stworzenia".
Ha!
To śmieszne i zabawne, bo dzięki temu mamy także nasze "misiaczki", "pieseczki", "żabcie", "kaczusie", "myszki" i "kiciusie".
Straszne, bo z drugiej strony zdarza się nam patrzeć na Naturę jak na okrutnego Potwora bez czucia, działającego bez celu i bez sensu - doskonale obojętnego na nasze cierpienie, ból i przerażenie. Wobec takiej Natury jesteśmy ledwie mikroskopijnym trybikiem, jedną z "biliona bilionów śrubek wielkiego mechanizmu" (Miłosz) - niewiele znaczącą, bezbronną istotką wykorzystywaną bezdusznie przez gigantyczną, będącą w ciągłym ruchu machinę przemian i transformacji na kosmiczną skalę.
Tutaj zresztą również rzutujemy na Naturę nasze lęki, widma, strachy i demony (jednakże świadomość tej projekcji nie jest dla nas żadną pociechą).
Wobec horrendum jakim niekiedy objawia się nam świat przyrodzony, istnieją wszak środki uśmierzające: przymknięcie oczu, zamglenie świadomości, wypełnienie nicości, powołanie sensu, wytyczenie kierunku i celu... wreszcie uznanie Stwórcy za demiurga dobrego.
Czy też uznanie, że jakiś Stwórca wogóle istnieje.
* * *
To prawda, Naturę można pokochać na wiele różnych sposobów: od infantylnego i naiwnego - po głęboki i fundamentalny (choć radykalna miłość jest tu dla mnie czymś zgoła wątpliwym).
Ale prawdą jest również to, że Naturę można znienawidzieć - choć ta nienawiść nigdy już nie jest infantylna, a bywa wręcz po ludzku głęboka. Dzieje się tak wtedy, gdy uznajemy (czy też mamy wrażenie), iż zaczyna ona działać przeciwko nam - unicestwiając nasz ludzki świat, niszcząc kogoś kogo kochamy, albo też nas samych.
Jednym słowem, nasz stosunek do Natury jest jakiś taki... "rozbiegany".
I dziwny, jak my sami.
(No właśnie: może to nie dziwny jest ten świat, a tylko my sami?)
* * *
Relacje między cywilizacją człowieka a światem przyrodzonym (czyli Naturą), to jest mega-temat, którego nawet nie próbuję tutaj poruszać, bo by mi niechybnie eksplodował, roznosząc skromne ramy tego bloga.
Może więc tylko wspomnę o tej disney'owskiej, infantylno-naiwnej perspektywie z jakiej zwykle postrzegamy przyrodę podczas naszych turystycznych wypadów "za miasto".
Mogłem się na to napatrzeć do woli - choćby podczas moich częstych wizyt w parkach narodowych.
Zresztą, czemu się dziwić: nasza edukacja, jeśli chodzi o przyrodę, ograniczała się zwykle do nudnych lekcji biologii, tudzież do antropomorfizujących zwierzęta bajek, dzięki czemu przypisujemy teraz naturze nasze ludzkie atrybuty.
Obdarzamy też cechami istot żywych przedmioty martwe, jak również same zjawiska przyrody - i temu animizmowi ulegają prawie wszyscy z nas.
Z jednej strony jest to zwykłe oswajanie świata (albo nasze oswajanie się z tym światem); z drugiej zaś - bywa to zazwyczaj bardzo powierzchowne.
Z jednej strony czymś niezwykle ujmującym wydawać się może nasza "miłość do zwierzątek", (dajmy na to głaskanie misia po futerku czy kózki po brodzie); z drugiej - jakże naiwne i infantylne jest to przeświadczenie, że taki zwalisty niedźwiedź grizzly, tudzież ważący ponad tonę bizon nie mogą nam zrobić żadnej krzywdy (więc pokarmy go z ręki, więc posadźmy mu na grzbiecie nasze dziecię).
Istnieje również pojmowanie przyrody głębsze - w sposób, w jaki robią to pasjonaci, entuzjaści, naturaliści... a i takich przecież spotkałem: byli to często pracownicy parku, naukowcy, artyści - ludzie, których wiedza przyrodnicza była niczym bezkresny i głęboki Ocean, na swój sposób onieśmielająca i nieco przytłaczająca.
Jednakże i oni nie byli w stanie przekroczyć naszej ludzkiej kondycji, ograniczeń, percepcji. Także i ich wiedza miała swoje granice - i gdy do tych granic docierali, zaczynało się dla nich niezrozumienie, które mogło być tylko przełamane wiarą (a u niewierzących - kolejnym domysłem lub hipotezą).
* * *
Czy wobec potęgi przyrody nie przypominamy mrówki... biegającej tam i z powrotem swoją dróżką, krzątającej się wokół swoich spraw?
Pewnie tak.
Istnieje jednak między nami fundamentalna różnica: my jesteśmy - w przeciwieństwie do niej - obdarzeni świadomością i wiemy, że kiedyś i gdzieś na tej naszej drodze padniemy.
Mrówka pada - ot, tak sobie.
Ale czy my padamy metafizycznie?
* * *
___________________________________________________________
Zdjęcie autora (Comet Falls, Mt. Rainier NP, Washington State, USA)
___________________________________________________________
*
*
___________________________________________
Zapraszam wszystkich na włóczęgę po Ameryce.
Kilka dni temu przyleciała do Chicago (czyli miasta, w którym aktualnie mieszkam) moja siostra wraz całą swoją rodziną (mąż i dwie córki). Po częściowej aklimatyzacji porywam ich wszystkich na amerykański Zachód. Nasza podróż będzie trwała ok. 15 dni.
Wyruszamy już jutro, tj w sobotę 25 lipca, wcześnie rano. Jeszcze tego samego dnia musimy przejechać Wielkie Równiny - pierwszy nocleg planujemy w Kolorado, u podnóża Gór Skalistych.
Trasa naszej wycieczki będzie przebiegać przez następujące stany: Illinois, Iowa, Nebraska, Kolorado, Utah, Arizona, Nevada, Kalifornia, Idaho, Wyoming, Montana, Dakota Południowa, Minnessota, Wisconsin...
Po drodze zobaczymy m.inn. Wielki Kanion Rzeki Kolorado, parki narodowe Utah (Zion, Bryce, Arches), Dolinę Monumentów, Sedonę, Las Vegas, Dolinę Śmierci, Wielkie Słone Pustynie, Grand Teton, Yellowstone, Diabelską Wieżę, Czarne Wzgórza, rzeki Mississippi i Missouri...
Nie muszę chyba pisać o ekscytacji i gorączce podróży jaka właśnie nas ogarnia. Jeśli wszystko będzie przebiegać pomyślnie, to postaram się o zamieszczanie tutaj krótkich wpisów, tak by można było śledzić nasze losy i poczynania (skierowane to będzie nie tylko do naszych rodzin, znajomych i przyjaciół, ale i do wszystkich tych, którzy odwiedzają tego bloga i których to zainteresuje).
Oczywiście będzie to uwarunkowane dostępnością do internetu, jak również ogólną kondycją, samopoczuciem i naturalnie - czasem.
Cóż... wypada sobie tylko życzyć szerokiej drogi :)
I do usłyszenia!
__________________________________________________
*
*
Gdzieś na I-80 w Iowa
DZIEŃ 1: WIELKIE RÓWNINY
"Go West Young Man" - pisał Greeley w XIX wieku zachęcając do podboju amerykańskiego Zachodu, wówczas jeszcze niemal dziwiczego i pół-dzikiego, będącego ziemią wolnych Indian i nieprzebranych stad bizonów pasących się na preriach.
Były to czasy, kiedy tysiące białych osadników - pionierów ruszyło po wyboistych bezdrożach wgłąb kontynentu w poszukiwaniu lepszego życia, które zawsze wydawało się być wszędzie tam, gdzie jeszcze ich nie było.
Wędrówka, będąca wszystkim tylko nie romantyczną wyprawą, jaką kreowały amerykańskie mity podboju, trwała kilka miesięcy - w trudzie, znoju i mordędze - dziesiątkując po drodze osadników.
Dzisiaj tę odległość pokonaliśmy w kilkanaście godzin, przemierzając Wielkie Równiny dawnym, biegnącym wzdłuż rzeki North Platte, szlakiem Mormonów, który dzisiaj zwie się po prostu autostradą międzystanową I-80.
Z Wietrznego Miasta wyruszyliśmy skoro świt. Jazda przez stan Illinois trwała niespełna trzy godziny. Po przekroczeniu Mississippi znaleźliśmy się w Iowa, a po przebyciu Missouri - w Nebrasce, gdzie czekało nas kolejne 400 mil do przebycia. Pod koniec dnia wjechaliśmy do Kolorado, gdzie czekał nas nocleg "in the Middle of Nowhere", czyli w zabitej sidingiem dziurze, w której - jak tu mówią - kojoty d. wyją i szczekają.
Większość tej notki piszę jeszcze w czasie jazdy przez Nebraskę. Mijamy jakieś miejscowości o indiańskich, fancuskich lub niemieckich nazwach, otoczeni płaskimi jak patelnia terenami, oblani morzem kukurydzianych pól. Rzadko rozsiane farmy, przypominające jakieś rakietowe wyrzutnie siolosy, "kukuryźniki" opryskujące bezkresne uprawy... no i naturalnie, towarzyszące nam na autostradzie, tysiące anerykańkich ciężarówek przypominających gigantyczne, lśniące, metaliczne zabawki dla dużych chłopców.
Życie nasze oddałem właśnie w ręce szwagrowi, który zresztą po raz pierwszy w życiu prowadzi samochód z automatyczną skrzynią biegów. Maszynę mamy niezłą - wielki, solidny, ale prowadzący się lekko SUV Chevrolet Tahoe.
Nasze dziewczyny rozłożne na tylnych siedzeniach coś tam sobie czytają, z głośnika płynie leniwe country...
Wielkie Równiny nie należą raczej do tych ekscytujących amerykańskich pejzaży. Wręcz przewnie - poraża ich monotonia, nudna powtarzalność, bezbrzeżna rozległość, "nic-nie-dzianie-się", wielkie a mdłe (zwłaszcza dzisiaj) niebo.
Jednakże, kiedy 17 lat temu jechałem przez nie po raz pierwszy, nie sprawiały na mnie takiego wrażenia. Ale to były czasu mojej konkwisty i odkrywania kraju, który zwabił mnie wówczas obietnicą wolności i przygody - właśnie tym bezkresem ciągnącej się po horyzont, niekończącej się drogi, ogromem przestrzeni, którą można się było zachłysnąć wydostawszy ze zgrzebnej i szarej klatki PRL-u.
Dawno już tędy nie jechałem. Ostatni raz - około 9 lat temu. Później tę odległość pokonywałem zwykle samolotem - latając do Denver, Phoenix, Los Angeles, Salt Lake City, Las Vegas, Reno lub Seattle. Niewiele się zmieniło przez ten czas. Może tylko mniej jest krów, rozwalających się stodół; więcej za to olbrzymich białych wiatraków, czy kilkusetmetrowych konstrukcji do podlewania pól. Tyle samo zaś upraw, pastwisk, topoli, kukurydzy oraz... robót drogowych, które zwalniają nieco nasz pęd (wynoszący zwykle 130 km./godz.)
Nasza eskapada dopiero się rozpoczyna. Jutro czekają nas scenerie zgoła odmienne. I ta niewiarygodna, dramatyczna wręcz zmienność będzie nam już twarzyszyła właściwie do końca naszej dwutygodniowej podróży.
Licznik: 882 mile
__________________________________________________
*
Droga prowadząca przez przełęcz Trail Ridge na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych.
Jedna z najwyżej położonych dróg na kontynencie (3723 m. n.p.m.)
DZIEŃ 2: GÓRY SKALISTE
Zmrok zapadł nagle - jak to w górach. Jesteśmy już po zachodniej stronie potężnego pasma Gór Skalistych, w których spędziliśmy większość dnia. Na nocleg w okolicach Grand Junction (miasteczko położone jeszcze w stanie Kolorado, tuż przed granicą z Utah), zostało około godziny jazdy.
Mam teraz chwilę oddechu, więc spróbuję jeszcze coś wykrzesać z mojego lekko umęczonego już mózgu i napisać tych parę słów o naszych dzisiejszch poczynaniach i wrażeniach (chociaż łatwe to nie będzie).
Rocky Mountains National Park to pierwszy park narodowy na naszej trasie (bedzie ich jeszcze bodajże siedem.) Kilkadziesiąt tysięcy hektarów wydzielonych z górskiej wilderness, czyli "dziczy" - wraz z fauną i florą, która ostała się w stosunkowo nienaruszonym stanie od XIX wieku, kiedy to biały człowiek dokonał największych spustoszeń na tzw. Dzikim Zachodzie, wybijając wówczas niemal wszystkie drapieżniki, eksterminując wiele innych gatunków, wycinając lasy oraz eksploatując wszelkie możliwe złoża cennych kruszców i minerałów. Opamiętanie (a i to nie u wszystkich), przychodziło później, choćby wraz z rozwojem systemu parków narodowych, który stał się właściwie wzorem dla całego świata, jeśli chodzi o kontrolowaną rządowo ochronę środowiska naturalnego. Wprawdzie na cofnięcie się ekspansji ludzkiej cywilizacji w Naturę nie ma co liczyć, to jednak te (uspakajające nieco nasze sumienie) enklawy przyrody zakonserwowanej w rezerwatach, parkach czy sanktuariach są czymś ze wszech miar godnym poparcia.
Lecz o tym można by pisać długo, a na to raczej nie mogę sobie tutaj pozwolić.
Wspomnę jedynie, że dziś największym dla nas przeżyciem było pokonanie leżącej na terenie Parku Narodowego Gór Skalistych przełęczy Trail Ridge, która wyniosła nas na niebotyczną (niemalże) wysokość 3713 m. n.p.m. (nota bene rekord naziemnej wysokości dla towarzyszącej mi rodziny).
Lecz zanim to się stało, nad ranem musieliśmy przebyć jeszcze zachodnie kresy Wielkich Równin, następnie pełne wąwozów przedgórze, za którym majaczyły już w oddali pokryte wieczną zmarzliną granie i ośnieżone szczyty Gór (jak najbardziej) Skalistych.
Kiedy wjeżdżaliśmy na teren parku narodowego pogoda była jeszcze całkiem znośna, choć pobliskie doliny zaczęły się zapełniać sinymi kłębami mgieł i chmur, które - w miarę jak pokonywaliśmy coraz wyższe górskie strefy - coraz bardziej dobierały się nam do skóry. Na szczęście pogoda nie załamała się jeszcze na tyle, by uniemożliwić nam pokonanie dość krótkich wprawdzie, ale położonych za to na dużej wysokości, pieszych szlaków. Była więc okazja by przyjrzeć się roślinności, którą tutaj nazywa się alpejską tundrą. Z bliska widzieliśmy świstaki, z daleka zaś - olbrzymie stado łań i jeleni wapiti. Nie zabrakło także łosi, chociaż owce gruborogie (będące zwierzęcym symbolem Gór Skalistych), już gdzieś się pochowały (o czarnych niedźwiedziach - baribalach nie wspominając).
Mały dramat zaczął się kiedy zaczęliśmy zjeżdżać z przełęczy - już po zachodniej stronie Wododziału Kontynentalnego. Wokół nas rozpętała się gwałtowna burza, ogarnęły nas ciemności a z góry lunęła nam na głowy (a właściwie na dach samochodu) cała masa wody, dzięki czemu jazda zaczęła przypominać jakiś sport ekstremalny. Z wielkim trudem dotarliśmy do autostrady I-70. Wtedy deszcz przestał padać, świat się rozjaśnił i już w niejakim komforcie mogliśmy kontynuować naszą podróż na zachód.
Tak więc siędzę oto teraz w pędzącym przez noc wehikule, sącząca się z głośników Sarah Brightman uśpiła wszystkich... z wyjątkiem oczywiście kierowcy. Mijamy właśnie Grand Junction. Do Fruity (czyli założonej jeszcze przez Mormonów "Owocarni") gdzie właściwie mamy nocleg, zostało nam niecałe 14 mil. Czyli pestka!
Jutro ponownie czeka nas wielka odmiana: porośnięte lasem ciemno-zielone, rudo-szare zbocza Gór Skalistych pozostaną wspomnieniem, a ogarną nas płomienne żółto-pomarańczowo-czerwone scenerie Płaskowyżu Kolorado, ze swoją niepowtarzalną geologią, niewiarygodnymi formacjami skalnymi, zadziwiającymi tworami przyrody i bezkresną przestrzenią.
(A jeśli ktoś w tej chwili myśli, że ulegam przesadnej egzaltacji, to się myli, o czym zaświadczyć mogą tylko ci, którzy mieli to szczęście, by zetknąć się wcześniej chociażby z Wielkim Kanionem, Doliną Monumentów, czy niezwykłymi parkami narodowymi w Utah. To wszystko przed nami.)
Licznik: 1362 mile
__________________________________________________
*
Ania pod Delikatnym Łukiem
DZIEŃ 3: ŁUKI SKALNE w UTAH
Pierwszy prawdziwy szok krajobrazowy czekał moich towarzyszy podróży dzisiaj, kiedy wjechaliśmy na Ziemię Kanionów w Utah.
I tutaj chciałbym napisać o moim "odkryciu", którego dokonałem jeszcze przed laty, kiedy przemierzałem te rejony bawiąc się w pilota prowadzącego wycieczki po amerykańskim Zachodzie.
Co ciekawe, nie znalazłem wówczas żadnej o tym miejscu wzmianki w przewodnikach, którymi się wówczas "obkładałem".
A wystarczyło zjechać z autostrady I-70 na lokalną drogę 128 (Exit 214) prowadzącą do Moab wzdłuż kanionu wyżłobionego przez rzekę Kolorado. Wprawdzie nie jest to jeszcze Kanion Wielki (tubylcy nazywają go bodajże Hal Canyon), ale moim zdaniem tworzy on jedną z najbardziej spektakularnych scenerii na kontynencie.
Niestety, żadne zdjęcie, żadne filmy, żadne słowa nie są w stanie oddać wrażenia, jakiego doznać można w bezpośrednim zetknięciu się z tym miejscem: wijąca się wśród stromych, wysokich na kilkaset metrów pomarańczowo-czerwonych klifów kolorowa rzeka, której brzegi porastają żółto-zielone krzewy i zarośla, zaś tło stanowią sterczące w oddali potężne skalne ostańce, przypominające jakieś zamki, wieże, kolumny, amfiteatry, mury obronne, twierdze...
Jednak chciałbym przy tej okazji wspomnieć jeszcze o innym miejscu, które zobaczyliśmy zaraz po zjechaniu z autostrady. Jest to "miasteczko", które w moim rakningu najdziwniejszych (i najbiedniejszych) amerykańsich miast zajmuje jedno z czołowych miejsc. Nazywa się Cisco. Trudno je nawet nazwać miastem-widmem, bowiem nagromadzenie w nim przeróżnych złomów, ruin, ruder, wraków i baraków, tudzież walących się ścian, padniętych maszyn i urządzeń przywołuje jak najbardziej materialne skojarzenia. Wygląda również na to, że mimo wszystko jest ono jednak zamieszkałe, o czym świadczą widoczne tu i ówdzie... anteny satelitarne i zaparkowane przy drodze samochody, (które chyba jednak są jeszcze na chodzie.)
Dla mojej rodziny to był doprawdy szok - tym razem socjologiczny. (Krajobrazowy miał nastąpić za kilka chwil, bowiem Cisco leży na owej samotnej drodze prowadzącej przez czerwoną pustynię do Kanionu Hala, o którym przed chwilą wspomniałem.)
Tak, tak... te amerykańskie kontrasty to temat godny osobnego (i szczególnego) potraktowania, co jednakże mogłoby rozdmchać te notatki do lekko przerażających rozmiarów, a ja tu straszyć nikogo raczej nie zamierzam, choć, jak widzę, to co miało być w tych notatkach tylko dygresją, rozrosło mi się do rozmiarów dłuższego wpisu.
A przecież główny temat dzisiejszego dnia stanowić miały niesamowite łuki skalne, które czekały na nas w Arches National Park. Łuki, o których całe moje towarzystwo już wiedziało wcześniej choćby ze zdjęć, z przewodników, z albumów, a nawet... z tablic rejestracyjnych Utah, na których widoczny jest tzw. Delicate Arch, będący zresztą niejako symbolem całego stanu.
W parku Arches spędziliśmy niemal cały dzień, bowiem tego dnia jazdę zamieniliśmy na piesze wędrówki po licznych szlakach prowadzących do najciekawszych łuków i formacji skalnych.
Już same nazwy mówią za siebie: Park Avenue, Windows, Double Arch, Landscape Arch, Pot Hole, Devils Garden, Fiery Furnace, Courthouse Towers, Balanced Rock, Garden of Eden...
Jak przystało na pustynię - było sucho i gorąco, żar lał się na nas z nieba, wypijaliśmy całe hektolitry wody, wsmarowywaliśmy w siebie całe kilogramy kremów przeciwsłonecznych, jednak dość dzielnie dawaliśmy sobie radę z liczącymi po kilka kilometrów szlakami.
Najdłuższą i chyba jednak najbardziej wyczerpującą wędrówkę zostawiliśmy sobie na późne popołudnie, kiedy światło słoneczne nie było już tak mocne, dzięki czemu można było w miarę bezboleśnie przejść przez rozległą i otwartą skalną płaszczyznę, która w pełnym południowym słońcu zamienia się w jedną wielką rozgrzaną patelnię.
Był to właśnie szlak prowadzący do Delicate Arch.
Swoją drogą dziwnym mogłoby się wydawać to, by utworzony ze skały łuk - wielki, twardy i ciężki - nazywać "delikatnym". Kiedy jednak - pokonawszy dość forsowne podejście i zawieszoną nad przepaścią, prowadzącą po skalnej półce ścieżkę - odsłania się przed nami widok tego najsłynniejszego (bez wątpienia) skalnego łuku świata, oniemiejemy (bez mała) zadziwieni jego... wyrafinowanym kształtem i niemalże misterną budową.
Pod łukiem spędziliśmy ponad godzinę, spoczywając wraz z dziesiątkami innych ludzi na skale tworzącej coś w rodzaju skalnego amfiteatru - z Delikatnym Łukiem w miejscu sceny. I mimo że - jak ktoś zauważył - ten łuk tam tylko "siedział" i nic nie robił, to spektakl był zaiste pasjonujący, tym bardziej że światło zachodzącego słońca z minuty na minutę zmieniało swoje natężenie, pociągając za sobą zmianę barwy samego łuku, jak również otaczającej go scenerii - wraz z majaczącymi daleko na horyzoncie górami La Salle.
Patrząc na Delicate Arch zastanawiałem się także i nad tym, skąd biorą się te nasze doznania estetyczne w zetknięciu z tworami natury. (Myślałem o tym nie pierwszy raz, zresztą.)
Czy to dlatego, iż my, tworząc naszą estetykę, naśladowaliśmy Naturę, w związku z czym może się w niej odbijać - niczym w zwierciadle - nasz zachwyt?
Czy też Natura sama dokonała niejako "zapisu" w nas poczucia (kanonu) piękna, dzięki czemu możemy w niej owo piękno dostrzegać?
Ale, ale... to przecież temat do niewczesnych rozważań. Może kiedyś...
Wróćmy jednak do naszego itinerary.
Jutro wjeżdżamy na teren rezerwatu Indian Navajo. A to już Arizona. I kolejne nieziemskie widowisko: Dolina Monumentów!
Licznik: 1511 mil
__________________________________________________ 
Monument Valley o zachodzie słońca
DZIEŃ 4: DOLINA MONUMENTÓW
Grand Mesa, Valley of the Gods, Goose Necks (czyli przełomy rzeki San Juan), burza piaskowa, skalny Meksykański Kapelusz, deszcz i błoto w Dolinie Monumentów, powitanie Arizony, rezerwat Nawahów, pierwsze prawdziwe zetknięcie się z Indianami, zachód słońca nad Navajo Land....
To skrócona wersja historii naszego dzisiejszego dnia.
Niemal cały czas towarzyszyły nam scenerie jakby z innej planety, często też można było odnieść wrażenie, iż bierzemy udział w jakimś filmie, zwłaszcza podczas wycieczki z indiańskim przewodnikiem po Dolinie Monumentów.
Pierwsze mocniejsze emocje zaczęły się dla nas, kiedy przyszło nam zjeżdżać z płaskowyżu zwanego Grand Mesa do Doliny Bogów. Jakimś cudem udało się komuś wykuć drogę na pionowej, liczącej kilkaset metrów wysokości ścianie. Dozwolona prędkość na owej żwirowej drodze to 5 mil na godz. A to mówi samo za siebie. Kobiety zakrywały oczy nad przepaścią, muzyka Pink Floydów przenosiła nas w kosmiczne wymiary, ale w końcu znaleźliśmy się u stóp wielkiej ściany i wjechaliśmy do Doliny Bogów, której niezmierzoną przestrzeń widzieliśmy wcześniej z krawędzi Mesy.
Valley of the Gods (Dolina Bogów) to takie preludium do Monument Valley. Jednak monumenty tu nieco mniej monumentalne, Indian raczej się nie uświadczy, spotkane samochody można policzyć na palcach jednej ręki... ale za to mogliśmy się już przyzwyczajać do czerwonego morza piasków, otaczającego nas - jak okiem sięgnąć - ze wszystkich stron.
Jednak czerwień to nie jedyny kolor, jakim zabarwione są tutejsze skały. Są nimi wszelkie odcienie błękitu, zieleni, fioletu, brązu... A wszystko ułożone we wzory godne prawdziwego malarza abstrakcjonisty.
I te niezwykłe rzeźby wokół!
Oto np. Meksykański Kapelusz (Mexican Hat) - niczym odwrócone do góry rondem wielkie kamienne sombrero spoczywające na szczycie stożkowatej skały. Oto wijące się niczym menader koryto rzeki San Juan, które przypomniało komuś wygięte gęsie szyje (Goose Necks); oto skały do złudzenia przympominające profil Indianina, wysoką twierdzę, gigantycznego słonia...
Gdzieś po drodze złapała nas piaskowa burza (kolejny debiut dla towarzyszącej mi rodzinki). Cały kolorowy świat zrobił się nagle ciemny, brązowo-żółty, szaro-niebieski. Byliśmy na szlaku, więc posypały się na nas całe zwały piachu wciskające się dosłownie wszędzie. Nasze włosy przybrały rudą barwę, w zębach zaczął zgrzytać piach, a oczy zrobiły się czerwone. Zaraz potem jednak zaczął padać deszcz - i to było nasze pierwsze (z wielu) mycie, mające na celu pozbycie się piachu.
Ta pogoda zmartwiła mnie jednak tylko z jednego powodu: pod znakiem zapytania stawała nasza wizyta w Monument Valley. A to przecież jedno z najwspanialszych miejsc na naszej trasie: leżąca na terenie rezerwatu Indian Navajo Dolina Monumentów jest bowiem bez wątpienia jednym z najbardziej spektakularnych i niezwykłych miejsc na kontynencie. Jeśli chodzi o mnie, to od dziecka marzyłem o zobaczeniu na własne oczy tego zakątka Dzikiego Zachodu, który znałem jedynie z westernów (był to przede wzystkim "Dyliżans" Johna Forda, ale nie tylko...).
Na szczęście aura nieco się wyklarowała, można więc było myśleć o zapuszczeniu się wgłąb Doliny. Byłem tu już wielokrotnie, ostatnim razem wjechałem do Monument Valley samodzielnie, ale teraz zdecydowałem się, by towarzyszył nam indiański przewodnik. Bowiem tyko z uprawnionym do tego celu tubylcem można odwiedzić dalsze, a przecież niezmiernie ciekawe, zakątki Doliny. Tak też się stało.
I tutaj wielce żałuję, że brakuje mi miejsca i czasu, by dokładniej opowiedzieć o tym, co widzieliśmy (i przeżyliśmy) z Howardem vel Husky'm (tak właśnie zwał się nasz Indianin) na zalanych wodą (sic!) i pogrążonych w błocie bezdrożach Monument Valley, i jak mocnych wrażeń ta eskapada nam dostarczyła. Podobnie jak nie jestem w stanie choćby poruszyć tematu dotyczącego Indian Ameryki Północnej, który mnie w czasach moich szczenięcych mocno zajmował i pasjonował.
Wspomnę jedynie o przepięknym (jak zwykle tutaj) zachodzie słońca, (który nigdy mnie jeszcze w Dolinie Monumentów nie zawiódł, bez względu na to jak paskudna byłaby pogoda w ciągu dnia.) To właśnie wtedy Dolina Monumentów staje się jednym z najbardziej malowniczych miejsc, jakie zobaczyć można na naszej planecie.
No cóż. Muszę kończyć, zbliżamy się bowiem do Tuba City - miejscowości, gdzie znajduje się nasz kolejny nocleg.
A jutro?
Najbardziej widowiskowa dziura w ziemi - Wielki Kanion!
Licznik: 1817 mil
__________________________________________________
*

Wielki Kanion Rzeki Kolorado widoczny z tarasu Desert View
DZIEŃ 5: WIELKI KANION
Sława Wielkiego Kanionu jest globalna. Kto o nim nie słyszał? Któż nie chciałby - przynajmniej raz w życiu - zobaczyć na własne oczy owego "cudu natury"? Podejrzewam, że pragnieniu temu nie oparliby się nawet ci, którzy są zupełnie niewrażliwi na piękno przyrody... choćby ze zwykłej ciekawości.
Nie jest to teraz takie trudne. Wystarczy tylko przybyć do Arizony, wsiąść do samochodu, autokaru a może nawet do pociągu i w ciągu paru godzin stanąć na krawędzi największego (choć nie najgłębszego), i chyba jednak najbardziej spektakularnego kanionu świata.
Dawniej nie było to takie trywialne. Aby się tu dostać, potrzeba było kilku dni jazdy konnej ścieżkami znanymi tylko żyjącym w tych stronach Indianom i traperom.
Kiedy uczestnicy jednej z pierwszych wypraw eksplorujących zachodnie rubieża Ameryki zobaczyli ogrom oraz przestrzenne rozpasanie Kanionu, stwierdzili, że jest on czymś tak odstraszającym, że są pewnie ostatnimi białymi, którzy chcieli się tu zapuścić. Obecnie Wielki Kanion zwabia każdego roku ponad 4 miliony turystów.
Tak oto zmienia się nasza ludzka perspektywa.
Drzewiej ważne było tylko praktyczne podejście do przyrody, którą należało okiełznać, gdyż było to konieczne do przeżycia. Dziś liczy się zaspokojenie własnej ciekawości, dotarcie do miejsc znanych, zobaczenie ich - co jest w pewnym sensie celem samym w sobie.
Możemy być natomiast pewni tego, że kiedy blisko pół tysiąca lat temu dotarli tu pierwsi Europejczycy (a konkretnie hiszpańscy konkwistadorzy pod wodzą Francisco de Coronado), postrzegli oni Kanion jedynie jako przeszkodę na drodze do legendarnych złotych miast Ciboli, które chcieli złupić.
Dziś Kanion jest dobrem wręcz bezcennym i bynajmniej nie mam tu na myśli tylko arizońskiej turystycznej komercji.
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że bezcennym tak, jak bezcenne są dzieła sztuki stworzone przez człowieka, bowiem, podobnie jak w nich, zamknięte jest w nim to, co uznajemy za piękno.
Swoje trzy grosze wtrąciłby też geolog, dla którego Wielki Kanion jest pasjonującą księgą z zapisaną w niej historią naszej planety. A sięga ona tutaj niewyobrażalnej dla ludzkiej percepcji czasu wielkości 2 miliardów lat (taki jest wiek najstarszych skał, jakie odsłoniły się na samym dnie Kanionu).
Zresztą, nie możemy sobie nawet wyobrazić czasu, w jakim rzeka Kolorado zdołała wyrzeźbić swoje dzieło, choć w skali geologicznej jest to ledwie chwila: cóż bowiem znaczy te marne 5 milionów lat wobec owych miliardów lat istnienia Ziemi?
Kanion wogóle jest tworem, który trudno jest człowiekowi ogarnąć, przyswoić, "zrozumieć"...
Przede wszystkim - jeśli chodzi o ocenę jego kolosalnej wielkości - zawodzą nas nasze zmysły. Po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich parametrów, brak nam jakiegoś punktu odniesienia, by pojąć te proporcje.
Chciaż wrażenie robią już suche liczby: długość kanionu - 450 km., szerokość dochodząca do 16 km., głębokość - 1600 m.
Wyobraźmy sobie taki twór np. w Polsce. Ileż to by zajęło wjewództw?
Jak ludzie reagują na widok Kanionu?
Różnie.
Podczas wielokrotnych wizyt tutaj zaobserwowałem różne reakcje: od pojawiających się w oczach łez, do zupełnej obojętności (ktoś wolał sobie pójść na lody, niż podejść nad krawędź i rzucić okiem na Kanion.)
Dwa ekstrema, każde wszak zawierające w sobie pewną dozę ekscesu. Między nimi rozciąga się spectrum ludzkiej wrażliwości na Kanion.
Niejednokrotnie zastanawiałem się od czego to zależy? Od jakiejś organicznej konstytucji człowieka, od czułości jego zmysłów, od stanu ducha, samopoczucia, od nastawienia, sugestii... ?
Jaki to ma związek z inteligencją, a jaki z wiedzą?
Bardziej to cecha wrodzona czy nabyta?
Czy jest to prosta funkcja ciekawości świata, albo też - z drugiej strony - obojętności na estetyczne walory, jakie niewątpliwie posiadać mogą twory przyrody?
Przypomina mi się tutaj pewna anegdota.
Pewnego razu gościem stanu Arizona był słynny marszałek francuski Ferdynand Foch. Kiedy zaprowadzono znamienitego gościa nad krawędź i pokazano mu Kanion, wszyscy byli niezmiernie ciekawi jego reakcji. Zapadło milczenie i każdy z towarzyszącej marszałkowi świty nadstawił ucha, oczekując jakichś wiekopomnych słów. Wtedy Foch odwrócił się i powiedział: "Let's have a cup of tea".
Nie jestem marszałkiem Fochem. Za każdym razem, kiedy tu przybywam, kanion robi na mnie niezmiennie wielkie wrażenie.
Także i dzisiaj cieszyłem się z tego kolejnego z nim spotkania. Mam nadzieję, że i zadziwienie moich krewnych było autentyczne. W końcu spotykali się z Kanionem pierwszy raz w życiu.
Na południowej krawędzi Wielkiego Kanionu spędziliśmy niemal cały dzień, oglądając go z najciekawszych punktów widokowych: Grand View, Moran, Yavapai, Lipan. Późnym popołudniem zaś wybraliśmy się na Hopi Point, podobnie zresztą jak większość ludzi, gdyż taras ten słynie z najpiękniejszych zachodów słońca nas Kanionem. To właśnie o tej porze kolory wąwozu są najbardziej intensywne, pojawia się głębia i gra cieni... co chciałem (dość chyba jednak nieskutecznie) uchwycić aparatem fotograficznym.
Licznik: 2019
__________________________________________________
*
Las Vegas nocą*
*
DZIEŃ 6: LAS VEGAS
Miasteczko Flagstaff, w którym spędziliśmy noc po odwiedzinach Wielkiego Kanionu, dzieli od Las Vegas kilkusetmilowa droga przez półpustynie Arizony. Zanim jednak tam dotarliśmy, zdecydowałem się zboczyć nieco z utartego szlaku i zajrzeć do położonej wśród sosnowych lasów Sedony, aby nieco otrząsnąć się z piasku pustyń, które pokonaliśmy do tej pory. Po drodze zatrzymaliśmy się na kilka godzin w parku stanowym Slide Rock, gdzie można się było wykąpać w orzeźwiającym strumieniu Oak Creek, którego koryto tworzy wygładzona skała. W rzeczce tej można więc nie tylko pływać, ale i ślizgać się (stąd nazwa parku), co sprawiło niezłą frajdę naszym dziewczynom.
Jednakże w Sedonie zakurzyliśmy się ponownie, bowiem wypuściliśmy się naszym SUV-em w jeden z tych dzikich a kamienistych traktów, które prowadzą wśród otaczających miasto stromych a wysokich czerwonych skał.
Lecz Sedona słynie w Ameryce nie tylko ze swojego malowniczego położenia, tudzież z tych wertepów. To właśnie tutaj ostatnimi laty ściągnęli zewsząd wyznawcy New Age, czekając na swój Rok Wodnika i ładując się emanującą ponoć ze skał energią. Miasteczko pełne jest więc artystów, ludzi uduchowionych, a także zwykłych dziwaków.
Do tego grona dołączyliśmy także i my. Lecz tylko na chwilę. Zaraz bowiem musieliśmy uderzyć w dalszą drogę na północny zachód - w kierunku Nevady.
* * *
Do Las Vegas najlepiej jest wjeżdżać nocą, kiedy to położone w kotlinie miasto przypomina migotliwe morze świateł. Iluminacyjne wrażenie potęguje się, kiedy zbliżamy się do tzw. "stripu", czyli położonego wzdłuż Las Vegas Boulvard pasma rozświetlonych neonami największych kasyn ogarniętych zupełnie szaloną feerią barw. I bez względu na to, jak byśmy sobie to miejsce nie wyobrażali i co byśmy o nim nie sądzili, to widok ten przyprawia niemal każdego zjawiającego się tu po raz pierwszy człowieka o większy lub mniejszy (i to nie tylko estetyczny) szok.
Mam swoje dość jednoznaczne i wykrystalizowane zdanie o Las Veagas.
Nie jest to mój świat, ani moja estetyka, ani też rodzaj rozrywki, który preferuję, a mimo wszystko uważam, że to największe dziwowisko świata absolutnie warto - przynajmniej raz w swoim życiu - zobaczyć. Nasze zadziwienie będzie totalne. Nic bowiem nie jest w stanie przygotować nas na zderzenie się z tym fenomenem (a to, że jest to swego rodzaju fenomen nie ulega raczej wątpliwości) - żaden film (a były ich o Las Vegas dziesiątki), żaden opis czy relacja.
Oczywiście, że jest to monstrualny kicz, z którym nic nie może się równać; naturalnie, że jest to apogeum konsumpcyjno-eskapistycznej cywilizacji, która na aksjologicznej i dosłownej (w sensie geograficznym) pustyni wybudowała swój Babilon.
Jednakże ta apoteoza kiczu nie jest tandetą ani też totalnie skrojonym na prostackie gusta lunaparkiem. Zbyt dużo w niej wyrachowanego zamysłu, przemyślności, rzec można nawet - wyrafinowanej koncepcji. Niejaki podziw może również wzbudzić doskonałość konstrukcji tej ludyczno-hazardowej machiny - jej wydajność, niezawodność i skuteczność.
Ale czego się nie robi dla pieniędzy.
W Las Vegas panuje zaskakujący porządek. Cóż, "Ordnung muss sein!" - jak mawiali starzy mafiozi, którzy pierwsi zainwestowali w kasyna, rozkręcając ów biznes na niespotykaną nigdzie indziej skalę.
Uderzają lasvegaskie paradoksy, zadziwia historyczna ironia.
"Las vegas" to po hiszpańsku łąki, (po których nie ma tu śladu, chyba że same kasyna uznamy za ośle łączki pasących się złudzeniami hazardzistów) a miasto zostało założone przez purytańskich i pobożnych Mormonów. (Teraz jest to jedyne miejsce w Ameryce, gdzie dozwolona jest prostytucja, choć oficjalnie burdeli w samym Las Vegas nie ma. Amatorzy płatnej "miłości" jadą więc na pustynne peryferia, do dziur w rodzaju położonego nieopodal Doliny Śmierci Pahrump, lub zamawiają sobie do pokoju hotelowego call girl... ale o tym to ja tylko wiem ze słyszenia).
Las Vegas bawi, tumani, przestrasza - oszałamia, zachwyca, budzi niechęć lub przyciąga... You name it!
Jest czymś obliczonym na masowe wzięcie, odwołuje się do najprostszych, najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb i skłonności, takich jak np. seks, rozrywka, konsumpcja, rozładowanie, zapomnienie, ucieczka... Daje przy tym średniemu człowiekowi złudzenie uczestnictwa w bajce i luksusie. Stąd te Bellagia, Paryże, Wenecje, Pałace Cezarów, Excalibury, Luxory, Wyspy Skarbów, Miraże... Stąd nieprzebrane, uginające się od żarcia bufety, czy widowiska, przy których Moulin Rouge może wyglądać na Kopciuszka.
Tak więc zderzyliśmy się z tym wszystkim już dzisiaj, niemniej jednak nie daliśmy się (jeszcze) porwać przelewającym się po Las Vegas Boulvard tłumom. Przyjechaliśmy dość późno, więc jedynie zrobiłem małą rundę po stripie, by pokazać mojej rodzinie największe kasyna - na razie tylko z perspektywy samochodowego okna. Po kolacji w Excaliburze zakwaterowaliśmy się w jednym z hoteli sąsiadujących z Cezar Palace, Bally's, Flamingo i Bellagio (a więc w samym epicentrum lasvegaskiego tygla) i udaliśmy się na spoczynek przed planowaną na jutro wyprawą do Doliny Śmierci.
Licznik: 2398 mil
__________________________________________________
*

Pozdrowienia z Doliny Śmierci (Zabriskie Point)ZIEŃ 7: DOLINA ŚMIERCI
DZIEŃ 7: DOLINA ŚMIERCI
Udało się! Z Doliny Śmierci wyjechaliśmy żywi, cali i zdrowi!
Może tylko trochę podpieczeni słońcem, lżejsi o parę kilogramów wypoconej z nas i wyparowanej wody.
Wycieczka trwała prawie cały dzień.
Po pustyni arizońskiej będącej częścią krainy zwanej Sonora Desert, poznaliśmy pustynię kolejną, a mianowicie Mojave, która zajmuje nieomal całą Nevadę oraz sporą część południowej Kaliforni, gdzie leży Park Narodowy Doliny Śmierci. Tym sposobem "zaliczyliśmy" również kolejny stan na naszej trasie. (Jednakże na to, by dokładniej poznać Kalifornię potrzeba ciut więcej czasu. Ale to zupełnie inna bajka.)
Dolina Śmierci swą złą (i dobrą) sławę zawdzięcza swojej wyjątkowości, o której decyduje jej położenie geograficzne: jest to bowiem najgorętsze, najniżej położone oraz najbardziej suche miejsce na półkuli zachodniej.
A oprócz tego zupełnie niezwykłe, jeśli chodzi o krajobraz.
Etymologicznie, polska "pustynia" przywodzi na myśl jakieś miejsce puste. Jednak, moim zdaniem, lepiej oddaje naturę pustyni angielskie słowo "desert", które kojarzy się z czymś opuszczonym, porzuconym. Gdyż pustynia pełna jest niespodzianek, nie wspominając o tym bagactwie ukrytym, niewidocznym na pierwszy rzut oka, niezbyt oczywistym.
Dokładnie tak się sprawy mają ze słynną Doliną Śmierci.
Przede wszystkim zaskakuje jej różnorodność. Każde miejsce, w którym się zatrzymywaliśmy, wyróżniało się czymś swoistym, było na swój sposób wyjątkowe.
Oto Kotlina Badwater: rozległa, biała jak śnieg salina, gdzie znajduje się największa depresja (86 m. poniżej poziomu morza), a na jej obrzeżach - stosunkowo mała sadzawka słonej wody, gdzie żyją gatunki roślin i zwierząt tzw. endemiczne, czyli takie, które spotkać można jedynie w tym bajorku i nigdzie indziej na świecie.
Furnace Creek, gdzie zanotowano rekordowo wysoką (dla obu Ameryk) temperaturę (57 st. C) - teraz jest to oaza z przypominającym miraż zagajnikiem palm daktylowych.
Sand Dunes to przywodzące na myśl Saharę piaszczyste wydmy.
Devil's Golf Course - rozległe pola porowatych mienerałów, które komuś skojarzyły się z golfowiskiem dla diabłów.
Artist Drive - wijąca się pośród kolorowych skalnych stożków wąska dróżka prowadząca do bajecznie kolorowej ściany zwanej Paletą Artysty.
Scotty's Castle - "zamek" wybudowany dosłownie na piasku przez pewnego ekscentryka z Chicago... (I bynajmniej nie wymieniłem jeszcze wszystkich ciekawych miejsc Doliny.)
Ale, ale... jakże mógłbym nie wspomnieć o złotych zboczach i wąwozach, które widzi się na Zabriskie Point (czy ktoś przypomina sobie film Antonioniego z muzyką napisaną specjalnie do tego filmu przez "Pink Floydów"?) To wg mnie jeden z najardziej malowniczych zakątków Death Valley.
Dziś przez Dolinę Śmierci podróżować jest nieprzyzwoicie łatwo. Wsiada się do klimatyzowanego samochodu, jedzie z prędkością blisko 100 km. na godzinę, wysiada się na krótko, by z bliska zobaczyć co ciekawsze zakątki, robiąc niezbyt długie spacery (które i tak pozwoliły nam odczuć na własnej skórze buchające żarem powietrze - na termometrze w Furnace Creek odczytaliśmy temperaturę 47 st. C !)
Służby parkowe kontrolują teren, by nikomu nie stało się nic złego. Są tu hotele, campingi, prawadziwe pola golfowe, stacja benzynowa, sklepy, restauracje...
Zupełnie inne warunki towarzyszyły ogarniętym gorączką złota pionierom, którzy, podążając w połowie XIX wieku do złotonośnych pół Kaliforni, chcąc skrócić sobie drogę, trafili na dno Doliny, w której utknęli na kilka tygodni i tylko jakimś cudem nie zostali w niej na zawsze (niestety, nie udało się to dwójce z nich).
Kiedy przybyto im wreszcie z pomocą wyprowadzając z głębi kotliny, jedna z kobiet odwróciła się za siebie i powiedziała: "Goodbye Death Valley". Nazwa przylgnęła.
W samej Dolinie Śmierci spędziliśmy ładnych parę godzin, a na koniec zafundowałem mojej grupie niespodziankę: widok Doliny Śmierci z punktu zwanego Dante's View, położonego na grzbiecie pasma górskiego Amargosa, które ogranicza kotlinę od strony wschodniej. Dopiero stamtąd (z wysokości ponad półtora kilometra nad dnem Doliny) widać jej ogrom (100 km. długości).
No cóż, muszę kończyć, bo i tak się rozpisałem ponad miarę, a tu widać już w oddali Las Vegas, gdzie czeka nas jeszcze jedna noc.
Jest późne popołudnie. Tym razem więc zobaczymy owo curiosum w świetle dnia, a jest to widok diametralnie różny od tego, co widzi się w nocy.
A propos nocy... Wygląda jednak na to, że (mimo wszystko) pójdziemy dzisiaj spać bardzo późno.
Licznik: 2698 mil
__________________________________________________
Droga przez Zion.
DZIEŃ 8: ZION
Z szalonego Las Vegas wróciliśmy na obecne ziemie Mormonów, czyli do Utah. Tak się złożyło, że to właśnie oni zaczęli w połowie XIX-go wieku zasiedlać ten rejon, który geologowie nazywają Płaskowyżem Kolorado.
Moim skromnym zdaniem należy on do najciekawszych krajobrazowo regionów naszego globu, o czym mogliśmy się już przekonać oglądając Łuki Skalne, Dolinę Monumentów i Wielki Kanion.
Teraz czekały nas jeszcze parki narodowe Zion i Bryce Canyon, kolejne miejsca niezwykłe i zadziwiające.
Do Zionu dotarliśmy już po południu, jednakże mieliśmy wystarczająco czasu by zobaczyć najciekawsze miejsca parku, przejść się po kilku szlakach. Mimo że Las Vegas dawało się jeszcze we znaki, nie sposób było nie dostrzec piękna Zionu, które jest wprost monumetalne i uderzające.
Ktoś może pomyśleć, że przesadzam z tymi epitetami, nadużywając przy tym określenia "piękny", ale Bóg mi świadkiem, że jest się tu czym zachwycać, a moje słowa są jak najbardziej usprawiedliwione.
Moja rodzina orzekła, że w Zion jest ładniej niż w Wielkim Kanionie i ja to rozumiem, zwłaszcza kiedy idziemy pełnym zieleni kanionem Rzeki Dziewiczej (Virgin River) a po naszych obu stronach wznoszą się wysokie na 700 - 800 metrów strome skalne ściany we wszelkich odcieniach brązu, czerwieni, żółci i bieli.
Te monolity mają swoje adekwatne nazwy: Dwór Patriachów (Court of the Patriarchs), Wielki Biały Tron (The Great White Throne), Świątynia Sinawava (Temple of Sinewava), Lądowisko Aniołów (Angels Landing)...
Sama nazwa parku sięga tradycji Mormonów, którym kanion kojarzył się z biblijnym Syjonem.
Wpierw podeszliśmy pod Płaczącą Skałę (Weeping Rock). To rodzaj wilgotnej groty przypominającej skalny ogród. Po jej ścianach pną się dzikie bluszcze a z górnej półki zwisają roślinne girlandy, po których spływa woda, tworząc rodzaj kotary z kapiących, skrzących się w słońcu kropel.
Następnie szlak zaprowadził nas do Szmaragdowych Stawów (Emerald Pools). Po przejściu około kilometra, w cieniu olbrzymiej skalnej niszy natrafiliśmy na małe, otoczone głazami i krzewami jeziorko mieniącej się kolorami wody. Po stromym podejściu prowadzącym wśród skalnych uskoków, półek i ścian czekała nas kolejna niespodzianka - następne urokliwe bajorko, a na jeszcze wyższym poziomie - już zupełnie sporych rozmiarów (choć ukryty pod wysoką na kilkaset metrów ścianą) staw.
Pamiętam jeszcze czasy, kiedy można było do tego, liczącego około 16 km. długości, kanionu wjechać prywatnym wehikułem. Na szczęście, nie tak dawno, zamknięto tu ruch dla prywatnych pojazdów, dzięki czemu Kanion oddano na powrót we władanie naturze: zamiast wycia silników i smrodu spalin, słyszymy jedynie odgłosy przyrody, oddychamy czystym powietrzem.
Lecz nie był to jeszcze koniec naszych dzisiejszych wrażeń.
Zupełnie nieprawdopodobna była droga, którą przejechaliśmy na drugą stronę parku. Najpierw był niezwykle stromy podjazd w kanionie, z którego, jak by się mogło wydawać, nie sposób się wydostać, później - przejazd tunelem przez sam środek "góry", a następnie drogą, która prowadziła przez krajobraz iście fantastyczny, bo utworzony przez liczącą dziesiątki milionów lat skamieniałą pustynię żółto-czerwonych wydm porośniętych karłowatymi drzewkami.
Chylące się ku zachodowi słońce wydobywało z tego labiryntu skał coraz bardziej intensywne barwy, coraz większą głębię, poddając wszystko grze światła i cienia... Lekko oszołomieni pożegnaliśmy się z Zionem.
Już jutro ma nastąpić spotkanie z jego nie mniej osławionym sąsiadem - Kanionem Bryce.
Licznik: 3018 mil
___________________________________________________________
*
*
Ania i Ula w Bryce Canyon
DZIEŃ 9: BRYCE CANYON
Na paradoks zakrawa to, że będący w zasadzie pustynią Płaskowyż Kolorado swą niezwykłą rzeźbę terenu zawdzięcza w dużej mierze wodzie. Naturalnie, za powstanie tego przedziwnego kalejdoskopu skalnych tworów są odpowiedzialne wszystkie czynniki atmosferyczne, ale woda jest tu siłą dominującą.
Dlaczego akurat w tym rejonie istnieje takie bogactwo geologicznych form, taka zduniewająca różnorodność ukształtowania terenu, takie uderzające piękno kajobrazu?
Przyczyn jest kilka lecz najważniejsze to stosunkowo młody wiek tych ziem (w skali geologicznej, oczywiście) oraz wyjątkowe zróżnicowane skalnych warstw, które zawdzięczamy bogatej historii regionu. Bowiem, na przestrzeni setek milionów lat był on kolejno: oceanem, morzem, pustynią, bagnem, ponownie morzem i jeziorem, następnie dorzeczem, sawanną i jeszcze raz pustynią.
Wszystko nabrało dramatycznego przyśpieszenia jakieś 15 milionów lat temu, kiedy teren ów zaczął się wypiętrzać. Wtedy siły erozyjne nabrały takiego impetu, że jego powierzchnia zaczęła się zmieniać w gwałtownym (jak na ziemskie warunki) tempie.
I tak jest do chwili obecnej, czego naocznymi świadkami możemy być nawet i my - istoty pojawiające się na powierzchi ziemi dosłownie na mgnienie oka - niczym jednodniowa jętka, czy jakaś inna organiczna efemeryda. Ponieważ na własne oczy widzieć możemy jak walą się skalne łuki i mosty, rozmywają i pogłębiają kaniony, wietrzeją skały, wysycha roślinność, tworzą się nowe jeziora...
Płaskowyż Kolorado należy więc do najszybciej zmieniających się krajobrazowo regionów na świecie. Dlatego tak bardzo różni sie np. od amerykańskiego Wschodu, który ukształtował się na dobre już kilkaset milionów lat temu, kiedy to erozja spowodowała np. zniknięcie (przeminięcie z wiatrem i wodą) aż 7 km. skał osadowych, jakie kiedyś piętrzyły się nad dzisiejszymi Apallachami (czego nawet nie próbujmy sobie wyobrazić, bo jest to po prostu niemożliwe).
Myślę, że ten przydługi wstęp potrzebny jest jednak do tego, by zrozumieć to, co właśnie rozwinęło się przed naszymi oczami.
A dzisiaj były to dziwy Kanionu Bryce'a.
Mimo, iż leży on właściwie po sąsiedzku Zionu, to różni się od niego diametralnie. Właściwie nie jest to kanion, co zerodowana krawędź Płaskowyżu ... hm, proszę się przygotować: Paunsaugunt, gdzie doliczyć się można tysięcy małych kanionków "szczelinowych" (jeśli dobrze tłumaczę angielską nazwę "slot canyon"). Tym sposobem powstało tu kilkanaście "amfiteatrów" wypełnionych całą masą skalnych wieżyczek, szpic, ostańców, okien, mostków, kolumn, łuków... a wszystko w czarwono-różowo-białej tonacji, podkreślającej tylko bajeczny charakter tej krainy.
Indianie nazywali ją "Agka-ku-wass-a-wit", co można przetłumaczyć jako "pomalowani na czerwono ludzie", ponieważ, według legendy są to po prostu zamienieni przez bogów w skałę złoczyńcy. Jeśli tak, to było ich sporo, bo amfiteatry wyglądają tak, jakby stały w niej wielotysięczne, skamieniałe i czerwone od wstydu tłumy.
* * *
Noc spędziliśmy w położonej nieopodal Kanionu Bryce'a osadzie Tropic, dlatego też w parku (używam tego słowa, gdyż Bryce Canyon również ma status parku narodowego) mogliśmy się znaleźć dosłownie w ciągu paru chwil, pozostając w nim do późnego popołudnia.
Nasze spotkanie z Bryce nastąpiło na punkcie widokowym zwanym Inspiration Point, skąd rozciąga się panorama najbardziej chyba widowiskowego amfiteatru. Jednakże nic nie zapowiadało tego, co czekało nas przy zejściu wgłąb kanionu, ponieważ widok z jego krawędzi jest zupełnie czymś innym, niż doświadczenie jego bliskości "od wewnątrz", czyli na ścieżce prowadzącej na dół.
Szlak ten nosił nazwę Pętla Nawahów (Navajo Loop), a prowadził m.in. przez kanion szczelinowy zwany adekwatnie Ulicą Ścienną (Wall Street), jako że przypominał on dróżkę wciskającą się pomiędzy dwie strome i bardzo wysokie skalne ściany z czerwonego piaskowca. Jakby tego surrealnego wrażenia było mało, u jego wylotu rosły smukłe daglezje (odmiana świerka), które jakimś cudem zdołały tam się nie tylko uchować, ale i rozwinąć w całkiem okazałe drzewa.
Navajo Loop to bez wątpienia jeden z najbardziej niezwykłych szlaków, na jakim udało mi się w życiu znaleźć.
Przy okazji warto chyba wspomnieć o moich doświadczeniach z czasów, kiedy bawiłem się w przewodnika, pokazując grupom wycieczkowym najciekawsze zakątki tego regionu. Zauważyłem np., że takie miejsca jak Zion czy Bryce robiły na ludziach większe wrażenie, niż np. osławiony Wielki Kanion.
Dość łatwo było mi to jednak zrozumieć.
Wielki Kanion jest czymś, co przez swoją potęgę wymyka się naszej percepcji - jego skala ma po prostu w sobie coś "nieludzkiego", w przeciwieństwie do Zionu czy Kanionu Bryce'a, z kórymi można nawiązać kontakt niemalże "intymny", łapiąc ich piękno w bezpośrednim, bliskim zetknięciu. Dzięki temu stają się one czymś swojskim, przykrojonym na naszą miarę.
Przy tym Zion bardziej zwykł był podobać się mężczyznom (ta jego monumentalna wyniosłość i solidność!), natomiast Bryce kobietom (ach ta jego różowo-pomarańczowa delikatność i koronkowość!)
Świadczy to jedynie o tym, jak odmienne w charakterze są te dwa miejsca... no i oczywiście o różnicy w reakcjach wynikających z odmienności płci.
Wśród moich towarzyszy podróży opinie są więc podzielone. Ale to w niczym nam nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie - przyjemnie zmęczeni po całym dniu wrażeń, mkniemy w kierunku stolicy Mormonów, a ja spokojnie mogę sobie wypisywać wszystkie te dyrdymały.
Licznik: 3297 mil
__________________________________________________
*
*
Świątynia Mormonów w Salt Lake City
DZIEŃ 10: SALT LAKE CITY- MORMONI
Znów piszę na kolanie. Jedziemy autostradą I-15 na północ, przed chwilą przekroczyliśmy grancę z Idaho, stanem nie tylko Wielkiego Ziemniaka, ale i słynnej Doliny Słońca - tej samej, gdzie Glenn Miller grał swoją serenadę i gdzie Ernest Hemingway po życiu pełnym przygód strzelił sobie w głowę z dubeltówki.
Godzinę temu opuściliśmy Salt Lake City, jesteśmy więc na świeżo po spotkaniu z Mormonami oraz z ich misjonarzami, którzy pokazali nam Plac Świątyni (Temple Square), stanowiący centrum świata mormońskiej religii. Opowiedzieli też o swoich dziejach, wierzeniach, organizacji, życiu... o historii, która nota bene jest niewiarygodna, choć przecież prawdziwa.
Prześladowana w XIX wieku sekta rozrosła się, przekształcając w kościół o globalnym zasięgu liczący dziś ponad 14 milionów członków, który oprócz tego, że konstytuuje światopogląd swoich wyznawców, to jest także jednocześnie potężną organizacją z ogromnym finansowym potencjałem.
Przywódcy Mormonów byli bowiem zawsze nie tylko przemyślnymi inwentorami dogmatów wiary (jako przywódcy duchowi), ale i również świetnymi biznesmenami (jako organizatorzy życia społecznego bogobojnych a zarazem pracowitych współbraci).
Po Placu Śwątyni oprowadzały nas dwie misjonarki: siostra Fellmann ze Szwajcarii oraz siostra Shugart z Kanady, młode dziewczyny woluntariuszki, które półtora roku swojego życia poświęciły pracy misyjnej - służbie ludziom i Bogu, jak same wyznały (kiedy zapytałem o ich imię, powiedziały, że są teraz tylko "siostrami").
Ciekawił mnie zwłaszcza przypadek siostry Fellmann, która przyznała, że pochodzi z rodzny ateistycznej, jednak w Kościele Jezusa Chrystusa Świętych Dnia Ostatniego (tak brzmi jego pełna nazwa) odnalazła spokój, radość, ukojenie i sens życa. A kiedy to mówiła patrząc mi prosto w oczy, nie sposób było jej nie uwierzyć.
Siostry opowiadały też o cudach, z których zwłaszcza jednemu łatwo dałem wiarę. Wydaje się bowiem, że bez pomocy sił nadprzyrodzonych niemożliwe byłoby wybudowanie na pustyni (w czasach, kiedy jeszcze nad Słonym Jeziorem nie było dosłownie nic), tak imponującej konstrukcji, jaką jest Świątynia Mormonów - kosmiczne cantrum ich wiary.
Jej budowa trwała 40 lat i zakończyła się dopiero w 1893 roku.
(Świątynia nie jest zresztą jedynym ciekawym obiektem na Temple Square. Warto wspomnieć jeszcze o Tabernaculum, czyli siedzibie słynnego chóru mormońskiego - istnej perle architektury drewnianej).
Jednakże cudem było chyba także to, że Mormoni zdołali 44 lata wcześniej przedrzeć się przez dzikie bezdroża Wielkich Równin oraz zabójcze przełęcze Gór Skalistych, zasiedlić niegościnne pustynie i... nie tylko przetrwać, ale i przemienić swoje państwo (w państwie) w pewien rodzaj bogatego imperium, stając się jedną z najlepiej prosperujących społeczności w Stanach.
Mając to na uwadze, łatwiej znieść owe absurdy (absurdy z postronnego punktu widzenia), jakie zakradły się do ich wiary (jak np. "jedynie prawdziwa i objawiona" Księga Mormonów, która została ponoć spisana - z bożego natchnienia - na kontynencie amerykańskim parę tysięcy lat temu, a następnie odnaleziona i przetłumaczona przez Josepha Smith‘a, założyciela sekty, któremu w 1828 roku w stanie Nowy Jork objawił się sam Jan Chrzciciel zdradzając miejsce ukrycia tablic, na których wyryty był tekst Księgi).
Wbrew pozorom wszystko to było bardzo racjonalne, gdyż bez sakralnego usankcjonowania władzy liderów sekty niemożliwe byłoby porzetrwanie Mormonów: przezwyciężenie prześladowań, wytrzymanie nieludzkich trudów przeprawy na Zachód, organizacja pierwszych osiedli, konstytucja i rozkwit Kościoła.
Czymś racjonalnym było także wielożeństwo (aspekt, który wśród odwiedzających mormońskie ziemie budzi niezmiennie żywe zainteresowanie). Gdyż nie było ono bynajmniej jakąś pochodną wybujałej potencji seksualnej Mormonów, ale praktyczną potrzebą zwiększania populacji grupy żyjącej przecież w bardzo specyficznych warunkach. Co bardziej prominentni mężczyźni mogli się więc poszczycić całkiem pokaźnym haremem liczącym kilkadziesiąt kobiet.
Oficjalnie, od wielożeństwa Mormoni odeszli pod koniec XIX wieku, jednakże jeszcze i dzisiaj zdarza się, że w niektórych rodzinach jest jeden patryjarcha, kilka matron i cała czereda "pociech".
Kiedy opuszczaliśmy Temple Square, a później bogate, schludne i rozbudowujące się w niezwykłym tempie downtown Salt Lake City, przypomniał mi się jeszcze jeden moment z mormońskiej historii.
Otóż, kiedy - po morderczej przeprawie przez Góry Skaliste - Bringham Young i podążający za nim Mormoni stanęli na skraju Słonego Jeziora, ten oddalił się na jakiś czas w ustronne miejsce, a kiedy wrócił, obwieścił swoim umęczonym ludziom: "To jest nasza ziemia obiecana. Tak mi powiedział Bóg".
I oni mu uwierzyli. I tu zostali.
A to co się działo później potwierdziło jedynie słuszność ich przeczucia i decyzji.
* * *
Jeszcze w Idaho, nad malowniczym przełomem Snake River, przejąłem kierownicę i wjechaliśmy w góry. Piołunowe pustynie i niezmierzone ziemniaczane pola ustąpiły miejsca świerkowym lasom, zielonym polanom, wartkim górskim strumieniom... Po pokonaniu wysokiej na dwa i pół kilometra przełęczy Teton, wjechaliśmy do innego świata, jakim jest bez wątpienia kotlina Jackson Hole. Od Yellowstone dzielił nas już tylko przysłowiowy "rzut beretem". Lecz wcześniej czekał nas jeszcze potężny Grand Teton.
Licznik: 3665 mil
__________________________________________________

Jackson Hole. Ranczo u podnóża Grand Teton.
DZIEŃ 11: GRAND TETON
Kiedy na początku XIX wieku pierwsi francuscy traperzy zobaczyli z daleka charakterystyczne szczyty gór ograniczających wielką kotlinę, do której właśnie wkroczyli, nieco na ten widok oniemieli, a jako że byli pozbawieni kobiet i wygłodniali, skojarzenia mieli jednoznaczne. Nazwali je Grand Teton, co znaczy nic innego, jak Wielkie Piersi.
W rzeczywistości jest to jeden z najpiękniejszych górskich łańcuchów Ameryki Północnej.
W kotlinie Jackson Hole (bo to o niej mowa), spędziliśmy dwie noce - w dobrze mi znanym, zaprzyjaźnionym niemalże schronisku zwanym po prostu "The Hostel", leżącym u podnóża gór, w małej osadzie Teton Village.
Na zwiedzanie kotliny mieliśmy więc cały dzień, którego większość spędziliśmy na terenie Parku Narodowego Grand Teton. Wpierw przybyliśmy nad Jezioro Jenny i po przeprawieniu się na jego drugą stronę wyruszyliśmy na szlak prowadzący do Kanionu Kaskadowego, mijając po drodze Ukryte Wodospady (Hidden Falls), wspinając się na Inspiration Point (skąd roztaczała się rozległa panorama całej Jackson Hole z widocznymi w dole jeziorami). Idąc dalej wgłąb kanionu zgubiliśmy na szczęście tłumy kłębiące się na początku szlaku przy wodospadzie i punkcie widokowym na jezioro.
Nasza wędrówka trwała prawie 4 godziny i była prawdziwą rozkoszą delektowania się świeżym górskim powietrzem, tudzież widokami, które objawiały się przed naszymi oczami za każdym skalnym załomem. Na szlaku, oprócz okazjonalnych osobników homo sapiens, spotkaliśmy również pasące się na podmokłej łące, obgryzające młode wierzbowe listki łosie.
Przyjemnie zmęczeni zajechaliśmy jeszcze późnym popołudniem do miasteczka Jackson, będącym niejako sercem cywilizacj, która niestety coraz bardziej panoszy się w tym naturalnym raju, jakim jest kotlina. Kiedyś była to typowa górska osada zasiedlona przez traperów i ranczerów, teraz jest to mocno skomercjalizowane centrum tyrystyczne, nie pozbawione wszak pewnego uroku i kolorytu. Ciekawostka: w jednym z tutejszych saloonów zobaczyć można wypchanego niedźwiedzia grizzli zagryzionego przez... zdesperowanego cowboy'a, którego ów drapieżnik napadł (ponoć jest to historia prawdziwa).
Wieczorem zaś urządziliśmy sobie przy schronisku małą rodzinną imprezę - z ogniskiem, rożnem, kiełbaskami i winem.
Jednym słowem: pełen relaks.
* * *
Wypada mi jeszcze napisać choć parę słów o Jackson Hole i samym Parku Narodowym Grand Teton.
Przed laty, kiedy zjawiłem się w tej okolicy po raz pierwszy, pewnym zaskoczeniem było dla mnie to, że scenerie górskie spodobały mi się tu bardziej, niż w samym Yellowstone, (który nota bene z Grand Teton niemalże graniczy). Później dotarło do mnie to, że unikalność Yellowstone polega na czymś innym... choć przecież i tam znajdują się miejsca, które - jeśli chodzi o wyjątkowość, piękno i malowniczość - nie mają sobie równych na całym świecie (mam tu zwłaszcza na myśli Kanion i Wodospady Yellowstone).
Uroda Grand Teton wynika choćby z tego, że są to góry, które wypiętrzyły się zaledwie 10 mln. lat temu - a więc bardzo młode, jeszcze nie zwietrzałe. Na dodatek, w czasie ostatniego zlodowacenia, potężny, gruby na parę kilometrów lodowiec wypełniający całą kotlinę, topiąc się wyrzeźbił granitowe szczyty i zbocza, nadając im ostry, postrzępiony kształt. Zostawił też po sobie piękny łańcuszek jezior u podnóża tychże gór (jednym z nich jest Jezioro Jenny), a w samej kotlinie - płynącą jej środkiem Snake River.
Dno kotliny jest niemal idealnie płaskie. Mocno kontrastuje to z wznoszącą się dramatycznie, wysoką na ponad 2 km. granitową ścianą gór, tworząc ów charakterystyczny, niemalże ikoniczny dla scenerii amerykańskiego Zachodu widok: rozległa, pokryta niebiesko-zielonym kobiercem traw dolina z wijącą się pośrodku rzeką, której brzegi porastają drzewa i krzewy, a w tle - majestatyczne pasmo szaro-niebieskich granitowych olbrzymów z wyraźnie widocznymi białymi plamami lodowców osuwających się po ich zboczach.
Widok, który pozostaje pod naszymi powiekami nawet wtedy, kiedy zamykając oczy układamy się do snu po długim, pełnym wrażeń dniu.
Licznik: 3729 mil
__________________________________________________
Dolny Wodospad Yellowstone
DZIEŃ 12 i 13: YELLOWSTONE
Na zwiedzanie Yellowstone mieliśmy dwa dni. O jeden tydzień za mało. Przynajmniej o tydzień, bowiem w tym najciekawszym (i pierwszym w świecie) amerykańskim parku narodowym spędzić można znacznie więcej czasu.
Była to moja kolejna wizyta, sam już nie wiem która. W sumie na terenie Yellowstone spędziłem dobrych parę miesięcy swojego życia, a i tak nie zdołałem dotrzeć do wszystkich miejsc wartych eksploracji. Za każdym razem przybywam tu z radością i nigdy nie mam dosyć. Do dziś nie mogę zrozumieć Steibecka, że zawrócił spod samej bramy parku tylko dlatego, że jego piesek Charley zaczął się wściekać i szczekać, wyczuwszy niedźwiedzia. Na szczęście moja rodzina zareagowała inaczej... chociaż także, tuż przed wjazdem do parku, spotkaliśmy młodego grizzly.
Pierwszego dnia zobaczyliśmy część zachodnią Yellowstone, czyli tę, gdzie znajdują się niemal wszyskie gorące źródła, gejzery, błotne wulkany i fumarole - rozłożone w tzw. kotlinach gejzerów (w tym miejscu warto zaznaczyć, że w samym Yellowstone można znaleźć ponad połowę wszystkich gejzerów, jakie znajdują się na całej kuli ziemskiej).
Oczywiście musieliśmy też być świadkami erupcji najsłynniejszego gejzera, jakim jest Old Faithful, a spektakl ten oglądaliśmy w towarzystwie... dobrych paru tysięcy innych, spragnionch tego widoku przybyszów, którzy zgromadzili się wokół gejzera niczym w olbrzymim amfiteatrze.
Nazwa Old Faithful (Stary Wierny) zobowiązuje: gejzer ma erupcję dość regularnie - mniej więcej co półtorej godziny - i strzela wtedy białą fontanną wody i pary na wysokość blisko 60 m. (całkiem niezły wytrysk, jak na tak sędziwego wiarusa).
Kilkukilometrowy spacer po okolicznej Górnej Kotlinie Gejzerów pozwolił nam na zobaczenie z bliska kilkudziesięciu gorących źródeł o zdumiewającej wprost aparycji . Ach, te baśniowe kształty, fantazyjne wzory - nieziemskie, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy twory!
Dzień drugi zaś przeznaczyliśmy na zapoznanie się ze wschodnią częścią parku, gdzie zjawisk hydrotermalnych jest znacznie mniej, ale za to krajobraz bardziej atrakcyjny: z niezwkle malowniczym złotym Kanionem Rzeki Yellowstone oraz z dwoma wodospadami - Górnym i Dolnym, z których ten ostatni jest bez wątpienia jednym z najpiękniej położonych wodospadów świata, swoją urodziwą oprawę zawdzięczając kanionowi, do którego wpada z blisko stumetrowej wysokości.
Kanion i wodospady oglądaliśmy z obu krawędzi wąwozu - z kilku punktów obserwacyjnych, jednakże poza konkurecją był widok z tarasu adekwatnie nazwanego po prostu Artist Point.
Zupełnie inna w charakterze jest natomiast rozległa i zielona o tej porze roku Dolina Haydena, po której rzeka Yellowstone płynie raczej leniwie - tutaj nic nie zapowiada jeszcze jej wyczynów w kanionie leżącym parę kilometrów niżej.
To właśnie w tej dolinie pasą się zazwyczaj idące w setki sztuk stada bizonów. Tym razem jednak udało się nam zauważyć zaledwie kilka tych zwierząt, które samotnie pasły się w oddali na zboczach doliny.
Nie widać było także stad wapiti, których w Wielkim Yellowstone są tysiące. Zamiast tego spotkaliśmy kilka jeleni. Zwłaszcza jeden z nich szczycił się zaiste imponującym porożem (z którego jednakże prawdziwy użytek zrobi dopiero za miesiąc, kiedy walczyć będzie z innymi samcami o władzę nad haremem samic.)
Jakiś czas jechaliśmy wzdłuż brzegu Jeziora Yellowstone (największe wysokogórskie jezioro na świecie), a przy wyjeździe z parku spotkaliśmy jeszcze - niejako na pożegnanie - baraszkującego przy samej drodze misia grizzli.
Przed nami była kilkugodzinna przeprawa przez północno-wschodnie Wyoming - na nocleg w jednym z małych miasteczek przy autstradzie I-90, która zresztą miała nas zaprowadzić aż do samego Chicago, odległego teraz od nas o jakieś dwa tysiące kilometrów.
Przedtem jednak czekała na nas jeszcze Diabelska Wieża, Dakota Południowa i leżące na jej terenie Czarne Wzgórza - śwęte ziemie Siouxów.
_________________________________________________
PS. Więcej o Parku Narodowym Yellowstone można dowiedzieć się z tekstu KRAINA CZARÓW , natomiast zdjęcia obejrzeć można na stronie Światowida pt. KOLORY YELLOWSTONE .
_________________________________________________
Licznik: 4227 mil
__________________________________________________ 
Devil's Tower w czasie najazdu amatorów Harley'a-Davidsona na Czarne Wzgórza
DZIEŃ 14: DIABELSKA WIEŻA - CZARNE WZGÓRZA - HARLEY'OWCY
Mogłem się tego spodziewać: Czarne Wzgórza zalane były Harley'owcami, którzy corocznie w sierpniu zjeżdżają się z całego świata w liczbie przekraczającej wszelkie wyobrażenia.
Szacuje się, że w tym roku zjawiło się ich tutaj... ok. 500 tysięcy!
Jeśli komuś ta ilość wydawać by się mogła niewiarygodna, to mogę dodać, że w jubileuszowym 2000 roku, do małego miasteczka Sturgis w Dakocie Południowej (stanowiącego epicentrum zjazdu) przyjechało blisko miliona tych "wspaniałych młodzieńców" na swych "szalejących maszynach".
Harley'owców spotkaliśmy już w Utah, a ich ilość stopniowo zwiększała się w miarę, jak byliśmy coraz bliżej Czarnych Wzgórz. Pierwsze poważne zderzenie nastąpiło jednak już w Wyoming, pod Diabelską Wieżą.
Czy pamięta ktoś "Bliskie Spotkania III Stopnia" Spielberga?
To właśnie w tym filmie Wieża odegrała jedną z głównych ról - jako miejsce spotkania Ziemian z Kosmitami.
Ja się Spielbergowi nie dziwię, że wybrał to miejsce, bo Diabelska Wieża to dziw nad dziwami i mimo, że jest ona tworem jak najbardziej naturalnym, to przypomina jednak gotową dekorację do filmów science-fiction.
A tak naprawdę to jest owo geologiczne curiosum niczym innym, jak rdzeniem wygasłego wulkanu odsłoniętym wskutek erozji pokrywających go warstw skalnych. Wprawdzie Indianie mieli własną wersję powstania Wieży (skamieniały i wyolbrzymiony pień wielkiego drzewa, podrapany pazurami niedźwiedzia-giganta), to jednak ja - mimo wszyko - skłaniałbym się bardziej ku koncepcji geologów.
Zasięgnięcie języka u Harley'owców, którzy pod Diabelską Wieżą zaczęli się zjawiać całymi setkami, upewniło mnie, że ich zjazd jeszcze się nie zakończył, w związku z czym zdecydowaliśmy się zboczyć nieco z planowanej trasy i zaglądnąć do Sturgis, czyli do miejscowości będącej oficjalnie punktem całego zlotu.
I to był strzał w dziesiątkę, bo czegoś podobnego nikt z nas jeszcze w życiu nie widział: tysiące, dosłownie tysiące lśniących motocykli i taka sama ilość ubranych w czarną skórę motocyklistów obojga płci - a wszystko upakowane na jednej (i właściwie jedynej, choć szumnie nazwanej Main Street) ulicy Sturgis.
Nie mogliśmy być tam długo, jednakże i ta godzina wystarczyła, by utrwalić choć część z tego szaleństwa w obiektywie aparatu, co postaram się za jakiś czas przedstawić na jednej z moich internetowych stron.
Miasteczko Sturgis leży już na skraju Black Hills, więc wkrótce po tym Harley'owym wstrząsie znaleźliśmy się wśród zalesionych wzgórz, będących ongiś królestwem Siouksów, oczywiście wyrugowanych stąd wkrótce po odkryciu bogatych złóż złota.
Czarne Wzgórza tworzą jakby przedmórze Gór Skalistych łamiące hipnotyczną monotonię prerii Wielkich Równin. Niczym ciemne garby zalesionych wysp, wyłaniają się z morza, które przez tysiąclecia było morzem falujących traw... zaledwie przed chwilą zastąpionych przez pola uprawne i pastwiska. Jedynie od strony wschodniej - jak to było od prawieków - dotykają Czarnych Wzgórz tęczowe poszarpane Badlands.
Mówimy "przed chwilą", bo te sto kilkadziesiąt lat ludzkich zmian na dzikich preriach i na samych Czarnych Wzgórzach są w skali geologicznej doprawdy ledwie chwilką. Chociaż nawet granit, ten najtrwalszy zdawałoby się szkielet Wzgórz, nie zdołał się oprzeć ludzkiemu impetowi.
To właśnie dzięki obecności i ingerencji człowieka Czarne Wzgórza są dziś tak popularnym, dla wielu atrakcyjnym, choć przecież i kontrowersyjnym celem turystycznych pielgrzymek.
Tak więc przyrodzona cudowność natury składa się tu na intrygujący, a miejscami i fascynujący konglomerat przyrody z tym, co z różnych intencji uczynili z tego rejonu ludzie.
Czarne Wzgórza - Paha Sapa, tak w języku Siouksów brzmi nazwa tych świętych dla nich ziem, które w historii pionierskiego osadnictwa Dzikiego Zachodu, walk z Indianami i ekspansji terytorialnej Stanów Zjednoczonych stanowiły miejsce szczególne, rzec można - pokazowe. Tak, jakby to górzyste zaburzenie jednostajności i względnej pustki prerii Środkowego Zachodu, powodowało ferment i zamieszanie, dzięki któremu dzieje Paha Sapa obfitują w niezwykłe momenty składające się na jakże bogatą i różnorodną mozaikę epizodów, anegdot i zdarzeń tworzącą historię tzw. Starego Zachodu.
Na Czarnych Wzgórzach spędzić można tydzień cały, tyle tu ciekawych i różnorodnych zakątków.
My trafiliśmy zaledwie do dwóch, ale chyba jednak do tych najbardziej znanych. Zobaczyliśmy mianowicie wykute w granitowej skale Głowy Prezydentów oraz powstającą nieopodal nich rzeźbę Szalonego Konia, którą przed kilkudziesięcioma laty zaczął tworzyć nasz rodak Korczak-Ziółkowski.
Dużo by o tym pisać, jednak wspomnę tylko, że romantyczna choć megalomańska Korczakowa wizja mimo wszystko przemawia do mnie bardziej, niż monumentalno-patriotyczna i mocno rozdmuchana "Świątynia (amerykańskiej) Demokracji", przypominająca jako żywo patetyczne twory totalitarnego socrealizmu.
Gwoli ścisłości i dokumentalizmu muszę jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym - niewykluczone, że najmocniejszym - doświadczeniu dzisiejszego dnia, jakim była burza gradowa, która schwytała nas już w nocy, gdzieś w okolicach Badlands. Nie było się gdzie skryć więc tylko zjechaliśmy na pobocze i zdaliśmy się na zmiłowanie niebios. Dziewczyny przeżyły chwile grozy, my nadrabialiśmy minami - kiedy na dach naszego samochodu sypały się lodowe grudy wielkości przepiórczych jaj. Starając się zachować racjonalnie i praktycznie, zacząłem się zastanawiać, czy aby ubezpieczenie wynajętej przeze mnie terenówki pokrywa zmasakrowaną gradem karoserię. Na szczęście, kiedy burza już ustała i dotarliśmy na miejsce, zorientowałem się, że jednak Chevy Tahoe również i blachę ma solidną - wgięcia były ledwo widoczne, więc istniała szansa, że wogóle nie zostaną zauważone.
I to właściwie koniec naszych przygód.
Jutro czeka nas już tylko droga przez kilka stanów, ku Wietrznemu Miastu - do domu.
Licznik: 4678 mil
__________________________________________________
Dowtown Chicago
DZIEŃ 15: DAKOTA POŁUDNIOWA - MINNESOTA - WISCONSIN - ILLINOIS (CHICAGO)
Ostatni dzień naszej eskapady trudno nawet nazwać epilogiem. To raczej nieunikniony powrót do rzeczywistości Wietrznego Miasta, odzyskanie miarowego oddechu, leniwszego rytmu, spokojniejszych wątków...
Dwunastogodzinna podróż minęła nam w miarę bezboleśnie, choć monotonnia Wielkich Równin znów dała się nieco we znaki (podobnie jak pierwszego dnia), niejako zmuszając nas do skupienia się na lekturze lub muzyce (przy okazji przypomniałem sobie antologię J. J. Cale'a, uzupełnioną jego nagraniami z Erikiem Claptonem... cóż bowiem lepiej współgra z pokonywaniem bezkresu amerykańskich dróg, jak motoryczna fuzja bluesa, ballady, country i rocka?)
Wyruszyliśmy rano z miejscowości Chamberlain położonej na zachodnim brzegu Missouri. Jeszcze w samej Południowej Dakocie czekało nas kilkaset mil drogi, które pokonaliśmy w niezłym tempie, jednak po przekroczeniu granicy z Minnesotą musieliśmy nieco zwolnić ze względu na częste roboty drogowe. Kiedy zaś zobaczyłem Mississippi, (która stanowi granicę między Minnessotą a Wisconsin) poczułem się niemalże jak w domu - bo przecież za rzeką była już sąsiednia "parafia". Wokół zrobiło się zielono, mijaliśmy bogate farmy Wisconsin (to "zagłębie" mleczarskie Ameryki), wypoczynkowe resorty i letniska, lasy, rzeki, jeziora...
W Illinois na autostradzie zrobiło się nieco ciaśniej i tak już było do samego Chicago, w którym zastał nas zachód słońca - widoczny nad drogą, wprost za naszymi plecami. Przed nami zaś zaczynało się rozświetlać chicagowskie downtown.
Teraz pozostaje nam tylko przywołanie i uporządkowanie tych wszystkich niezwykłych obrazów, które niczym miraże jawiły się przed naszymi oczami w ciągu tej nieco szalonej, dwutygodniowej włóczęgi po amerykańskim Zachodzie.
Chciałbym wszak jeszcze podziękować wszystkim tym, którzy śledzili naszą trasę i losy - i to nie tylko z ciekawością, ale i życzliwością.
Licznik: 5396 mil
***************** K O N I E C
_____________________________________
*
*
PODRÓŻNE POST SCRIPTUM*
*
*
*
Czas na orzeźwienie - z siostrą i Ulą w Grand Teton
*
___________________________________________
Gorące emocje po podróży nieco opadły, czas na chłodniejsze podsumowanie - poczynienie paru końcowych uwag.
___________________________________________
* * *
Myślę, że dopiero po powrocie do powszedniej rutyny możliwe jest właściwe ogarnięcie perspektywy tych wszystkich obrazów, które oglądaliśmy podczas naszej wycieczki. A była ich taka obfitość i różnorodność, że zachodzi podejrzenie, iż wszystkiego i tak nie można było właściwie przyswoić, zasymilować i przetrawić - w tak stosunkowo krótkim czasie.
Pozostają zdjęcia, wspomnienia, kolekcja wrażeń i te słowa, które - taką mam nadzieję - pomogą w utrwalić to, co widzieliśmy i przeżyliśmy. Starałem się owe relacje czynić na bieżąco - co mniej więcej mi się udawało, mimo, że wpisy zmuszony byłem robić ad hoc, czyli "w biegu", przez co była to jedna wielka improwizacja... z wszystkimi wynikającymi stąd konskekwencjami.
Mamy za sobą podróż specyficzną z wielu względów.
Przede wszystkim była ona imprezą rodzinną, z udziałem mojej siostry i jej męża, (którzy odwiedzili mnie w Stanach po raz pierwszy) oraz dwóch ich córek, będących akurat w wieku... gdzieś na pograniczu dziecinności, podlotkowatości i kobiecości (no to mi się za to oberwie).
Pod takim kątem popełniałem więc swoje kolejne teksty, które w głównym zamierzeniu miały być tylko dość rzeczową dokumentacją przebiegu naszej wyprawy - rejestracją, odnotowaniem i krótkim opisem miejsc, jakie udało nam się zobaczyć.
Dzięki temu mogli też śledzić nasze poczynania nasi bliscy, znajomi i przyjaciele, jak również blogowi goście, jeśli tylko spotkało się to z ich zainteresowaniem (przy okazji jeszcze raz dziękuję wszystkim za ciekawe i przychylne komentarze).
To wszystko więc niejako wymuszało popularną, wyzbytą pretensji formę tych zapisków.
Zupełnie inaczej pisałbym, gdybym po tym kraju poniewierał się sam, a jeszcze inaczej - w towarzystwie... dajmy na to misia maskotki, pieska czy też żony :) Pisałbym w inny sposób, choćby z tego względu, że trasa, przebieg i charakter podróży byłby całkiem inny - a doprawdy można to robić na tysiące różnych sposobów.
To, co uskuteczniliśmy podczas tej piętnastodniowej eskapady było po prostu zwykłą - choć momentami dość szaloną i prowadzącą przez niezwykłe miejsca - wycieczką krajoznawczo-turystyczną. Było swego rodzaju rekonesansem po wielu fantastycznych zakątkach, które ma do zaoferowania amerykański kraj. A zaprawdę jest to oferta wspaniała - i mówię to z pełną świadomością, tudzież wyzbyty lokalnego "patriotyzmu": osobiście wątpię, czy jakikolwiek inny region świata mógłby konkurować z amerykańskim Zachodem, jeśli chodzi np. o krajobrazowe piękno i spektakularność, topograficzno-geologiczne zróżnicowanie, naturalną unikalność i wyjątkowość - z tymi wszystkimi "cudami" przyrody, skondensowanymi i nagromadzonymi przecież na stosunkowo niewielkim obszarze.
Byliśmy więc w zasadzie tylko "łowcami" pięknych obrazów, kolekcjonerami wrażeń, eksploratorami ciekawych a niekiedy i fascynujących miejsc, omijając właściwie całą cywilizacyjną złożoność Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Docierały do nas jedynie jakieś socjologiczno-historyczne "odpryski" - czy to w "kultowym" (jeśli chodzi o kulturę masową) Las Vegas, tudzież w stworzonym przez Mormonów (z niczego na pustyni) Salt Lake City, czy też na zalanych przez Harley'owców (z tą ich niesamowitą subkulturą) Czarnych Wzgórzach Dakoty Południowej.
Naturalnie, ważne były również dla nas owe "mini-zderzenia", których doświadczaliśmy podczas naszej podróży, czyli krótkie i przypadkowe, ale za to pamiętne i czasami znaczące spotkania z innymi ludźmi - i to nie tylko z Amerykanami, ale i przygodnymi przybyszami z różnych stron całego świata.
* * *
Wielka przygoda się skończyła. Mam nadzieję, że dobrze zapisze się również w pamięci Marioli, Wieśka, Ani i Uli. Chciałem im pokazać piękno amerykańskiej ziemi... Czy mi się to udało? Czy zdolni byli go dostrzec? Czy zaraziłem ich choć trochę entuzjazmem poszukiwacza nowych i nieodkrytych jeszcze przez nas samych miejsc?
Przypominam sobie moje pierwsze eskapady na Zachód - to zachłyśnięcie się wolnością "swobodnego jeźdźca", zauroczenie bezkresną, pełną kuszących obietnic, przestrzenią.
Mimo, że jestem już teraz innym człowiekiem i żyję już w innym czasie, to miałem niekiedy wrażenie, iż na tych starych i przetartych dawno temu szlakach, ciągle udaje mi się jeszcze odnaleźć jakąś cząstkę samego siebie, którą przed laty tu zostawiłem.
* * *
Z Anią i Ulą pod rzeźbą Szalonego Konia w Dakocie Południowej
_________________________________________________
*
*
*
*
__________________________________________
Z uwagi na wakacyjną porę proponuję zestaw filmów większych lub mniejszych (lepszych, gorszych, głupszych, mądrzejszych), które zobaczyć można na dużym ekranie (ewentualnie dostępnych na DVD). Być może te mini-recenzje pomogą komuś w dokonaniu wyboru.
Tak więc ponownie o filmach - krótko, na luzie, zwięźle i treściwie... a przy tym bez większego zadęcia.
__________________________________________
"ANIOŁY I DEMONY"
* * * * * * *
"Kod Leonarda da Vinci" sprowokował przed kilku laty pewne dyskusje wpisujące się w schemat teorii spiskowej - doszukujące się drugiego dna historii (zwłaszcza Kościoła Katolickiego), ale wydaje mi się, że "Anioły i Demony" takiej dyskusji już nie wywołają, bowiem kolejny film Howarda (oparty o książkę Dona Browna), idzie w swym absurdalnym nieprawdopobieństwie jeszcze dalej.
Trzeba napisać, że absurd nie musi być koniecznie gwoździem do trumny jakiegoś widowiska (i często nie jest, o czym świadczy powodzenie wielu filmów "akcji"), ale kiedy zawodzą sami bohaterowie, to klapa jest już murowana. A w tym przypadku Tom Hanks został po prostu rozjechany przez filmową machinę (he was "wasted", jak by powiedzieli anglo-języczni).
"Anioły i Demony" zarobią pewnie (z rozpędu) tych kilkaset milionów dolarów (to chyba jednak był główny powód ich powstania), ale tym co wniosą do sztuki filmowej jest... ZERO.
Z filmu można mieć niejaką frajdę, ale pod warunkiem, że zdołamy jakoś wyłączyć na ponad dwie godziny wyższe funkcje naszego (myślącego, z założenia) mózgu. W końcu, sam "L'Osservatore Romano" napisał, że to w sumie "niegroźna rozrywka". Amen.
___________________________________________
*
*
"WĄTPLIWOŚĆ" ("DOUBT")
* * * * * * *
Małe środowisko, wielki dramat.
Kameralność "Wątpliwości" podkreśla jedynie aktorską wirtuozerię Meryl Streep i Philipa Hoffmana, którzy zwarli się na katolickim gruncie pełnym wzajemnej podejrzliwości, podskórnych konfliktów i tłumionych emocji.
Filmów o takiej psychologicznej kompleksowości, głębi i moralnej niejednoznaczności niewiele pojawia się na amerykańskich ekranach. Dlatego warto skorzystać z okazji i sięgnąć po kasetę z tym tytułem.
"Wątpliwość" nie dostarczy nam łatwej rozrywki, taniego sensacjonizmu ani uproszczonych tez na temat wychowania w katolickim drylu czy też przypadków seksualnego molestowania dzieci przez księży. Nie ma tu także czarno-białych schematów (mimo będącej na granicy karykaturalności kreacji Meryl Streep), ani wskazywania palcem winnego; nie ma nawet moralnego osądu, mimo niewątpliwie dziejącego się zła.
Jest natomiast problem: któż z nas nie przyczynia się do tego zła zaistnienia.
Tak więc zło jest niewątpliwe, ale czy niewątpliwa jest również nasza wina?
Oto pytanie, które może się wydawać jakąś aksjologiczną asekuracją, a w rzeczywistości jest tylko potwierdzeniem naszej konsternacji.
Twórcom filmu udało się przekazać nam prawdę o jeszcze jednym paradoksie: aby być człowiekiem moralnym, trzeba się moralności niekiedy przeciwstawić.
__________________________________________
*
*
"OPÓR" ("DEFIANCE")
* * * * * * *
Sam temat uznać można za sensacyjny i wręcz niewiarygodny: dowodzona przez braci Bielskich żydowska partyzantka (czasy II wojny światowej), zdołała w lasach na polskich kresach wschodnich ocalić od zagłady około 1200 swoich współbraci.
Niestety, twórcy "Oporu" poszli drogą najłatwiejszą, bo hollywoodzką, pichcąc dość zgrabne, ale jednak przeciętne widowisko dla (nieświadomego historii i psychologicznej głębi) średniego widza. Dodajmy: widowisko martyrologiczno-heroiczne i niewiele ponadto.
Zniekształcając przy tym nie tylko historię (w rzeczywistości bracia Bielscy - oprócz grabieży i roszboju - dopuszczali się także mordów na polskiej ludności), ale i rysunek psychologiczny postaci, o których wszak sam reżyser Zwick wypowiedział się następująco: "używali na codzień przemocy, byli seksualnie drapieżni, czasami morderczy". Jednym słowem, oprócz tego, że byli oni herosami, to zachowywali się jeszcze jak bandyci. Jednakże tego ostatniego aspektu ich uczynków raczej w filmie nie uświadczymy, podobnie jak nawiązania do stosunków polsko-żydowskich (Polskę zamieniono nawet na Białoruś).
Bynajmniej nie chodzi mi tu o rewindykację wzajemnych oskarżeń, a o historyczną wiarygodność i psychologiczną głębię. Zamiast tego mamy zbyt daleko idące uproszczenia, niepotrzebny patos i teatralizację.
No i sporo strzelaniny, co być może w wieku, kiedy sam bawiłem się "w strzelanego" spotkałoby się z moim entuzjazmem, jednakże dziś z większą uwagą podchodzę już do tego co zawarte jest pomiędzy bijatykami. A tam było raczej sztampowo.
Niestety, nie udało mi się odebrać "Oporu" bez pewnych oporów.
__________________________________________
*
* 
"WALKIRIA"
* * * * * * *
Historia, podobnie jak cała otaczająca nas rzeczywistość, jest jedynie naszą interpretacją, motywowaną zresztą przez całą złożoność kontekstów, które nas określają: ideologię, światopogląd, narodowość, interes, konformizm, oportunizm, niewiedzę, manipulację, złudzenia, nadzieje... etc.
Zaś historia prezentowana przez kino jest w zasadzie tylko filmem. I mając jedynie to ostatnie na uwadze, można stwierdzić, że "Walkiria" jest filmem bardzo dobrym: wielkoformatową produkcją, z pięknie sfotografowanymi kadrami, ze znakomitym aktorstwem (zaskakująco świetny w głównej roli Tom Cruise), sprawną reżyserią, inteligentnie rozpisaną i trzymającą w napięciu dramaturgią...
Kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy zaczynamy wszystko odnosić do tego, co naprawdę motywowało zamachowców, jakim człowiekiem był - i jakie reprezentował poglądy - Stauffenberg w rzeczywistości. (Chodzi naturalnie o nieudany zamach na Hitlera w lecie 1944 r., którego Stauffenberg był głównym wykonawcą.)
Na ekranie widzimy wszak herosa: jedynego Sprawiedliwego, szlachetnego rycerza, który poświęcając własne życie ratuje honor "Świętej Germanii". Nic natomiast nie ma o jego elitarystycznym nacjonaliźmie, dość podejrzanym mistycyźmie (przejawiającym się w nim w jakimś dziwnym stopie mesjanizmu z militaryzmem); nic nie usłyszymy o jego poparciu dla głównej linii polityki nazistów, o rasistowskich skłonnościach i uznaniu dla "rasy panów", o akceptacji okupacji Polski, o przyjaźni jaka łączyła go z ewidentnymi faszystami i zbrodniarzami... itp.
Dlaczego?
Otóż wydaje mi się, że nie tylko dlatego, iż zburzyłoby to dramaturgiczną tezę filmu - zaburzając szlachetny wizerunek głównego bohatera - ale również dlatego, że taki obraz Stauffenberga jaki widzimy w filmie, potrzebny jest większości widzom... i to nie tylko Niemcom, ale i nam wszystkim.
___________________________________________
*
*
"GRAN TORINO"
* * * * * * *
Senior Clint Eastwood jest jednak niezawodny. Co za facet! Na progu 80-ki kręci film za filmem... i to jak! Chwała mu: dzięki swoim aspiracjom zdołał się jakoś wygrzebać ze spaghetti westernów - z tej misy, do której wrzucił go Sergio Leone; przeżył w jakiś sposób Brudnego Harry'ego, by na starość (?) zostać autorem filmów, obok których nie da się przejść obojętnie (bowiem każdy z nich rzeczywiście mówi o czymś ważnym).
A o czym mówi Gran Torino?
O przekraczaniu międzypokoleniowych i międzyrasowych barier, o chorobie społeczeństwa post-industrialnego, o patologii jakiej ulegają dzieci pozostawione samym sobie; o fasadowości i dysfunkcji amerykańskiej rodziny, o wyzwalaniu się wrażliwości skrywanej za skorupą rezygnacji i zgryźliwości; o poświęceniu, o przyjaźni wreszcie...
Oczywiście, że znalazłoby się parę zastrzeżeń: kreślony niekiedy zbyt grubą kreską scenariusz, lekko przerysowane oczywistością sceny, pewne repetycje, czy wreszcie "większa niż ekran" postać Eastwooda przemieniona w weterana Kowalsky'ego, którego z polskością wydaje się łączyć tylko malkontenctwo i nerwowość aż nadto zniekształcająca czasem twarz bohatera.
Jednakże całość trafiona jest emocjonalnie, dzięki czemu możemy się zaangażować w los ludzi, o których film opowiada. Po raz kolejny - jak to już zazwyczaj z Eastwoodem bywa - identyfikujemy się i popieramy kogoś, kto nie jest ani sympatyczny, ani łagodny, ani nawet czysty czy jakiś tam święty, a po ludzku ułomny. A także odważny na tyle, by się poświęcić i stawić czoła złu o wiele większemu, niż on sam.
__________________________________________
*
*
"WHATEVER WORKS"
* * * * * * *
Oglądanie kolejnych filmów Woody'ego Allena stało się dla mnie nie tyle obowiązkiem (zazwyczaj zresztą przyjemnym), co pewnym rytuałem.
I choć od lat nie zderzyłem się z arcydziełem na miarę choćby "Annie Hall" czy "Manhattanu" (ostatnim filmem, który się do tego zbliżył, był chyba "Deconstructing Harry"), to jednak zawsze jest to dla mnie swego rodzaju święto, jak również radość, że ten genialny twórca jeszcze nie odszedł gdzieś w rejony lekko zmartwiałej i skostniałej klasyki, a jest w dalszym ciągu kimś żywym, ruchliwym i kreatywnym.
"Whatever Works" arcydziełem nie jest, ale jest za to filmem dobrym, a momentami nawet bardzo dobrym.
Ktoś może się zżymać: a to, że jest to odgrzewanie starych pierników (scenariusz ma ponad 30 lat), że podobne allenowskie neurotyczno-zgryźliwo-błyskotliwe tyrady słyszeliśmy już wiele razy, że film jest bardziej wypichconą metaforą, niż kawałkiem prawdziwego życia, że prezentowany tu żydowski humor jest już raczej na wymarciu... etc.
Ale ja się zżymał nie będę, bo "Whatever Works" "pracowało" także w moim przypadku. A to oznacza, że kupiłem to, co Allen chciał nam sprzedać.
Co to takiego?
Ano historia podstarzałego profesora mechaniki kwantowej ("prawie, że nominowanego do nagrody Nobla"), który spotyka przypadkiem o 40 lat młodszą od siebie dziewczynę i mimo, że wszystko wydaje się ich dzielić, zakochuje się w niej (nota bene ze wzajemnością) tak, że zostaje ona nawet jego żoną, (co stawia pod znakiem zapytania jego cyniczny stosunek do świata - a nawet Wszechświata.)
Zderzenie się tych osobowości, jak również fascynacja hulającym w naszych żywotach przypadkiem, jest głównym tematem filmu.
Skrzy się przy tym to wszystko typowo allenowskim humorem, którego sarkazm wszelako nie jest czymś złośliwym - będąc bardziej sokratejskiej, niźli schopenhauerowskiej natury.
__________________________________________
*
*
"BRUNO"
* * * * * * *
Tak naprawdę to trudno ów zbiorek skeczy i gagów uznać za film. I choć rechotałem jak głupi (czym upodobniałem się, chcąc nie chcąc, do prawie wszystkich widzów, z jakimi oglądałem "Bruna" w kinie), to mimo wszystko wiem, iż mądrzej byłoby jednak po tym filmie nieco się "przejechać", denuncjując ten jego niskich lotów humor; skatologię i seksizm ponad miarę, powtarzalność gagów, zbytnią dosłowność i ekshibicjonizm; żerowanie na homofobijnych stereotypach (pod pozorem walki z nimi).
Ani mi w głowie jednak podchodzić do "Bruna" z jakąś moralizatorską miarką. Wyznam tylko, iż byłbym lekko przerażony, gdyby tego typu estetyka i dowcip miał zawładnąć filmowym mainstreamem. Bowiem w zestawieniu np. z anarchizującym, ale też miejscami piekielnie inteligentnym (i mimo wszystko wyrafinowanym) poczuciem humoru "Monthy Pythona" czy też Mela Brooksa, jest to jednak moim zdaniem regres i cofnięcie się do kabaretowego prymitywizmu.
No bo czyż jeszcze raz chcielibyśmy oglądać ten obłędny taniec (gadającego) członka, zmechanizowany gwałt na "ciotach", częste (i dogłębne) zaglądanie do odbytu, obsesyjne zajmowanie się genitaliami, nałogowe wpędzanie wszystkich w ambaras... itp. itd.
Jeśli Sacha Baron Cohen et consortes mówią, że ten film ma jakąś socjologiczną wartość satyrycznej krytyki, której ostrze (czy też żądło) skierowane jest przeciwko współczesnej nam pop-kulturze, niewybrednym mediom i zdziwaczałym do bólu celebrytom - to ja im nie wierzę. Mało tego, myślę że jest akurat odwrotnie: "Bruno" to wszystko nie tyle ośmiesza, co na tym żeruje.
___________________________________________
*
*
"AUSTRALIA"
* * * * * * *
Niestety, spóźniłem się i nie zdążyłem obejrzeć "Australii" na wielkim ekranie. A tylko tam warto oglądać obrazy stworzone na tak wielką, spektakularną, epicką skalę, z jaką zrobiono ten film. Została mi tylko plazma, więc mogłem sobie jedynie wyobrazić, jak wielkie wrażenie - pod względem wizualnym przynajmniej - mógł film zrobić w kinie.
Nastawiony byłem jednak sceptycznie i choć moje obawy po części się sprawdziły, to owa rezerwa stopniowo ustępowała miejsca przyjemności, jaką jest dla nieuleczalnego kinomana obcowanie z "prawdziwym kinem" (cokolwiek złego czy dobrego by się z tym określeniem nie wiązało).
Ależ naturalnie wiem jakie zarzuty można by wobec "Australii" wytoczyć: naiwność i nieprawdopodobieństwo fabuły, naciągany patriotyzm i dość mętny mistycyzm, uromantycznianie cokolwiek "na siłę" bohaterów wraz z ich losami; trącąca kiczem i technikolorem przebrawiona "malowniczość", montażowa nieskładność, zbyt grubymi nićmi szyty scenariusz, lekko chaotyczne przeskoki w czasie (i przestrzeni), brak wątkowego polotu, psychologiczne płycizny, sytuacyjne cliché... uff!
Także, jeśli zestawimy "Australię" z filmami, do których (jeśli chodzi o genre), próbuje się ona upodobnić (jak np. "Pożegnanie z Afryką", czy "Przeminęło z wiatrem"), to owo porównanie wypada dla filmu Luhrmanna raczej mało korzystnie.
A jednak, mimo wszystko, te trzy godziny obcowania z "Australią" nie są wg mnie czasem straconym. Bowiem zobaczymy tu obrazy, które zdolone są nasze oko nacieszyć; sceny, które nas porwią albo wręcz zauroczą; aktorstwo (zwłaszcza Nicole Kidman), które zyska nasze uznanie; intencje, których szlachetna naiwność może nas ująć; wysiłek, który nie wydaje się iść na marne.
___________________________________________
*
*
"SERAPHINE"
* * * * * * *
Film zdobył aż 5 francuskich Cezarów, ale to nie jest jeszcze wystarczający powód, by zwrócić na niego uwagę.
Tym powodem są jego estetyczne aspiracje i próba sięgnięcia po artyzm.
Także temat, który mnie samemu wydaje się być interesujący, a niekiedy wręcz pasjonujący: źródło ludzkiego geniuszu, szaleństwa, talentu, imparatywu tworzenia...
Jeśli chodzi o "akcję" to niewiele jej tutaj - ot, sprzątaczka, praczka i posługaczka, która w dzień haruje, w nocy zaś maluje. Przypadkiem jej obrazek trafia do rąk (i przed oczy) znanego i uznanego krytyka sztuki (który jest także marszandem, właścicielem paryskiej galerii, przyjacielem Picassa, kolekcjonerem Braque'a i "prymitywistów", odkrywcą naiwnego Celnika Rousseau). Ten dostrzega talent Seraphiny i po kilku perypetiach większych lub mniejszych (jak np. I wojna światowa, czy śmierć kochanka), pozwala ją odkryć innym, tudzież wylansować.
W filmie tym, moim zdaniem, nie ma wiele do myślenia (zrozumienia, wyjaśnienia - choćby fenomenu bożej iskry zapalającej się w człowieku, który wydaje się jakby najmniej do tego predestynowany), jest jednak sporo do odczucia, kontemplacji - estetycznej przyjemności, możliwości zagłębienia się w klimacie.
A jednak film mną nie poruszył tak mocno, jak np. było to w przypadku cudownie subtelnej i pełnej niuansów "Dziewczyny z perłą". Bynajmniej nie dlatego, że Seraphine rzeczywiście wyglądała bardziej na "zarobioną" praczkę niż artystkę (choć przecież artystką była ona niewątpliwie).
Dlaczego więc?
Jej los naprawdę był przejmujący (skończyła w domu dla obłąkanych), ale jednak sztuka, która ją pochłonęła, pozostała w tym filmie czymś... obcym - jakimś żywiołem, kórego nie da się wyjaśnić zachwytem na listkiem, kwiatkiem, mówieniem do ptaszka, czy przytulaniem się do drzew.
Określenia typu "naiwny", czy też "modernistycznie prymitywny", które słyszymy z ekranu, również tak naprawdę niczego nie wyjaśniają. Podobnie jak pozostawienie (jak to zrobiono w filmie) dramatu tworzenia - w euforii i cierpieniu - na pastwę raczej obiegowego, stereotypowego pojęcia o sztuce.
___________________________________________________________*
*
*
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 787 141 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||

Świat nie przestaje mnie zadziwiać.
Refleksje na temat szeroko pojętej kultury i człowieka: literatura, kino, filozofia, sztuka, psychologia, kultura masowa, natura, podróże...