Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
* Opinio Multiplex, Veritas Una *

NOWE WPISY

niedziela, 07 lutego 2010 21:13

___________________________________________

Nowe wpisy ukazują się na moim głównym blogu: 
WIZJA LOKALNA :


RECENZJE Z FILMÓW : "Rewers", "Dom zły", "Głód", "Avatar"... i inn.         (7 luty)


MÓJ STOS EX-LIBRYSTYCZNY   (23 stycznia)

WIZYTA                                     (18 stycznia)

WSZYSTKO I NIC                    (2 stycznia)


Zapraszam.

___________________________________________
*

komentarze (0) | dodaj komentarz

LONDYN W OBRAZACH

sobota, 28 listopada 2009 7:16

*
*
*
__________________________________________

Wystawę nowych zdjęć z Londynu obejrzeć można w
 BRULIONIE PODRÓŻNYM - ILUSTROWANYM .
Natomiast z relacją z wizyty w tym mieście zapoznać się można  TUTAJ , czyli na nowym blogu pt. WIZJA LOKALNA .
__________________________________________

*
(Zdjęcie autora) *
*

komentarze (11) | dodaj komentarz

ZBIERANIE ŚWIATA

poniedziałek, 16 listopada 2009 16:53

*


*

__________________________________________

Zapraszam w podróż dookoła świata.
Kolekcję kolorowych obrazów z bliska i z daleka można zobaczyć TUTAJ . 
__________________________________________

(Zdjęcia i kolaż autora)
*

 

komentarze (11) | dodaj komentarz

WSPÓŁCZESNE MITOLOGIE

czwartek, 12 listopada 2009 23:56

*

*

SŁAWA - POŻĄDANE UTRAPIENIE

________________________________________________

Ludzie pragną, aby ich obserwować, brać pod uwagę,
doceniać, chwalić i podziwiać.
Jest to jedna z najwcześniejszych, najbardziej podstawowych,
jak również najgłębszych skłonności
odkrytych w sercu człowieka.

                                       
                                                                           John Adams
__________________________________________________________


Już Eurypides dwa i pół tysiąca lat temu zauważył, że świetność i blask słynnych ludzi to tylko pozór, gdyż pod spodem są oni tacy sami, jak wszyscy. Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to wydaje się być czymś oczywistym, wręcz trywialnym, lecz na drugi - zawierać jednak pewien fałsz. Sławni ludzie nie są tacy sami, jak wszyscy inni, choćby tylko z tego powodu, że są... sławni.
Naturalnie, przyczyny fenomenu sławy leżą głębiej i różnią się w każdym przypadku. Akceptujemy czyjąś sławę, gdy jest ona skutkiem jakiegoś wielkiego dokonania, dzieła mającego znaczenie społeczne, polityczne lub kulturowe; kiedy wynika ona z uznania dla wkładu jednostki w ogólny dorobek ludzkości.
Na drugim biegunie leży infamia - niesława, czyli negatyw sławy. Nazwisko człowieka staje się ogólnie znane, dzięki jego „niesławnym", niekiedy wręcz haniebnym czynom. Jak pamiętamy, dla takiego np. szewca Herostratosa był to jedyny sposób, dzięki któremu mógł się zapisać w pamięci potomnych: podpalić słynną świątynię Artemidy Efejskiej. Znając te intencje, polecono wymazać jego imię z tablic i manuskryptów. Tym skwapliwiej je zachowano. Nie zapominamy o Hitlerze, Stalinie; głośni stają się zamachowcy, zbrodniarze, i seryjni zabójcy. Lecz ci osobnicy, akurat nie będą nas tu zajmować.

Plebejską odmianą sławy jest popularność. W Stanach Zjednoczonych jest ona ściśle związana z komercjalizmem. Jeśli chodzi zaś o Hollywood, to istnienie tzw. systemu gwiazd (star system), ma głównie na celu ciągnięcie zysku z wylansowanych uprzednio aktorek i aktorów. Lansowanie to odbywa się różnymi sposobami, a publicity, czyli nagłaśnianie w mediach, jest pożądane przez „gwiazdy", ich producentów, agentów i menedżerów... nawet jeśli ma pejoratywny odcień. Chodzi tu o najczęściej po prostu o plotki, podglądanie prywatności, pewne niedyskrecje... Sława to przecież także szkło powiększające.
Niekiedy negatywna reklama wokół nazwiska, spełnia takie samo zadanie, jak reklama, na którą wydaje się setki tysięcy dolarów. Magazyny zajmujące się życiem „sław" - ludzi wywodzących się głównie ze sfery show-businessu - osiągają na Zachodzie ogromne nakłady („People", „Vanity Fair", „Vouge"...). Mowa tu o tzw. celebrities, czyli osobach adorowanch (słowo to, jak widzę, na dobre przeniknęło do naszego kraju i rozkwitło okropnie brzmiącym wg mnie określeniem "celebryci") .
*


*

Oczywiście należy odróżnić to od wulgarnego pchania się "z kopytami" w prywatność i intymność innych, praktykowane nagminnie przez wszelkiej maści brukowce i tabloidy, dla których pomówienie i wyssana z palca sensacja jest głównym instrumentem epatowania publiki. Niestety, pisma takowe, rozchodzą się jeszcze liczniej. Dla bardziej wrażliwych - tak jak było to w przypadku zranionego łabędzia Michaela Jacksona - są źródłem utrapienia, natomiast sądom przysparzają tylko procesów o zniesławienie (a w to graj adwokatom z ich krociową dolą).
Zdarza się więc, że ci, którzy wcześniej uwijali się jak w ukropie, by tylko ściągnąć na siebie ogólna uwagę, później odczuwali wścibską popularność, jako ciężkie brzemię. To dlatego Fred Allen w „Treadmill to Oblivion" zdefiniował postać celebrity jako osobę, która przez całe życie pracuje ciężko nad tym, by stać się sławną, a później zakłada czarne okulary, żeby jej nikt nie rozpoznał.

Z tym pragnieniem sławy bywa różnie. Taki Montaigne np. ponad sławę przedkładał życie w spokoju. Inni uważają, że pasja sławy jest instynktem „wielkiej duszy". Benjamin Franklin radził łaknącym sławy: Jeśli nie chcesz być zapomniany zaraz po śmierci, to musisz pisać rzeczy, które warto by było czytać lub robić rzeczy, o których warto by było pisać. Gotową odpowiedź na takowe dictum miał Marcus Mortal: Jeżeli mam się stać sławny dopiero po śmierci, to mi się wcale do tego nie śpieszy.
Nikt nie jest skory przyznać się do tego, choć wielu marzy się uczynienie ze swego życia pamiętnego monumentu.
Albert Camus miał zamiar znacznie skromniejszy. Uważał, że żyje tylko po to, by zostawić na ziemi bliznę. Czy była to tylko liryczna retoryka, chwytająca za serce egzystencjalna metafora? Tak, jak w każdym aspekcie naszej doli człowieczej, także i tu wkrada się w ludzkie serce melancholia: Sława? - pył na wietrze, znikomość, ułuda, puch marny...
*
*

*

PO CO LUDZIOM GWIAZDY ?

Wróćmy jednak do kultury masowej.
Sprawa współczesnej publicznej idolatrii, mechanizmów kreowania „bożyszczy" tłumów i preparowania „kultu gwiazd" to temat na całą rozprawę socjologiczno-kulturową. Skądinąd mogłoby to być studium ciekawe i pouczające, odkrywające wiele prawd wręcz cywilizacyjnych. Zjawisko to jest nie tylko rezultatem sprawnego marketingu, komercjalnego robienia „szumu" wokół „gwiazdy". To raczej w procesie lansowania wykorzystuje się pewne właściwości mas, które wybierają sobie (lub akceptują) idola, gdyż ten... jest im potrzebny.
Potrzebny z wielu względów.
Spróbujmy wymienić kilka. Jeden z nich, wcale nie bagatelny, nazwałbym „potrzebą plotki". W małej społeczności - wiejskiej lub drobnomieszczańskiej - plotka pełniła (i pełni) rolę czegoś w rodzaju moralnego regulatora (pewne zachowania są ganione, inne aprobowane - to się usprawiedliwia, tamto zaś gani...etc.); dalej: była źródłem informacji (to nie istotne, że skrzywionej, będącej często pomówieniem), wreszcie zabijała ludzką nudę i poczucie jałowości, wypełniała pustkę. A wiadomo, że natura nie znosi próżni. Na dodatek, świat jest już teraz, w dobie zaawansowanej rewolucji informatycznej, jedną globalną wioską. Ma też swoje globalne super-ploty. Przykład: oprócz hollywoodzkiego dworu, brytyjska rodzina królewska i tragi-komiczne wyczyny jej członków, o których rozprawia się szeroko nie tylko w Europie, ale i w Ameryce, Australii, w Polsce czy w Japonii.

Są też powody idolatrii bardziej budujące. Np. prosty podziw dla tych, co na świeczniku (pomijamy na razie zawiść). Podziw dla ich talentu, walorów cielesno-duchowych, dla ich pracowitości i dokonań...
Niektórym imponuje też owo wysforowanie się na czoło „wyścigu szczurów".
Jakby nie było, aprobata społeczna i akceptacja sukcesu to ważny czynnik wpływający na rozwój całego narodu, społeczeństwa.
Sława rodaka to przecież powód do dumy, jak również afirmacja poczucia własnej (i plemiennej) wartości, nieraz przecież nadwątlonej świadomością własnych braków. To dlatego tak łapczywie rzucamy się my na sukcesy choćby naszych sportowców (Małysz, Kubibca, siatkarki... ).
*
*

*

Istnieje również (zwłaszcza w przypadku młodzieży) potrzeba przykładu - wzoru, do którego nieuformowani jeszcze młodzi ludzie chcą się przypasować (moda, ubiór, sposób bycia, fryzura...); któremu chcą dorównać, także pod innymi względami, już mniej powierzchownymi.

Zawsze jednak dobrze jest pamiętać, iż każda sława ma swoje standardy, które nie sposób naśladowcom przekroczyć. Np. - jak to już ktoś zauważył - jakiś człowiek o wielkim otworze gębowym i grubych wargach, będzie tylko jeszcze jednym człowiekiem o wielkich ustach i grubych wargach... chyba, że jest Mickem Jaggerem albo Sammy Davisem Jr.

Nigdzie tak obficie nie plenią się mity, jak w pobliżu sław. Już sam proces osiągania sławy ma w sobie spory element mitotwórstwa. Nazwisko sławy staje się symbolem, zaczyna żyć własnym życiem, często w oderwaniu od osoby fizycznej (innymi słowy, staje się legendą). A już Homer w „Iliadzie" wieścił: Jakże próżne bez treści jest słowo, jakże puste jest imię bez zasług.
Podobna myśl przewija się często: Bywa tak, że podziw dla dzieł sławnego człowieka staje się powszechny wtedy, gdy powszechny staje się podziw dla jego nazwiska (Hazlitt).
Panuje przekonanie, że kiepski to naród, który potrzebuje bohaterów. W przypadku amerykańskiej kultury masowej, sprawdza się to tym jaskrawiej, że jakość tutejszych królów masowej wyobraźni pozostawia wiele do życzenia. Przy okazji można strawestować znane powiedzenie: pokażcie mi waszych masowych idoli, a powiem wam, jakie jest wasze społeczeństwo.

*


Na zdjęciach: Madonna, Rita Hayworth, Marlon Brando i Brad Pitt
*
*

komentarze (13) | dodaj komentarz

SKRUSZONY MORDERCA - w 25 lat po zabójstwie księdza Popiełuszki

poniedziałek, 09 listopada 2009 5:28

_________________________________________________

Od mojej ostatniej przeprowadzki z głównym blogiem na WordPress (
 
wizja lokalna ) miało być tutaj lekko i relaksowo - jakieś błahostki i bagatele - ale oto wróciłem właśnie z projekcji filmu "Popiełuszko. Wolność jest w nas" (była to jego amerykańska premiera), po której długo nie mogłem zaznać spokoju. Odżyły bowiem we mnie wszystkie emocje, jakie kiedyś przeżyłem w związku z tym merderstwem.
Nie chcę tutaj pisać o samym filmie (który, w kategorii sztuki filmowej wydaje mi sie jednak dziełem średnim), ani o głośnym już i komercyjnym jak stragan plakacie, (który "żywcem" - pardon za wyrażenie - "zerżnięto" z ostatniego "bonda"), ani tym bardziej o niesumienności producentów filmu, którzy zwlekali z wypłatą należnych honorariów (nawet nie wiem, jak się ta sprawa skończyła).
Zamiast tego chcę przypomnieć sylwetkę zabójcy księdza Popiełuszki, (którym, jak doskonale pamiętamy był Grzegorz Piotrowski) a właściwie wywiad, jakiego udzielił on jednemu z polskich czasopism pod koniec lat 90-tych, na kilka lat przed zwolnieniem z więzienia.
_________________________________________________

*

Morderca
*
* * *
Właśnie mija 25 lat od tamtego tragicznego wydarzenia, które niewątpliwie było nagłośniejszym zabójstwem politycznym w powojennej Polsce.
Przypomnijmy, że w 1985 r. do więzienia trafiło czterech pracowników Służby Bezpieczeństwa: Piotrowski i Pietruszka z wyrokiem 25 lat pozbawienia wolności, Pękala - 15 lat i Chmielewski - 14 lat. Rok później, na podstawie amnestii, dwóm pierwszym zmniejszono kary do 15 lat, pozostałym - do 10 i 7 lat. Z kolei, już w następnym roku kary Piotrowskiego i Pietruszki stopniały do 10 lat, a pozostałych - do lat 6. W latach 90-tych byli już na wolności wszyscy, z wyjątkiem Piotrowskiego, którego jednakże wypuszczano co jakiś czas na przepustki. W końcu, z więzienioa wyszedł on w 2001 roku.

Kilkakrotnie próbowano pociągnąć do odpowiedzialności wyższych funkcjonariuszy SB i MSW - generałów: Płatka, Ciastonia i Kiszczaka, lecz - jak wiemy - nic z tego nie wyszło.
Tymczasem wpadł mi w ręce polski „Super Express", gdzie zamieszczono wywiad, jaki reporterzy tej gazety przeprowadzili z Piotrowskim podczas jednej z jego półrocznych przepustek, która miała miejsce w 1997 roku. Wypowiedzi Piotrowskiego sprawiają w nim wrażenie wręcz pokazowych. Jeśli są szczere, nie mogą chyba nie wywołać satysfakcji - w myśl chrześcijańskiej przesłanki, iż Boga cieszy bardziej jeden nawrócony grzesznik, niż dziesięciu wiernych i cnotliwych (tezy nie do końca przeze mnie zrozumiałej, bo sprzeciwiającej się logice wymierności dobra.)

Oto rozlega sie donośne uderzenie w pierś własną Piotrowskiego:
„Byłem zanarkotyzowanym maniakiem. Z całą pewnością nie byłem człowiekiem zdrowym psychicznie. O tym jak myślałem może świadczyć fakt, iż byłem przekonany, że Katyń jest jedynie propagandowym wymysłem. Miałem poczucie posłannictwa. Każdy atak na Służbą Bezpieczeństwa traktowałem jak napaść na mnie samego (...) Zbrodni nie usprawiedliwia nic. Natomiast maniacy zarażeni ideologią są niesłychanie niebezpieczni (...) Więzienie jest najlepszym lekarstwem dla narkomanów, takich jak ja. Proszę mi wierzyć, ze lepszego lekarstwa nie ma."
Jednak większość uderzeń pada na piersi cudze, głównie „firmy" i panującej w niej ideologii:
„Byłem tak mocno przesiąknięty ideologią, że nawet ryzykując skazanie na śmierć, czego chciał prokurator, postanowiłem, że trzeba bronić interesów ‘firmy' (...) Na oczach miałem takie bardzo duże klapki. Z procesu wynikało, że zamordowanie księdza to mój wymysł, wybryk spowodowany moimi skłonnościami patologicznymi. Tak to próbowano sprzedać. A ja byłem przesiąknięty nie tylko ideologią partyjną, ale Ideologią służb specjalnych. Mój umysł został ‘spacyfikowany' mentalnością służb specjalnych."
Niczym cała masa rewolucyjnych buntowników i ideowych prekursorów totalitaryzmu, stawiał się Piotrowski poza dobrem i złem:
„Tak, to trzeba było zrobić (tzn. ‘oczyścić' ojczyznę z ‘wichrzycieli' i ‘podburzaczy' - przyp. autora). Dziaałem w poczuciu wyższej racji (...) Uważałem, że nawet cierpienia zadawane jednostkom są usprawiedliwone, gdy zapewniają spokój w państwie. Wówczas państwo kojarzyło mi się z władzą".

Piotrowski przyznaje, iż państwo utożsamiał z władzą, zdradzając tym samym istotę każdego państwa totalitarnego, w którym siła, przymus i władza stawiane są ponad człowiekiem (tzn. ponad człowiekiem z krwi i kości, a nie wyimaginowanym człowiekiem idealnej szczęśliwości, którą ma się osiągnąć w jakiejś bliżej nieokreślonej „świetlanej" przyszłości.")

Morderca wypowiada się również w sprawie sumienia:
„(Oprzytomniałem), kiedy zobaczyłem w telewizji pogrzeb księdza Popiełuszki. Wstrząsnęły mną te tysiące ludzi. Dotarło do mnie wówczas, co się w istocie stało. Rodziców Popiełuszki widziałem jedynie w kilku migawkach, ale tak głęboko zapadli mi w pamięć, że bez trudu rozpoznam ich na ulicy (...) Bywały momenty, jeśli rozmawiamy szczerze, że siłą woli przywoływałem postać księdza Popiełuszki. Mówiłem do niego per ‘Jurek'. Jednak były to monologi - z tamtej strony była to tylko cisza."
Czy mamy się w tym momencie wzruszyć? Na ile jest to wyznanie szczere, na ile wyrachowane?
Czy rzeczywiście tak cenne może być dla nas to „nawrócenie" i samokrytyka Piotrowskiego? (Notabene, „samokrytyka" to był żelazny punkt w repertuarze komunistycznej gry i perfidii.) Jestem pewien, że gdyby układy polityczne z tamtego okresu przetrwały w niezmienionej postaci do dzisiaj, Piotrowski pozostałby przy swojej Ideologii, przy swoich Panach, przy swoim żłobie i dalej by uważał, że „cierpienia zadawane jednostkom są usprawiedliwione", a nienawiść społeczeństwa do Służby Bezpieczeństwa to „przejaw głupoty i niezrozumienia naszej misji."
Jego „nawrócenie" się i pokajanie jest więc być może kolejnym „nawróceniem" koniunkturalnym, czyli takim, które wynika z warunków zewnętrznych, a nie z własnej wewnętrznej potrzeby, ludzkich przemyśleń, głosu sumienia...
Lepsza chyba jednak taka przemiana, niż żadna.

* * *
Sam, na własne uszy, słyszałem wśród ludzi opinie świadczące o podziwie dla charakteru Piotrowskiego, dla jego „nieugiętej", „twardej" postawy podczas procesu.
Taka admiracja jest dla mnie wstrętna, nawet jeśli przyjmiemy, iż rzeczywiście wynikało to z żelazności charakteru esbeka. A może jednak było to efektem przeświadczenia, że mimo wszystko zbrodnia ta pozostanie bez kary? (Tak, jak bez kary pozostały inne zbrodnie komunistów.) Właściwie tylko przypadek sprawił, że towarzyszący Popiełuszce Chrostowski uciekł i dzięki temu wszystko wyszło na jaw.
Poza tym, gdzie ten charakter Piotrowskiego lojalnego wobec własnych wyborów? (Choć przyznaję, że to pretensja cokolwiek przewrotna.) A może nie był to żaden podziwu godny charakter, a zaślepienie, omamienie, poczucie bezkarności i buta? Czyli - koniec końców - bezmyślność, głupota i nikczemność. A takimi cechami charakteru trudno doprawdy się zachwycić.

Możemy odnieść wrażenie, iż udzielając wywiadu Piotrwski rozumuje w miarę trzeźwo i krytycznie, dochodzi jednak do mylnej konkluzji:
„Większość służb specjalnych w Polsce żyje w świecie fikcji. (Zresztą nie tylko w Polsce - przyp. autora) Walczy za ogromne pieniądze z fikcjami wytwarzanymi na własny użytek (...) To był kabaret. Czytałem ostatnio fragmenty ‘Białej Księgi'. To jest pewien przykład na to, że to jest jednak cały czas kabaret. Tyle, że ja myślałem, że gram w dramacie."

To prawda, służby specjalne w Polsce często przypominały groteskowy, acz potworkowaty kabaret. Niestety, choć obsada artystyczna i dekoracje może nieco się zmieniją, to rodzaj występów pozostaje ten sam, o czym mogliśmy się niejednokrotnie przekonać, czytając choćby wspomnianą przez Piotrowskiego „Białą Księgę" (będącą zapisem rozmów służb bezpieczeństwa), o której swego czasu było dosyć głośno. Doprawdy, lektura ta mogła wpędzić człowieka w niejakie przygnębienie. Po raz kolejny byliśmy w stanie uświadomić sobie, od jakich chamów, bandziorów i kretynów zależy czasem sytuacja w świecie, a tym samym jego (i nasze) losy.

Wróćmy jednak do Piotrowskiego i jego stwierdzenia, iż miał wrażenie, że gra w dramacie, a w rzeczywistiści był to jednak kabaret.
Jeśli już był to kabaret... to do momentu, kiedy w tym kabarecie zamordowany został człowiek. Wydarzyła się tragedia, która farsę zamieniła w dramat.
Czy rzeczywiście, do dzisiaj, Piotrowski uświadomił to sobie naprawdę?

* * *
*

Ofiara
*
*

komentarze (21) | dodaj komentarz

NA CHŁODNY LISTOPADOWY WIECZÓR...

piątek, 06 listopada 2009 2:01

*
*

*

*
__________________________________________________

Aby rozjaśnić nieco nastrój, tudzież ocieplić jesienną atmosferę wokół nas, zapraszam do odwiedzenia pewnego słonecznego i gorącego kraju oraz do obejrzenia garści obrazów, które  STAMTĄD  swego czasu przywiozłem.
Mam nadzieję, że zdołałem jakoś utrwalić na nich egzotyczną urodę tego miejsca, które zachwycić może nie tylko klimatem i barwami, ale i kulturowym dziedzictwem, które zdołało się - choćby tylko częściowo tam zachować. 
_________________________________________________

*

*


*
*
*
*

*
*

(Zdjęcia autora)
*
*

komentarze (8) | dodaj komentarz

PRZEPROWADZKA

środa, 04 listopada 2009 4:39

___________________________________________

Chciałbym zawiadomić wszystkich - zarówno stałych Czytelników tej strony, jak i gości bardziej przypadkowych - że przenoszę się ze swoimi głównymi zapiskami do innego locum.
Zapraszam więc do odwiedzenia mojej nowej strony, której nadałem tytuł  
WIZJA LOKALNA  .
Mam nadzieję, że spotka się ona z Waszym zainteresowaniem.
___________________________________________

Nie chciałbym jednak zamykać bloga obecnego tutaj - ani tym bardziej go likwidować - i to nie tylko dlatego, że poświęciłem mu sporo uwagi przez te półtora roku, które upłynęły od jego założenia, ale również z tego powodu, iż mimo wszystko zamierzam tutaj od czasu do czasu coś opublikować. Będzie to jednak materiał lżejszy, mniej problemowy - takie błahostki i bagatele, które mogłyby rozbijać spójność Wizji Lokalnej, gdzie chciałbym podejmować zagadnienia nieco trudniejsze, wymagające trochę większego wysiłku i skupienia.

Będę wdzięczny za wszelkie Wasze uwagi.
__________________________________________
*
*

komentarze (8) | dodaj komentarz

HANDEL

sobota, 24 października 2009 1:02

___________________________________________

Jak pewnie zauważyli Czytelnicy tego bloga, od niedawna pojawia się nad jego nagłówkiem banner reklamowy. Podobnie jest zresztą na innych blogach korzystających z serwisu Wirtualnej Polski.
Uważam za wysoce niestosowne to, że zdecydowano się z naszych stron zrobić coś w rodzaju targowiska, bez uprzedzenia nas o tym.
Odbieram to, jako pewną formę lekceważenia ludzi, którzy serwisowi WP zaufali.
Jestem wdzięczny Wirtualnej Polsce za umożliwienie mi korzystania z jej serwisu, ale chcę także przypomnieć, że udzielenie komuś gościny, by później wchodzić do pokoju gościa bez pukania i coś tam zmieniać czy grzebać w jego garderobie, jest w moim odczuciu grubym nietaktem.
Przykładam dość dużą wagę do estetycznej strony wyglądu bloga, więc takie wtręty reklamowe są dla mnie niczym innym, jak drastycznym burzeniem tej estetyki. Nie chcę także, by za każdym razem, kiedy wchodzę na swoją stronę, przypominano mi o totalnie skomercjalizowanym świecie.
Jest mi bardzo przykro z tego powodu, że na mojej stronie zaczęto handlować jakimś towarem.
Czyżby wszystko było na sprzedaż?
___________________________________________
*
*

komentarze (34) | dodaj komentarz

MASOWY CZŁOWIEK ZBUNTOWANY - rzecz o "Buncie mas" Josego Ortegi y Gasseta

poniedziałek, 19 października 2009 2:29

*
*

*
 

1. Dobrze jest czasem sięgnąć do klasyki.
Choćby tylko po to, by się dowiedzieć, czym ona jest naprawdę - jaką niesie treść, ile jest teraz warta, czy przystaje do naszych czasów...
Bowiem zbyt często nasza wiedza przypomina jakiś bryk - coś tam o czymś wiemy (ale nie do końca), ktoś tam o tym coś napisał (a my na tym dość bezmyślnie się opieramy), znamy jakieś chwytne hasło, (które wyjęte z kontekstu nabiera innego znaczenia, niż miało pierwotnie - tak jak to jest np. z "religią - opium dla mas" Marksa, czy z "biczem na kobiety" Nietzschego... etc.)
Pod tym względem wszyscy jesteśmy dyletantami.

2. Od czego wychodzi Ortega Y Gasset pisząc swój słynny esej o "buncie mas"?
Otóż od statystyki.
I już tutaj powinniśmy zachować czujny sceptycyzm, bo statystyka, oprócz tego, że może ujawnić prawdę o rzeczywistości, to równie dobrze może tę rzeczywistość zafałszowywać.
Czy np. to, że w ciągu 114 lat (od 1800 roku do 1914) ludność świata ze 180 mln. wzrosła do 460 mln. uprawnia kogokolwiek do potraktowania ludzkości jako rozrastającej się "masy"?
(Cóż wogóle mówią te liczby, skoro nie ma tu rozróżnienia przyrostu ludności na poszczególne kontynenty, cywilizacje, kultury... ani uwzględnienia sytuacji społeczno-politycznej w jakiej ten przyrost  naturalny się odbywa?)

Ponadto, czy tłok, jaki spotyka Ortega y Gasset w kinie, w tramwaju, na ulicach upoważnia go do wydawania kategorycznych sądów o tłumie, jako tworze amorficznym, niezindywidualizowanym, masowym?
Czy nie jest to po prostu uleganie iluzji wobec niemocy uchwycenia fenomenu, jakim jest poszczególna ludzka istota i zamiast tego tworzenie jakiejś zbiorowej abstrakcji?
*
*

*

3. Chwali się Ortegę y Gasseta za przenikliwość wręcz proroczą - bo przecież przewidział on tryumf "człowieka masowego", tudzież wskazał na grozę jaką niesie ze sobą omnipotencja nowoczesnego państwa i rodzący się totalitaryzm. Jednakże wiele jego uwag sformułowanych jest w taki sposób, że można je odnieść zarówno do sytuacji Europy w okresie między wojnami (Ortega y Gasset pisał swoją "La rebelión de las masas" w latach 20-tych XX wieku), do powojnia, jak i do czasów nam współczesnych.
Tu rodzi się pytanie: czy owa "kompatybilność" jest rzeczywiście dowodem na socjologiczno-historyczną przenikliwość, czy też po prostu świadczy o ogólnym i uniwersalnym charakterze tez autora, które da się zastosować do różnych okresów historii nowożytnej ?

4. Czym wg Ortegi y Gasseta jest "człowiek masowy" oraz sama "masa"?
Najlepiej będzie, jeśli oddamy głos jemu samemu:
"Masy możemy zdefiniować jako zjawisko psychologiczne, nie musi to być koniecznie tłum złożony z indywidualnych jednostek."
"Masy to 'ludzie przeciętni'. W ten sposób to, co było jedynie ilością, tłumem, nabiera znaczenia jakościowego; staje się wspólną społeczną nijakością. Masy to zbiór ludzi nie wyróżniających się niczym od innych, będących jedynie powtórzeniem typu biologicznego".
"W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy więc wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję życiowych żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony brak poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili. Obie cechy są charakterystyczne dla psychiki rozpuszczonego dziecka".
Jednym słowem, człowiek masowy to taki "zepsuty paniczyk", którego cechuje również „skłonność do czynienia z zabawy i sportu głównej sprężyny życia; pielęgnacja własnego ciała, dbałość o urodę i strój; brak romantyzmu w stosunkach z kobietami; zabawianie się z intelektualistami z odczuwaniem w głębi duszy pogardy dla nich." Tak naprawdę nie interesuje go nic, poza własnym dobrobytem.
*
*

*

Człowiek masowy to oczywiście niekoniecznie tylko ktoś przynależący do klasy robotniczej, proletariatu, plebsu... Może być on ównież naukowcem lub specjalistą; może wywodzić się zarówno z tzw. inteligencji, arystokracji, jak i burżuazji, czyli właściwie ze wszystkich warstw i klas społecznych.

Ortega y Gasset nie szczędzi nikogo:
"Prototypem człowieka masowego jest współczesny człowiek nauki. (...) Sama nauka - rdzeń cywilizacji - przemienia go w człowieka masowego, a więc czyni z niego prymitywa, współczesnego barbarzyńcę."
O tzw. "specjaliście" zaś pisze:
"Wobec polityki, sztuki, obyczajów społecznych i towarzyskich, a także wobec innych nauk przyjmuje postawę najgłubszego prymitywa; ale robi to z przekonaniem i pewnością siebie."(...) "Każdy, kto chce, może zauważyć, jak głupio dziś myślą i postępują w takich sprawach jak polityka, sztuka, religia (...) 'ludzie nauki' i oczywiście, za ich przykładem, lekarze, inżynierowie, finansiści, nauczyciele, itp. (...) Oni to symbolizują obecnie imperium mas, które z nich w znacznej mierze się składa, a ich barbarzyństwo jest najbardziej bezpośrednią przyczyną demoralizacji Europy."
"Nie są to głowy otwarte; stąd też bierze się ich notoryczna tępota i niezaradność."

Dostaje się również politykom i to tym z najwyższej półki:
"Na ogół polityk, i to sławny polityk, dlatego właśnie jest politykiem, że jest tępy."
Summa
 zaś może brzmieć tak:
"Współczesny człowiek masowy jest faktycznie prymitywem, który bocznymi drzwiami wśliznął się na starą i szacowną scenę cywilizacji".

I na koniec zdanie, które może nas jednak wpędzić w zupełną konsternację:
"Obecnie wszyscy to tylko masa".
Zdanie, które na domiar złego Ortega y Gasset doprawia następującą konkluzją:
"Taka właśnie jest straszliwa prawda o naszych czasach, przedstawiona brutalnie i bez osłonek".

Jeśli chodzi o mnie, to również zgadzam się z tym, że jest to prawda straszliwa, ale nie dlatego, że ludzie nagle stali się "masą", lecz dlatego, że właśnie za "masę" zaczęto ich uważać - i jak "masę" traktować.

5. Nie lubię kiedy ludzi określa się mianem "masa".
Zważmy, że robiły to wszystkie państwa totalitarne, a konkretnie - przywódcy tych państw, którzy - wszyscy jak jeden - byli autokratami, dyktatorami i tyranami przepełnionym pogardą dla "mas". Może właśnie dlatego byli jednocześnie tak skutecznymi "zamordowcami"?
Hitler i Goebbels żywcem w swoich propagandowych tyradach cytowali np. Le Bona, który zanalizował zachowanie się ludzi "w masie"; podobnie zresztą jak Mussolini, który "Psychologię tłumu" tegoż autora trzymał nawet ponoć na nocnej szafce przy łóżku.

Czy to świadczy o tym, że Le Bon się mylił?
Nie, wręcz przeciwnie - często miał rację, (choć jego podejście do "tłumu" było jednak tendencyjne,  zabarwione ideologią i  pełne uprzedzeń.)
Tu chodzi jednak o coś innego, a mianowicie o humanitarny stosunek do społeczeństwa - o postrzeganie ludzkiej zbiorowości w całym jej zróżnicowaniu i złożoności, nie jako "masy", a jako zbioru ludzkich indywidualności. W przeciwnym razie możemy mieć do czynienia z instrumentralnym traktowaniem nie tylko jednostki, ale i całego społeczeństwa: socjotechnika zamienia się wtedy w jedną wielką manipulację.

Rzeczywistość wokół nas ma również tę właściwość, że może się zmieniać w zależności od tego jak (i za pomocą jakich instrumentów) my ją postrzegamy i badamy (co ciekawe, ze zjawiskiem tym można się również spotkać w naukach tzw. "ścisłych" - vide: zasada nieoznaczoności Heisenberga).
Ludzie bardzo często zachowują się niczym lustro: odbijają swoim zachowaniem to, jak się ich traktuje, jak pojmuje, jaki się ma do nich stosunek...
Z takich samych ludzi składały się więc tłumy wiwatujące na cześć Hitlera, jak i tłumy zebrane na Placu Św. Piotra, by oddać hołd zmarłemu Janowi Pawłowi II.
*
*

*

6. Na czym wg Ortegi y Gasseta polega "bunt mas"?
Otóż na tym, że "masy" ośmielają się we współczesnej mu Europie sięgać po władzę, jakby posiadanie przez nich tej władzy rozumiało się samo przez się. Pisze on np., że
„masy zhardziały w stosunku do mniejszości; nie są im posłuszne, nie naśladują ich ani nie szanują; raczej wprost przeciwnie, odsuwają je na bok i zajmują ich miejsce".
"Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnym i banalnym, i do narzucania tych cech wszystkim inym."
"Człowiek masowy czując się pospolitym, żąda, by pospolitość była prawem i odmawia uznania jakichkolwiek nadrzędnych wobec siebie instancji."

Mamy tu po prostu do czynienia z arogancją:
"Człowiek, który przypisuje sobie prawo posiadania własnego zdania na jakiś temat, nie zadając sobie uprzednio trudu, by go przemyśleć, jest doskonałym przykładem owego niezmiennego i absurdalnego sposobu bycia człowiekiem, który nazwałem 'zbuntowaną masą' ".
Otóż właśnie dlatego
"dzisiejszy świat wszedł w okres poważnej demoralizacji, której jednym z objawów jest nieokiełznany bunt mas, a która bierze swój początek z demoralizacji Europy."

7. Jakkolwiek wszystkie te wywody Ortegi y Gasseta na temat właściwości, cech i dążeń człowieka masowego, tudzież przejmowania przezeń władzy, nie wyglądałyby przekonywująco i sugestywnie, to moim zdaniem nie jest jednak prawdą iż "masa" może przejąć władzę, a tym bardziej błędne jest założenie, że może ona rządzić. Jeśli już - to jest to władza i rządy podobne tym, jakie panują w pędzącym stadzie bydła, czyli coś, co jest impulsywne, okazyjne, chwilowe, isntynktowne, żywiołowe, bezmyślne... jak np. zrywy rewolucyjne (dajmy na to zburzenie Bastylii, atak "tłuszczy" na Pałac Zimowy, czy pogromy "kryształowej nocy" w Niemczech).
W żadnym jednak razie podobne zachowania nie mogą konstytuować państwa, ani nawet egzekwować władzy.
Nawet jeśli przejmuje rządy ktoś, kto sam wywodzi się ze "stada" (np. plebejscy: Mussolini, Hitler, Stalin, Mao...) to w momencie, kiedy już ma on władzę w swoich rękach, z owego stada się wyodrębnia, dystansuje doń, a nawet wobec niego alienuje - przestaje tym sposobem zachowywać się stadnie (i choćby dlatego możliwy jest "kult jednostki", stąd się też biorą partyjne "elity"), choć nadal ludzi, nad którymi zyskał władzę, traktuje on zazwyczaj jako "stado".

Podobnie zresztą sprawy się mają w ustrojach, które nie są totalitarne, a liberalno-demokratyczne: "masa" może mieć złudzenie, że bierze udział w rządach, ale tak naprawdę władzę sprawuje elita rządowa (wraz z całą podległą jej - albo i nie - biurokracją i aparatem przemocy), nawet jeśli została ona wybrana spośród "masy".
"Masa", co najwyżej, może być mocą przyzwalającą (note bene prawdą jest, że tylko wtedy państwo ma na tyle sił, by na dłuższą metę utrzymać istniejący ustrój, polityczne dążenia i ogólne status quo, jeśli ma na to przyzwolenie większości.)

Człowiek, który zdobywa władzę zmienia się diametralnie, bo zmienia się jego pozycja z podrzędnej na nadrzędną, inicjatywa i plan staje w jego gestii (jego wola może się zamienić w prawo), a tym samym przestaje być on częścią "bezwładnej" i "bezwolnej" "masy".
Tego właśnie wydaje się nie brać pod uwagę Ortega y Gasset.
*
*

*

8. Język "Buntu mas" jest niezwykle sugestywny, Ortega y Gasset patrzy na współczesną sobie Europę przenikliwie i głęboko, analizuje i diagnozuje tak, że - jak podejrzewam - tym, którzy go wówczas czytali i rozumieli, cierpła ze strachu skóra a na głowie jeżył się włos. A i tak, to co się wkótce zaczęło dziać, przerosło wszelkie wyobrażenia.

Wprawdzie nie podzielam jego metodologii, stosunku do "mas", tzn. podchodzenia do grupy ludzkiej w sposób hurtowy, bez indywidualnego rozróżnienia, czyli traktowania społeczeństwa en bloc - właśnie jako "masy", to jednak chylę czoła przed jego trafną dalekowzrocznością, jeśli chodzi np. o wskazanie największego zagrożenia ówczesnej Europy, jakim było rodzące się państwo totalitarne (i związane z tym przeradzanie się nacjonalizmu w faszyzm oraz uznanie przemocy i gwałtu za prima ratio funkcjonowania takiego państwa - wg Ortegi y Gasseta było to nic innego jak Magna Charta barbarzyństwa).
I chodziło tu zarówno o faszyzm (który Ortega y Gasset znał wówczas jedynie z dokonań Mussoliniego), jak i komunizm.

Jak mogę nie czuć szacunku i podziwu do człowieka, który - w 1929 roku! - pisze coś takiego:
"Bolszewizm i faszyzm są dwoma 'nowymi' w polityce wynalazkami, które odkryto w Europie i na jej krańcach. Stanowią one wyraźny przykład istotnego regresu. (...) To typowe ruchy ludzi masowych, kierowane przez ludzi poślednich, ponadczasowych, pozbawionych pamięci i 'świadomości historycznej', przybierają od początku formy przestarzałe, zupełnie jakby pojawiwszy się obecnie, należały zarazem do dawno wymarłej fauny."
"Przekształcenie czegoś, co w samej swojej istocie jest zbrodnicze i niezdrowe, w coś zdrowego i normalnego, jest rzeczą niemożliwą, dlatego też jednostka stara się raczej dostosować do zastanej niezdrowej sytuacji, utożsamiając się w pełni z ową zbrodnią czy nieprawidłowością."
"Rosyjski komunizm jest nie do strawienia dla Europejczyków, którzy w ciągu całych dziejów włożyli tyle zapału i wysiłku w sprawę indywidualizmu".
I na koniec zdanie, które warte jest wprost czołobitnego chapeau bas:
"Niemniej - jeszcze raz to powtarzam - wydaje mi się rzeczą wielce prawdopodobną, że w najbliższych latach Europa zacznie entuzjazmować się komunizmem."

Ortega y Gassert już wówczas (czyli jeszcze przed dościem Hitlera do władzy) wiedział czym pachnie faszyzm. Ponadto, nie tylko, że nie dał się otumanić komunizmowi, ale i przewidział wysiew tych wszystkich zachwyconych bolszewikami "użytecznych idiotów", który wkrótce miał nastąpić wśród zachodnio-europejskich "elit" i "intelektualistów".

*
*
____________________________________________________________

Ilustracje: Zdzisław Beksiński.
____________________________________________________________

*

komentarze (21) | dodaj komentarz

"ANTYCHRYST"

środa, 14 października 2009 5:01

*
*

*
___________________________________________

Od tygodnia biorę udział w odbywającym się właśnie w Chicago Międzynarodowym Festiwalu Filmowym. Zamierzałem dopiero po jego zakończeniu podzielić się z Wami moimi wrażeniami z obejrzanych filmów, ale wczoraj wziąłem udział w projekcji obrazu, który sprowokował mnie do poczynienia na gorąco tego oto szkicu.
___________________________________________


Pierwsze minuty filmu Larsa von Triera są zaiste hipnotyczne: czarno-białe (z całą symfonią odcieni), pięknie skomponowane kadry w zwolnionym tempie - i w zbliżeniach - ukazują akt seksualny mężczyzny i kobiety, na przemian z widokiem dziecka, które budzi się, schodzi z łóżeczka, widzi kochających się rodziców, wspina się na parapet otwartego okna, staje nad przepaścią i...
A wszystko dzieje się przy boskich dźwiękach arii "Lascia Ch'Io Pianga" Handla.
Wow?... pomyślałem sobie. Skoro tak to się zaczyna, to co dopiero będzie dalej?

Ale dalej było różnie: obrazy bez mała wizjonerskie przaplatające się z takimi, które przypominały horrory klasy B; przejmująca, sięgająca głębi symbolika sąsiadująca z metafizyką dla ubogich; wstrząsające doświadczenia wewnętrzne bohaterów pomieszane z tanią, pseudo-terapeutryczną psychoanalityczną papką.
Co jest grane?... myślałem sobie dalej raz po raz, ale dopiero na spotkaniu z odtwarzającym główną rolę Willemem Dafoe, które odbyło się po projekcji filmu, dotarła do mojej świadomości przyczyna tych wahań. Stało się to wtedy, kiedy Dafoe powiedział, że Lars von Trier tworzył swoje dzieło znajdując się w głębokiej depresji.
To by tłumaczyło wiele: trącący geniuszem reżyser wspina się na szczyty natchnienia by następnie ześliznąć się w prostrację - przy czym powtarza się to cyklicznie.

Sam tytuł jest wielce mylący - "Antychryst".
Można się więc było spodziewać np. czegoś w rodzaju apokaliptycznej wizji ogarniającej krańce Universum, a co najmniej takiej o zasięgu globalnym (czyli jednak lokalnym). Tym zaś co zobaczyłem na ekranie, była dość kameralna tragedia rozgrywająca sie między dwójką protagonistów: mężem - terapeutą a żoną - psychopatką, którzy uciakają w jakieś leśne głusze (do swej chatki zwanej... uwaga! - Edenem), gdzie próbują dojść do siebie po stracie własnego dziecka. Czyli "mała, mroczna historyjka" jak to określił na spotkaniu z widzami Dafoe.
Skąd więc ten tytuł?
Ach to wszystko przez to, że Lars lubi się czasem tak zaafiszować - powiedział jeszcze Dafoe.
No i jak to brzmi, jakie jest chwytliwe! - dodałem sobie we własnym zakresie.
*
*

*

Film może zapisać się w pamięci choćby tylko z powodu dwóch scen (chociaż tak naprawdę chciałbym pamiętać jedynie ten jego oniryczny, przejmujący i niezwykłej urody początek, który nie wahałbym się nazwać małym filmowym arcydziełem).
Pierwsza z tych scen ukazuje męski członek w stanie erekcji, z którego zamiast spermy tryska krew; druga zaś wielką na cały ekran pochwę, z której oszalała kobieta wycina sobie nożyczkami łechtaczkę.
Ufff...
Naturalizm i brutalność niektórych scen jest wręcz szokująca. Gdyby nie artystyczna klasa von Triera (a reżyser mimo wszystko ją posiada, co przecież udowodnił nie raz jeden), również skłonny byłbym nazwać te obrazy sado-masochistyczną pornografią, jak uczynili to co poniektórzy krytycy kina.
Ale nie nazwę, bo, po pierwsze - tak tego nie odebrałem, a po drugie - chyba jednak wyczuwam intencje reżysera.
Lars nie epatuje nikogo okrucieństwem, perwersją, seksem, patologią, obsceną, nihilizmem... On to wszystko przeżywa.
*
*

*

Wygląda na to, że tak, jak Nietzsche chciał swoją filozofię uprawiać młotem, tak Lars von Trier chce nam dać w kinie po łbie obuchem - także potraktować nożem, wiertarką, szpadlem, pałą, a nawet... szlifierką!
Ale nie po to, by się nad kimś znęcać, lecz po to, by wstrząsnąć tym co siedzi w nas głeboko, poprzez strach skłonić do refleksji - nawet jeśli doprowadziłoby to kogoś nad nihilistyczne przepaście.
Wspominam sobie teraz tę jego uroczą opinię, że film winien być niczym ten kamyk w bucie... (No, ładne mi to kamyczki!)

Oczywiście, że wszystko to balansuje na granicy porno i groteski, ale moim zdaniem tej granicy nie przekracza.
Tak naprawdę, to tylko w jedym momencie uśmiechnąłem się z pewnym niedowierza- niem i chyba jednak z lekką żenadą: otóż wtedy, kiedy na ekranie pojawił się jakiś wyleniały, zmokły lisek-apokalisek, który przerywając na moment wyjadanie własnych wnętrzności, zacharczał nam prosto w uszy: "rządzi chaos!".
Ha!
Również "objawienia" typu "Natura jest kościołem Szatana" plasowały się wg mnie zbyt blisko zalatującej nieco kiczem pseudo-filozoficznej pretensjonalności, gotowej taplać się w jakiejś mętnej metafizyce.
*
*

*

Niemniej jednak, film jest w stanie dostarczyć materii na dyskusję o wzajemnych relacjach natury i człowieka (w tym natury mężczyzny i natury kobiety); o istocie żalu, strachu, cierpienia, rozpaczy, bólu, odkupienia...; o ciążącym nam od zarania grzechu pierworodnym; o predestynacji naszych klątw i upadków... co poświadczyła dyskusja, jaka wywiązała się po projekcji "Antychrysta" między widzami a Willemem Dafoe (doskonale przez wszystkich pamiętanego choćby z "Plutonu" Stone'a, czy "Ostatniego kuszenia Chrystusa" Scorsese) i krytykiem filmowym "Chicago Tribune" Michaelem Philipsem.

Mimo wszystko film ten gotów jestem ocenić dość wysoko, bo wydaje mi się, że przenika go - tak, proszę sie nie śmiać! - głęboka pasja tworzenia, jaka wyróżnia "Antychrysta" z całej tej miałkiej masy szpanerskich bzdetów i dyrdymał, której pełne jest dziś kino popularno-popkornowe.
A że film nie ma właściwie żadnego przesłania?
No cóż, czy każde poetyckie dzieło sztuki musi mieć przesłanie?

 *
*

*
*
___________________________________________*
*

komentarze (30) | dodaj komentarz

wtorek, 9 lutego 2010

Licznik odwiedzin: 121128

Kalendarz wpisów

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

O świecie

Świat nie przestaje mnie zadziwiać.

Czym chcę się z Tobą podzielić?

Refleksje na temat szeroko pojętej kultury i człowieka: literatura, kino, filozofia, sztuka, psychologia, kultura masowa, natura, podróże...

BEST OF BRAIN GRAFFITI

ARTYKUŁY

BLOG GŁÓWNY

FOTOGRAFIA

GALERIA

LAPIDARIA, MAKSYMY...

LIRYCZNIE?

LITERATURA

MALARSTWO I SZTUKA

NATURA

NOTATNIK FILMOWY

OBRAZKI

OSOBISTE

POLITYKA

TEMATY RÓŻNE

WŁÓCZĘGI

Z MIEJSCA NA MIEJSCE

ZDJĘCIA

Jeśli Ty chcesz się ze mną czymś podzielić, zostaw komentarz, lub napisz: carpediem@wp.pl