Bloog Wirtualna Polska
Są 1 094 794 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
* Opinio Multiplex, Veritas Una *

KIEŚLOWSKI

Skocz do komentarzy

*
NIC PRÓCZ HUMORU
RÓŻOWEGO, CZARNEGO, OKRUTNEGO...
_______________________________________
*

*

_________________________________________________

Dokładnie 13 lat temu, 13 marca 1996 roku, odszedł od nas Krzysztof Kieślowski.
Stał się on, jeszcze za życia, najsłynniejszym - obok Andrzeja Wajdy - polskim reżyserem na świecie. Czy zasłużenie? Co sprawiło, że Kieślowski podbił tę publiczność poszukującą w kinie czegoś więcej, niż rozrywki? Dlaczego poza naszym krajem cieszy się on większą estymą, niż w Polsce? Czym są jego filmy, jaką niosą treść, na czym polega ich artyzm?

Pragnę przy tym uprzedzić bezkrytycznych wielbicieli twórczości reżysera: tekst ten - wbrew pozorom - nie jest żadną laurką a raczej dość zdystansowaną próbą odpowiedzi na postawione przed chwilą pytania.

___________________________________________ 

Gdzieś na poczatku był „Amator", później „Przypadek", lecz dopiero „Dekalogiem", a konkretnie dwoma krótkimi filmami - o miłości i zabijaniu - Kieślowski zwrócił na siebie światową uwagę. Nagroda Specjalna Jury w Cannes, potem Felix - odpowiednik europejskiego Oscara - w Berlinie. Wkrótce doszło jeszcze „Podwójne życie Weroniki", dzięki któremu reżyser znalazł się w centrum zainteresowania krytyki... a i publiczności także, przynajmniej tej bardziej "wyrobionej", rzekłby kto - wyrafinowanej, tudzież o skłonnościach snobistycznych.

Zaczęto Kieślowskiego ustawiać w jednym rządku z Bergmanem, Fellinim, Antonionim... W 1993 roku, na jubileuszowym 50. Festiwalu Filmowym w Wenecji, pierwszą część kolorowego tryptyku pt. „Niebieski", obdarowano Złotymi Lwami. Amerykański magazyn „Time" uznał „Dekalog" za drugie najważniejsze dzieło filmowe w historii kina. Wydawało się, że nie jest to już tylko moda na reżysera. Zaczęto mówić o „geniuszu" Polaka i jego „arcydziełach".
*

"Podwójne życie Weroniki"
*
MILCZENIE

Kiedy pewnego razu oglądałem jeden z tych małomównych i ascetycznych obrazów Kieślowskiego, przypomniała mi się anegdota, którą w jednym ze swoich opowiadań przytoczył Jorge Louis Borges. Otóż wracając z przyjęcia, na którym prowadzono wielce interesujące dysputy, i gdzie padło wiele Wielkich i Ważnych Słów, Borges usłyszał od swojej przyjaciółki: „Pamiętasz tego człowieka, który siedział nieco na uboczu i cały czas milczał, uważnie przysłuchując się naszej rozmowie? To musi być bardzo mądry człowiek".

I zadałem sobie wówczas pytanie: Czy nie jest to właśnie - nomen omen - przypadek Kieślowskiego? Twórcy, w którego filmach milczy się jak w kaplicy?
Ale jak się milczy! - mógłby ktoś wtedy odpowiedzieć, dodając: forma tych obrazów piękna, styl elegancki, nastrój przemożny...

Otóż człowiek, który zna tylko same pytania, a nie zna odpowiedzi, milknie wreszcie. I tyle to może mieć wspólnego z mądrością, co z rezygnacją alno też z koniecznścią. Sam Kieślowski stwierdził kiedyś: „...pytania, na które nie ma odpowiedzi. Tych pytań jest kilka, może kilkanaście i towarzyszą nam od dzieciństwa do śmierci".

METAFIZYKA CIĘKNĄCEGO KRANU 

To, co najlepsze w Kieślowskim, kojarzone jest z „Niebieskim". Jest to chyba najbardziej poetycki ze wszystkich filmów reżysera. Wysublimował się w nim styl, który charakteryzuje bardzo powolny rytm, słowna asceza, wpatrzenie w grę światła i cienia... Nawet ordynarny obiekt, jak np. cieknący kran, staje się kandydatem do symbolu, czy choćby tylko metafory. Namaszczenie, z jakim traktowana jest w „Niebieskim" tzw. „nasza" rzeczywistość powoduje, że na ekranie przybiera ona pozę dusznej nadrealności. Do tego, by właściwie odebrać przekaz tego filmu, niezbędne jest dostrojenie się do jego molowej, melancholijnej tonacji.

Czy jednak od wszystkich można tego oczekiwać? Wszak trudno stać się melancholikiem na zawołanie... nawet artystyczne. Nie każdy może się przejąć metafizyką cieknącego kranu.
*
*

Juliette Binoche w "Niebieskim".
*
CAŁY ŚWIAT W MELANCHOLII

Niebieski jest jednym z kolorów narodowych Francji. W trójkolorowej kokardzie francuskich rewolucjonistów oznaczał Wolność (biały i czerwony to Równość i Braterstwo). Jednak w filmie bardziej nasuwa się skojarzenie z amerykańskim blue, oznaczającym chandrę, przygnębienie, smutek.

Bohaterkę filmu spotyka prawdziwa tragedia: mąż i jedyne dziecko giną w wypadku samochodowym. Julia pogrąża się w żałobie, która dominuje również cały obraz. Kieślowski podporządkowuje jej wszystko. Cały świat staje się „niebieski". Każdy, kto pojawia się na ekranie, przypomina melancholika. Nikt się nie śmieje, słońce nie świeci, deszcz pada często i gęsto, zastepując łzy na chronicznie smutnym a pięknym i subtelnym obliczu Julii (Juliette Binoche).
Ten świat - filmowy, Kieślowskiego - odpowiada na jej nastroje, jak na komendę: za oknem zgarbiona staruszka ledwie powłóczy nogami, bezdomny grajek smęci pod murem na fujarce, obłąkana matka ogląda w telewizji - na przemian - spacer po linie i zrzucanie z wysokiej wieży staruszków (sic!)... etc.
Julia w swej cichej żałobie i szlachetnych odruchach wyrasta na naszych oczach bez mała na świętą. Oddaje się bezczynności. Jej kontemplacja otaczającej ją mgły przypomina modlitwę. Niczym Św. Franciszek zrywa ze swą materialną przeszłością; niczym miłosierny Samarytanin pochyla sie nad leżącym na bruku bezdomnym, podkładając mu pod głowe futerał z fletem.
*
*

"Niebieski"
*
BEZ ODPOWIEDZI

W filmach Kieślowskiego mamy mnóstwo pytań, żadnych odpowiedzi. Nawet w tak precyzyjnie określonym przykazaniami „Dekalogu" czekają nas same tajemnice. Do końca też nie wiadomo, co symbolizowały poszczególne kolory w jego francuskiej trylogii - w odniesieniu do treści tych filmów.
Twórca nie tylko, że nie odpowiadał nam nigdy wprost, ale zachowywał enigmatyczną postawę milczącego mędrca. Każąc nam wpatrywać się w swoje platońskie, nieme obrazy, pozostawiał nas sam na sam z naszym wnętrzem...
Jeżeli komuś paliła serce łza żalu za bliską a odeszłą na zawsze osobą, to smutek w „Niebieskim" był jego smutkiem, melancholia bohaterki - jego melancholią. Jeżeli nie... cóż, pozostawało obcowanie z wysmakowaną estetycznie formą.

Czy to wystarcza?

CELULOIDOWA  RELIGIA


Najpierw - tak naprawdę - zaczęli hołubić Kieślowskiego Francuzi. Reżyser wiedział, jak się im odwdzięczyć, schlebiając tamtejszym gustom, poetyce i tradycji. Często kłaniał się więc mistrzom francuskiego kina, zwłaszcza Godardowi i Lelouche'owi, którzy na Nowej Fali wynieśli potoczność i codzienność do rangi filmowej narracji. Mało tego - niekiedy szedł jeszcze dalej, uświęcając banał lub nadając powszedności metafizyczny wymiar.
No i jeszcze ta osławiona, piękna i elegancka forma.

*



To, co spodobało się Francuzom, niekoniecznie znajdowało upodobanie Polaków. Nad Wisłą Kieślowski był nie tyle celebrowany, co ciągle krytykowany. Np. Marcel Łoziński zarzucił koledze wprost, że zdradził świat zgrzebny, prosty - dla celofanowych świecidełek, co Kieślowski skomentował następująco: „Ja liczę się z zarzutami osób, do których mam zaufanie". Niewątpliwie zawiść w kraju reżysera nie ominęła, choć nie wszystkie głosy krytyczne można tłumaczyć owym mało szlachetnym resentymentem.

Pozytywne, a niekiedy i entuzjastyczne nastawienie widzów na całym świecie wynikało nie tylko z uznania do wyrafinowanego estetyzmu formy, ale i z tęsknoty, czy wreszcie nadziei, jakiej potrzebuje każdy człowiek.
Niektórzy szukają jeszcze takiego kina, które by mogło objawić im choćby odrobinę świętości. Jest to tęsknota zgoła metafizyczna. Niewielu twórców współczesnego kina jest w stanie sprostać tym wymaganiom. Ostatnim z tych wielkich był Tarkowski.
Podobnie, są też widzowie, którzy dalej chcą traktować film jako fetysz, w który zakląć by można własną religijną potrzebę. To dlatego niekiedy wypełnia się w filmie treścią to, co skądinąd byłoby tylko pustką.
Zaś wszystko związane jest z nadzieją.
Stąd też owo dążenie reżysera: „Trzeba szukać cudowności w tym, co zwyczajne".
*

Irene Jacob w "Czerwonym".
*
ZIMNY ŚWIAT, LUDZKIE CIEPŁO...

Kieślowski stale wracał do swojej małej metafizyki próbującej wyrazić wielkie humanistyczne wartości za pomocą niepozornych atrybutów życia naszego powszedniego. Robił to najczęściej razem z Krzysztofem Piesiewiczem, scenarzystą większości swoich filmów, który - jakby nie było - przyczynił się do międzynarodowego sukcesu reżysera, o czym niestety zbyt często zapominano.

Piesiewicz, przy okazji komentarza do „Czerwonego", wskazał nam wyraźny literacko-filozoficzny trop, który może doprowadzić nas do źródeł inspiracji tandemu Kieślowski - Piesiewicz; do rezerwuaru idei, wątków i problemów, którymi zajmowali się oni w swoich utworach.
W przypadku „Czerwonego" chodziło konkretnie o „Upadek" Camusa.
Także inne ich filmy wskazywały na powinowactwo z egzystencjalizmem, rozumianym już bardziej ogólnie, jako światopogląd. Nie dziwią więc w tym kontekście skojarzenia np. z Ingmarem Bergmanem.

Podobnie jak pisarstwo Camusa, filmy Kieślowskiego konfrontują nas z zimnym i obojętnym światem pozbawionym wartości absolutnych, danych nam a priori. Ze światem, w którym - aby być człowiekiem - musimy ciągle dokonywać wyborów, tworząc własną hierarchię wartości i respektując ją. Łatwo w takiej rzeczywistości o zagubienie, lęk i konsternację, bowiem hulają w niej przypadki i relatywizm. Kieślowski kręcił filmy, by oszukać to zagubienie, zagłuszyć konstrernację, oswoić lęk i stworzyć ludzkie ciepło.
To tylko jedna z interpretacji.

A jednak - z drugiej strony - twórca poszukiwał oparcia w solidności moralnych kodeksów, sankcjonowanych przez religię. Odwoływał się przy tym do tradycji, myśli i aksjologii chrześcijanskiej (dotyczy to nie tylko oczywistego w tej konotacji „Dekalogu", o którym ksiądz Józef Tischner wyraził się następująco: „ 'Dekalog' to opowieść o pamięci raju utraconego - tego czasu, kiedy dziesięć przykazań miało jeszcze sens, bo człowiek czuł, że jest zdolny wybierać między dobrem i złem".)
 


Julie Delpy w "Białym".

KLUCZENIE W LABIRYNCIE ŚWIATA

Moim zdaniem, najbardziej adekwatną wykładnię „przypadku" Kieślowskiego możemy odnaleźć w jego własnej wypowiedzi tyczącej pesymizmu. Można ją wręcz uznać za klucz do jego wszystkich filmów. Oto gdzie przełamywały się słabości, gdzie rodziła się pasja, ból i melancholia, a zarazem siła i humanizm twórcy:
„Pesymista to ktoś taki, kto nie widząc nadziei, rozpaczliwie jej szuka. Pesymista szuka dużo bardziej rozpaczliwie niż optymista, ponieważ dla optymisty nadzieja jest czymś głęboko oczywistym. A ponieważ bez nadziei nie można żyć, wobec tego trzeba ciągle jej szukać. W istocie bycie pesymistą oznacza nieustanne codzienne poszukiwanie nadziei".

Otóż właśnie: te wszystkie egzystencjalno-metafizyczne łamigłówki w filmach Kieślowskiego, te szarady znaczeń, obrazów i symboli; to kluczenie w labiryncie świata, wypatrywanie szansy i zbawienia - to jest właśnie poszukiwanie nadziei.

Sławę Kieślowskiego na Zachodzie uznać można za swoiste signum temporis: ludzie z kręgów zachodniej cywilizacji, za swego pocieszyciela uznali człowieka, który czuł pustkę i chłód, ale miał w sobie na tyle ludzkiego dobra, ciepła i szlachetności, że był w stanie obdzielić tym innych.
*


O SZCZĘŚCIU CHIRURGA

Niedługo przed śmiercią reżysera, w jednej z warszawskich księgarni odbyło się spotkanie z Kieślowskim w związku z pojawieniem się na rynku książki Stanisława Zawiślańskiego „Kieślowski bez końca". Obecna tam Ewa Sobiecka tak określiła powierzchowność reżysera: „Precyzyjny. Skromny, wręcz nieśmiały. Chwilami drażniący. Dla jednych ponury, zgryźliwy, dla innych człowiek ciepły z wielkim poczuciem humoru. Zgorzkniały romantyk. Facet o wiecznie zmarszczonym czole, zmęczonym spojrzeniu i z papierosem w dłoni".

Nie wiem, czy Kieślowski przeczuwał już wówczas zbliżającą się śmierc. Może był świadomy tego, że jego osłabione serce w każdej chwili może przestać bić?

Zupełnie inaczej brzmiały - po jego śmierci - te zdania, które wypowiedział wtedy wobec wszystkich:
„Nie należę do tego świata (filmowców). Zrozumienie tego zajęło mi wiele lat. Film staje się życiem. Nie chciałem tego, bo to nie jest mój sposób życia. Prawdopodobnie wybrałem fatalny zawód dla swojego charakteru (...) Robienie filmów nudzi mnie. Zawsze, prawdę mówiąc, nudziło mnie." I jeszcze, jakby tego było: "Kim chciałbym zostać, gdybym nie został reżyserem? Chciałbym zostać chirurgiem. Dlaczego? Spotkałem chiryrga, który nie nudził się w pracy i był szczęśliwym człowiekiem. Dlatego chciałbym być chirurgiem".

Ile w tym wyznaniu kokieterii artysty, ile przekory, a ile zmęczenia?


*


POŻYTEK Z KIEŚLOWSKIEGO

Cokolwiek byśmy nie sądzili o sztuce Kieślowskiego, o jego filmach, poglądach, filozofii, osobowości... jak byśmy nie patrzyli na te jego deprecjonujące samego siebie opinie i zwierzenia - fakty pozostają faktami: jego nazwisko zdobyło nam w świecie więcej przychylności (a tym samym korzyści), niż niejedna delegacja zagraniczna wielkich polskich polityków.

BOSKI OPTYMIZM, LUDZKI PESYMIZM

Wkrótce po śmierci Kieślowskiego, wpadł mi w ręce „Dziennik" Eugene'a Ionesco, a tam uderzył mnie fragment, który mógłby stanowić epitafium dla zmarłego twórcy: „Jeżeli jednak uda się nam pogodzić ze śmiercią innych, możemy i my spokojnie umrzeć. Jak można się pogodzić ze śmiercią innych? Mówiąc sobie, że jest to najlepsza rzecz, jaka może im się zdarzyć. Jak znieść cierpienie, ciężar innych? Mówiąc sobie, ze każdy musi nieść swoją część nieszczęścia świata".

Również dalsze ustępy wydały mi się niezwykle adekwatne do charakterystyki twórczości i postawy Kieślowskiego: „Jesteśmy stworzeniami śmiesznymi. Jesteśmy komiczni. Pod tą tylko postacią powinniśmy się oglądać. Nic prócz humoru, różowego, czarnego, okrutnego; tylko humor może nam przywrócić pogodę ducha. Nie piszę już nic poważnego." (Nie przypadkiem „Biały", jedna z części „Trylogii", był komedią.)

Ionesco wyznaje dalej: „Powinienem już właściwie nic nie pisać, ale przecież muszę zajmować się teatrem, układać opowiastki, ponieważ jestem zawodowym literatem, ponieważ taka jest moja funkcja. Ale naprawdę wszystko to nie jest wiele warte. Literatura - ulga, ucieczka. (...) Mówie wciąż, mówię, co mi pozwala nic nie robić. Literatura przynosi mi ulge, stanowi alibi...".

Zastąpmy jedynie „literaturę" i „teatr" kinem, a „mówienie" Ionesco - wymownym milczeniem obrazów Kieślowskiego. Czy nie uderza nas pokrewieństwo ducha i myśli tych ludzi? Jabłko niedaleko pada od jabłoni, a Ionesco i Beckett od Camusa i Sartre'a.

Wymierają pokolenia, których Bóg został ukrzyżowany na drutach kolczastych Majdanka, zatruty w okopach Verdun, rozstrzelany w Katyniu i spalony w krematoriach Oświęcimia. Pesymizm ciążył im na sercach, absurd kołatał w umysłach.

Chciałbym tu uniknąć patosu, jednak muszą napisać, iż my - żyjący tu i teraz - musimy sobie uświadomić, a może tylko uwierzyć, ze istotą świata jest jednak optymizm. W przeciwnym wypadku nigdy nie powstałoby życie.

Bóg jest optymistą.

* * *

W jednej z ostatnich wypowiedzi Krzysztof Kieślowski wyznał: „Ja wiem dokładnie, czego chcę. Czegoś nieosiągalnego: spokoju".

Nieosiągalnego?

*
*

Grażyna Szapołowska w "Krótkim filmie o miłości".
*
*


Więcej na ten temat


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy
  • dodano: 24 czerwca 2009 16:35

    Jestem pelna podziwu, to najlepszy tekst o Kieslowskim, jaki kiedykolwiek czytalam. To obok Bergmana najblizszy mi rezyser i jego sladow wciaz szukam u innych, z mniejszymi i wiekszymi sukcesami. Choc wielokrotnie probowalam cos o Kieslowskim napisac, Twoj tekst sprawil, ze nie mam nic do dodania. Zwarles cala esencje i jeszcze troche. Chyle czola.

    autor chihiro

    blog: www.chihiro.blox.pl

  • dodano: 18 marca 2009 16:28

    Telemachu,
    przecież zgodziliśmy się co do tego, że pewna epoka kina odeszła w przeszłość i się nie wróci.

    A jednak kino "ambitne" nadal powstaje (oczywiście - podobnie jak podana przez Ciebie dla przykładu opera - nie obyłoby się już ono bez subwencji.)

    Co chciałem wykazać?
    Otóż to, że amator filmu nadal jest w stanie znaleźć we wsółczesnym kinie coś, co jest godne uwagi; co jest interesujące, dające do myślenia, dostarczające estetycznej satysfakcji...

    Stwierdzernie, że "kino się skończyło" bywa często usprawiedliwieniem tego, że się przestaliśmy nim interesować, że już "nie mamy do niego serca".
    Moim zdaniem kino się jeszcze nie "skończyło", podobnie jak nie skończyła się jeszcze literatura, opera, teatr... choć oczywiście owe dziedziny sztuki także są nękane różnymi kryzysami, i swoje apogea mają już za sobą.
    Zmienia się równnież ich audytorium.

    PS. Niepotrzebnie zaczęliśmy pisać o percepcji kina w kategoriach liczebności widowni. Ty zasugerowałeś, że kilka tysięcy to mało, ja że dużo... etc. Zupełnie bez sensu.

    Nasze "mijanie się" wynika z czegoś innego: Twoje zainteresowanie kinem wygasło, moje nie. Dlatego widzimy je z innych perspektyw.

    autor Logos Amicus

  • dodano: 18 marca 2009 15:39

    Mijamy się Logosie. Ja o recepcji zjawisk i warunkach które muszą/powinny być spełnione aby zjawisko dalej zasługiwało na nazwę zjawiska a Ty o tym czy parę tysięcy to dużo. Postaram się to unaocznić na przykładzie opery. W XIX wieku była ona organizatorką zbiorowych emocji, targowiskiem próżności, zjawiskiem masowym z pierwszej strony gazety codziennej. Przyjazd Divy do metropolii był zdrzeniem rozpalającym namiętności, śpiewacy potrafili żegnać się arią na peronie z wielotysięczną rzeszą fanów a gazety pisały o tym tygodniami. Opera i jej twórcy rozpalali wyobraźnię tak jak dzisiaj masowe sporty. Za napisanie libretta można było nabyć rezydencję a miejsca w lożach były wykupione na lata. O to czy Verdi przewyższa Pucciniego lała się krew a straganiarki znały treść oper Wagnera na pamięć. Właściciele teatrów operowych robili na tym pieniądze.
    Obecnie opera i teatry operowe umarły by bez subwencji znudzonych zarządców finansów publicznych w ciągu tygodni.
    Swiat opery jako organizatora masowej wyobraźni odszedł na zawsze.

    I dkatego jest dla mnie w ocenie zjawisk kultury istotne jak zachowuje się widownia i ile jej jest. Bo po przekroczeniu pewnego progu spadamy do zupełnie innej ligi zjawisk.Ja pamiętam czasy w których nie mozna było nie obejrzeć najnowszego filmu Bergmana bo oznaczało by to towarzyski ostracyzm i kompromitację. I to obojętnie o czym by ten film nie był, ile by nie kosztował i kto by w nim nie grał.

    Pozdrawiam
    T.

    autor Telemach

  • dodano: 18 marca 2009 13:53

    Zdecydowanie "oczyszczający", ale więcej przy najbliższej notce na bloogu. O Kieślowskim kiedyś napisze więcej, ale jeszcze nie teraz, odbieram go zbyt osobiście, prywatnie, trzeba mi czasu...

    Pozdrawiam cieplutko z zimnego niestety południa Polski |:)

    autor Bastek

    blog: bastian-sondecki.bloog.pl

  • dodano: 18 marca 2009 0:50

    Telemachu,
    mnie naprawdę nie obchodzi to, czy filmy Kieślowskiego zobaczyło 8,956 osób, czy też 645,823. (Bardziej się tym powinni przejmować dystrybutorzy, chociażby.)

    Niezbyt też rozumiem tok Twojego myślenia, związany z poglądem na elitarność kina. Przecież,jeśli filmami jakiegoś reżysera zainteresuje się autentycznie te kilka tysięcy odbiorców, to jak najbardziej jest to odbiór elitarny, więc to kino można nazwać elitarnym. (Cóż to za elita licząca kilkaset tysięcy osób. To jakaś horda raczej :)?

    Zawsze będzie istniał podział na filmy elitarne i masowe, bo kino może być zarówno sztuką wyższą, jak i plebejską - może się lokować zarówno w parnasie, jak i w suterenie.
    A fluktuacje dotyczące liczby odbiorców są czymś normalnym.

    Podzielam jednak Twój żal i nostalgię za kinem autorskim par excellance, za czasami, kiedy kino odgrywało znaczną rolę w kształtowaniu świadomości intelektualnej, wpływało na ludzi myślących, poddawało do refleksji zagadnienia fundamentalne... Ta epoka kina przeminęła i już się więcej nie wróci.
    A jednak, moim zdaniem, nie jest to powód do rozpaczy. Jeśli ktoś się nie zniechęcił do kina, nie "stracił do niego serca", to nawet wśród produktów dzisiejszych jego twórców może znaleźć coś dla siebie, zaspokoić swój głód kinomana, oczekującego czegoś więcej, niż plebejskiej rozrywki.
    Mnie się to udaje.
    Dzięki chociażby takim filmom, jakie robi np. Alejandro Gonzales Inarritu... żeby podać pierwsze z brzegu nazwisko.
    I nie martwi mnie to, że te filmy zobaczy tylko 14,587 , a nie 3,427,598 widzów :)
    (Zresztą, zarówno "Amores Perros", jak i "Babel" oglądałem w pękającej w szwach sali kinowej, która może pomieścić blisko dwutysięczną widownię.

    PS. Mnie przebywanie w niszy zupełnie nie przeszkadza, pod warunkiem, że nie jest to... nisza nagrobna :)
    A nawet czasami jest tak, że im luźniej - tym lepiej, nieprawdaż? :)

    autor Logos Amicus

  • dodano: 17 marca 2009 23:26

    Krytyk Logosie jest również widzem. Ale - powiedzmy sobie szczerze - że nie jest grupą docelową. Nie jest tym odbiorcą o którym mówiłem. On jest również. Między innymi.
    Powiadasz amatorów takiego kina są tysiące? I to jest - drogi Logosie właśnie jak sądzę istota problemu. Bo kino - w swych założeniach nigdy nie miało być elitarne. Należałem sam do tych, którzy niegdyś żywili nadzieję że tak być może a czasami nawet powinno. Nieubłagana jest jednak wymowa cyfr w epoce panowania homo economicus. Tysiące. Kropla pasjonatów w oceanie konsumentów kultury masowej. Jeśli wylądowaliśmy w tym rzędzie wielkości to jesteśmy w jednej lidze z miłośnikami poezji starogreckiej, baletu wczesnoromantycznego lub ekspresjonistycznej rzeźby. W niszy. Istotą kina była zaś jego masowość. Nawet elitarność wyrażała się w setkach tysięcy odbiorców.
    Nie zamierzam umniejszać roli Kieślowskiego, wspaniały gość był. Nie przepadam jednak za kreowaniem i pielęgnowaniem złudzeń w celu poprawy dobrego samopoczucia. Kino autorskie stało się domeną garstki skorej do nostalgii i obdarzonej dobrą pamięcią. Ja znam to z czterech krajów w których spędziłem ostatnie dwa ziesięciolecia.chu Trudno mi uwierzyć w równoległy rozkwit ruchu niekomercyjnych kin studyjnych w USA, który w swej masowości umknął mej uwadze. I wierz mi - wcale mnie to nie napełnia ani zadowoleniem ani satysfakcją.
    Pozdrowienia
    T

    autor Telemach

  • dodano: 17 marca 2009 22:15

    Telemachu,
    a czy krytyk filmowy nie jest także WIDZEM ?

    Ja zresztą nie miałem na myśli "krytyków z ambicjami", tylko bardziej ambitnych, choć nieprofesjonalnych amatorów kina - i to konkretnie w Stanach. A takich jest tysiące :)

    autor Logos Amicus

  • dodano: 17 marca 2009 21:06

    Logosie, ze świadomości WIDZA - nie zaś krytyka z ambicjami. Jak wiesz chyba, wynikające z solidarności plemiennej myślenie życzeniowe ma tutaj raczej małą moc sprawczą. Kieślowski jest częścią kina, które jako powszechne zjawisko kulturowe zmarło w latach 80-tych XX wieku. Podzielam Twój żal, nie zmienia to jednak faktu, że reżyserzy-autorzy przestali być już przed laty organizatorami masowej wyobraźni, inspiratorami dyskusji i inicjatorami nowych estetyk. Od ponad ćwierćwiecza nie doczekaliśmy się żadnej nowej szkoły - kopenhaskie eksperymenty pomińmy milczeniem bo była to raczej sezonowa moda.
    Sądzę że Kieślowski - będąc częścią zamkniętej epoki miał jako Twórca szczęście. Zdążył na pociąg zwany kinem autorskim. Pociąg ten jednak już dawno odjechał a szyny rozebrano.Co jest smutne.

    autor Telemach

  • dodano: 17 marca 2009 18:12

    rysberlinie,
    ważny głos!
    To był ten Kieślowski "bliżej życia" - bardziej zgrzebny estetycznie..
    Później zaczęły się "celofanowe świecidełka", w które zaczął on owo "życie" owijać.
    Muszę się tu przyznać do swojej konsternacji - raz te "świecidełka" mi się podobały, to znów nie. Stąd moja ambiwalencja wobec Kieślowskiego.
    A jednak "Niebieski" wniknął we mnie dość głęboko, pewnie dlatego, że przyjąłem całą tę jego piękną formę i nastrojowość.

    autor Logos Amicus

  • dodano: 17 marca 2009 16:27

    oczywiscie dodam chetnie swoje
    zdanie
    kieslowski/dla mnie/to tzy filmy
    dokument"z punktu widzenia nocnego
    portiera" doskonale,widzialem w kinie przed jakims seansem filmowym,co siedzi w czlowieku
    ze wie lepiej?
    "amator"swietne sceny spoleczne
    "...w niedziele pojde do kawiarni i zjem wisniowa galaretke......",dobra praca dobra rozrywka przyjada "framerowie"bedzie wesolo i
    szczesliwi,tobyl rok `79
    dyskutowalismy,jak to jest mozliwie,ze ludzie maja takie marzenia w tak politycznym czasie,tak bylo
    i "arcydzielo" "krotki film o
    zabijaniu"suchy bez ckliwosci
    o banalnosci

    to jest moj kieslowski

    autor rysberlin

  • dodano: 17 marca 2009 1:38

    Telemachu,
    nie mogę się zgodzić z tym, że Kieślowski "ze świadomości widza został wymazany (wyjątkiem, co zrozumiałe jest Polska)".
    Myślę, że się go pamięta we Francji, a już jestem pewien tego, że się go pamięta w Stanach. W Ameryce był on - w czasie tej dekady po jego śmierci - najbardziej znanym reżyserem europejskim (i najczęściej wyświetlanym). Wyszło tutaj kilka książek o nim, zorganizowano kilkanaście przeglądów jego filmów. (Oczywiście mówię o środowisku ludzi zainteresowanych kinem innym, niż hollywoodzkie. Przyznam, że trochę mnie to dziwiło, ale ze względu na solidarność plemienną siedziałem cicho :))

    To fakt, Joselianiego prawie nikt nie zna (toć to prawie kloszard:)), jednak Antonioni i De Sicca dość mocno usadzeni są w historii światowego kina i raczej nie da się ich stamtąd wyrugować.
    Aldricha rzeczywiście szkoda ("Parszywa dwunastka" to za mało), bo był to reżyser bardzo wyrazisty i mający wiele do powiedzenia.
    Jeśli chodzi o Kazana, to osobiście nigdy go nie zapomnę za jego "Układ" (ale bardziej za książkę, niż film).

    autor Logos Amicus

  • dodano: 17 marca 2009 0:46

    Aniu,
    ależ kino Kieślowskiego jest właśnie takie "kobiece".
    Przynajmniej mnie tak się zawsze wydawało.

    Kieślowski wyszedł z naszego kina "moralnego niepokoju" (ukazującego zazwyczaj naszą inteligencką degrengoladę "made in PRL") i zaczął robić coś w rodzaju kina "moralnego niepokoju", ale już bardziej kosmopolitycznego. o wydźwięku bardziej uniwersalnym. Przstał być "swojski". Być może właśnie dlatego przestał się podobać w Polsce (a Ty wolałaś Wajdę czy Kutza, którzy "polscy" byli zawsze, jak się patrzy:))

    I jeszcze te piękne kobiety w jego filmach. Kieślowski miał do nich szczęście, a i one jakoś zgrabnie wpasowywały się w te jego klimaty i stylistykę - same zresztą je współtworząc.
    To wszystko przyczyniało się właśnie do "kobiecości" jego filmów.
    Tak to odbieram.

    autor Logos Amicus

  • dodano: 17 marca 2009 0:46

    Muszę przyznać, że nigdy nie byłam wielbicielką Kieślowskiego. Pewnie dlatego, że nie do końca rozumiałam jego filmy, a pewnie też dlatego, że one mnie - mówiąc najogólniej - niepokoiły. On faktycznie zadawał pytania, często bez odpowiedzi, albo z sugestią odpowiedzi właśnie bardzo niepokojącą. Jeżeli ma się naturę najoględniej mówiąc strachliwą, a ja taką mam, to się od Kieślowskiego "ucieka".

    I może faktycznie Kieślowski bardziej podobał się Francuzom bo oni byli przyzwyczajeni do takiego "milczącego kina". Lelouch i jego "KOBIETA I MĘŻCZYZNA" czy filmy z Jeanne Moreau...
    Właściwie Polacy (jak zwykle) zaczęli go doceniać dopiero po śmierci. To taka nasza narodowa skłonność.
    Do mnie bardziej przemawia kino Wajdy czy Kutza.Jest bardziej osadzone w naszych realiach . Zresztą z wiekiem mam skłonności bardziej do kina lekkiego, wstyd się przyznać, ale bardziej takiego "kobiecego".

    autor Ania

  • dodano: 17 marca 2009 0:25

    Miziole,
    Santa Barbara?
    Bardzo ładne miasteczko :)
    Podejrzewam jednak, że masz na myśli ten telewizyjny tasiemiec.
    Pewnie wyjdę na takiego, co to się z choinki urwał, ale naprawdę nie oglądałem ani jednego odcinka. Nie wiem więc, czy wszystkie uniosłyby tematykę, której nie zdołał poruszyć Kieślowski :)

    autor Logos Amicus

  • dodano: 16 marca 2009 22:50

    Obszerny nader temat. Kieślowskiego niegdyś nieomal czciłem. To było tak dawno temu, o ile pamiętam po obejrzeniu "Z punktu widzenia nocnego portiera" spać całą noc nie mogłem. Genialny i zapomniany dokument. Problemy rozpoczęły się w latach 80tych. Nie poradziłem sobie z koncepcją kina jako moralitetu dla krytyków.
    A recepcja Kieślowskiego?
    Pewnnie podobna jak w przypadku innych wielkich zmarłych, K. zdołał dołączyć do świata kina który bezpowrotnie odszedł. Jest na tej samej półce co reszta jego zmarłych kolegów oglądanych przez krytyków, adeptów reżyserii i krytyki oraz kilku koneserów.
    Jest go dużo w leksykonach. Ze świadomości widza został wymazany (wyjątkiem, co zrozumiałe jest Polska). Nie ma się jednak czego wstydzić. Kto w Polsce zna wczesnego Antonioniego lub De Sicce? Joselianiego z okresu przedemigracyjnego? Albo
    filmy Aldricha i Kazana? Pozdrawiam
    T

    autor Telemach

  • dodano: 16 marca 2009 15:53

    Zadajesz trudne pytania Amicusie :-))Ja jestem tez troche "cofniety" przez ten St Patrick's Day weekend, wiec odpowiem krotko,ze oczywiscie te filmy dotykaja wybranych problemow, jak najbardziej wybiorczo.Inaczej Kieslowski musialby nakrecic tyle samo filmow ile jest odcinkow Santa Barbary :-))))

    autor miziol

    blog: miziol.bloog.pl

  • dodano: 15 marca 2009 17:05

    Miziole,
    piszesz: "(Filmy Kieślowskiego) wydają się raczej być obserwacją życia takiego jakim ono w rzeczywistości jest".

    Czy uważasz, że nie ma w nich nic wybiórczego?

    No właśnie:

    - jak się ma "wybiórczość" autora do stylistyki, którą się on posługuje?
    - jak się ma "wybiórczość" w postrzeganiu świata do charakteru i temperamentu twórcy?
    - jak się ma "wybiórczość" przy konstruowaniu dzieła do wizji świata, jaką chce w swoim filmie przekazać nam jego twórca?

    Na ile to wszystko jest "manipulacją", a na ile procesem twórczym związanym po prostu z subiektywizmem?

    autor Logos Amicus

  • dodano: 15 marca 2009 16:20

    Logosie, jak zwykle dotkliwie, wyniosle i nieco sztywniacko. Poruszasz interesujace mnie tematy, dlatego tu jestem. Ale ta grzecznosc Twoja z jednoczesnym sarkazmem dystansuje mnie bardzo. Bo widzisz sztuka w sztuce to jest najwieksza sztuka. i czytajac komentarze swietnie sie bawie i ucze

    autor orchi

  • dodano: 15 marca 2009 16:10

    Orchi,
    tutaj się odzywają także ludzie młodzi, czyli wygląda na to, że jestem jekoś w stanie nawiązać z nimi kontakt... nie tylko emocjonalny, ale i intelektualny.
    Wychodzi na to, że interesują ich moje teksty - tematyka, jaką w nich poruszam.
    Są także goście, którzy odwiedzają moją stronę od dawna, ale którzy nie zabierają głosu. Ja myślę, że gdyby się tu nudzili, to by już więcej nie zaglądali.

    Mam własną koncepcję prowadzenia bloga i raczej się będę jej trzymał... co nie znaczy, że lekceważę uwagi, takie jak Twoje.
    Jeśli ktoś jednak chciałby dogodzić wszystkim, to w końcu nie dogodziłby nikomu.
    "Follow your guts" - to jest dewiza, która mi się podoba.

    PS. Wolałbym jednak dyskutować na temat poruszony we wpisie, czyli Kieślowski i jego filmy.
    Te komentarze, które już są, świadczą o tym, że są jednak osoby - i to w młodym wieku - którym ten temat jest nieobojętny.

    autor Logos Amicus

  • dodano: 15 marca 2009 15:44

    jedynym powodem dla ktorego tu ludzie pisza to interakcja kochaniutkiego logosa. Ma sie podejscie do ludzi to i jest odzew. To co w tresci komantarzy to zwyczajne tlo, istota jest doskonala komunikacja autora tego blogu z czytajacymi i piszacymi. Wspolne zainteresowania, wspolny punkt widzenia i punkt siedzenia przybliza. Wartosc slow jakimi sie ludzie posluguja, a raczej ich ladunek energii emocjonalnej pociaga do dyskusji. W zasadzie po co to wszystko? Logosie wystarczaja Ci rowni Tobie? Czy nie zastanawiales sie nad tymi, od ktorych mozesz niepostrzezenie nauczyc sie czegos nieoczekiwanego, calkiem czegos innego, czegos wiecej? Czy trzeba koniecznie ogladac to co inni podaja na tacy miast ogladac zycie? Logosie tworz sam-to przeczytam z przyjemnoscia, a filmy... coz, nie mam czasu...Szkoda abys tworzyl teksty tylko dla podnoszenia swego ego sprzedajac´´swoja wiedze.Tworz w sposob spontaniczny. Spojrz w jakim kierunku biegnie swiat i poruszaj modzierz, to co ich nurtuje, a kultura ...? i owszem moze kiedys, jak kulture majow odkopia jakies ufoludki z nieodkrytego ladu lub nieodkrytej planety, jak kiedys ameryke bialy czlowiek?. Nawt spojrzalam dzis w co dziesiate zdanie... smierc, hmm, tykajacy zegar przyszlosci, swiadomosc tego czego nie zdolalismy spelnic. Najbardziej w pamieci zapada to co bylo najwiekszym marzeniem i najwiekszym strachem czlowieka. Spelniony czlowiek nie mysli o smierci, znudzony jej oczekuje, zniewolony od niej ucieka i zal mu odchodzic.SMIERC JEST NAJWIeKSZA SPARWIEDLIWOSCIA? Nie, nie jest i nigdy nie bedzie. Ale to jest, jak przeznaczenie. Ja chcialabym byc prawnikiem, no prokuratorem

    autor orchi

Komentuj z OpenID

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

środa, 23 kwietnia 2014

Licznik odwiedzin:  1 016 055  

Kalendarz wpisów

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O świecie

Świat nie przestaje mnie zadziwiać.

Czym chcę się z Tobą podzielić?

Refleksje na temat szeroko pojętej kultury i człowieka: literatura, kino, filozofia, sztuka, psychologia, kultura masowa, natura, podróże...

BEST OF BRAIN GRAFFITI

ARTYKUŁY

BLOG GŁÓWNY

FOTOGRAFIA

GALERIA

LAPIDARIA, MAKSYMY...

LIRYCZNIE?

LITERATURA

MALARSTWO I SZTUKA

NATURA

NOTATNIK FILMOWY

OBRAZKI

OSOBISTE

POLITYKA

TEMATY RÓŻNE

WŁÓCZĘGI

Z MIEJSCA NA MIEJSCE

ZDJĘCIA

Statystyki

Odwiedziny: 1016055
Jeśli Ty chcesz się ze mną czymś podzielić, zostaw komentarz, lub napisz: carpediem@wp.pl

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl