__________________________________________________
Poniższy tekst nawiązuje do pewnego filmu, którego prawdopodobnie nikt z czytających te słowa nie widzał (żadna ujma), a jednak dotyczy czegoś bardziej ogólnego, z czym mamy do czynienia właściwie wszyscy: z pretendującymi do miana Wielkiej Sztuki pseudo-artystycznymi wydmuszkami, które mają poparcie znacznej części "koneserów" i krytyków kina, a wpędzają w konsternację zwykłego widza.
__________________________________________________
*
____________________________________________
W studyjnym kinie "Facets" film Theo Angelopoulosa "Ulysses' Gaze" ("Spojrzenie Odyseusza"). Ponoć arcydzieło (Nagroda Specjalna Jury na festiwalu w Cannes w 1995). Przez trzy bite godziny Harvey Keitel drepta śladami Odysa, smęcąc się po Europie, podróżując w czasie i wspomnieniach, ogarnięty jakąś idee fixe - dla świata niewiele istotną, dla niego stanowiącą ponoć paliwo napędowe życia (poszukiwanie zaginionego dokumentu sprzed kilku dziesiątków lat).
Po seansie, kiedy już rozmawialiśmy w naszym małym gronie, wyrwało mi się stwierdzenie, iż zanudzanie widza to największy grzech jakiego może się dopuścić reżyser wobec pobliczności: te przeciągające się w nieskończoność ujęcia, natrętne powtórzenia, powłóczyste dłużyzny, nagłe zjazdy i odjazdy, narracyjna obstrukcja...
Na takowe dictum pewna młoda a zadziorna osóbka zarzuciła mi gwałtownie gruboskorność i ciasnotę, gdyż - według niej - ta cała asceza na ekranie to po to, abym mógł użyć swojego "intelektualnego zaplecza". Odpowiedziałem jej, że mojego intelektualnego zaplecza to ja mogę sobie użyć nie ruszając się z domu, siedząc sobie wygodnie w fotelu, kontemplując to i owo. Nie potrzebna mi do tego duszna i zatłoczona sala, a od filmu oczekuję czegoś więcej, niż pretekstu do uruchomienia mojej wyobraźni, wiedzy i intelektu. Przecież kino powinno być czymś więcej niźli tylko obrazkami i malarstwem. Dysponuje bowiem tak wielkimi możliwościami oraz specyficznymi właściwościami, iż z łatwością może przekazać nam moc pojęć, znaczeń, myśli, sensów, smaków i sugestii, poruszając tym samym naszą wyobraźnię, ukierunkowując poznanie, otwierając percepcję... Jeśli tego nie robi, to marnuje się jako artystyczne medium a widzowie zasypiają.
Dlaczego - do cholery! - mamy wytężać się i domyślać, co też reżyser miał na uwadze, skoro nie raczy on zrobić ku nam żadnego gestu? Nie daje żadnego znaku, ni przesłanki; nie zdobywa się na żadną wskazówkę, ślad, poszlakę... I skąd mamy to wiedzieć, że pokazując przez 5 minut głowę posągu Lenina, przepełniony był on w trakcie kręcenia tej sceny geniuszem?
To co widzimy, to ziejąca z ekranu kolosalna pustka.
Moim zdaniem, każdy reżyser winien zdawać sobie sprawę z tego, że widz przed ekranem ma w pewnym sensie prawo do bycia leniwym. Dopiero film ma za zadanie stymulować, pobudzić, sprowokować - może nawet czasem walnąć po wszystkich zmysłach tak, by go człowiek popamiętał, a przynajmniej zaczął myśleć - nie ziewając (i bynajmniej nie chodzi mi tu o pirotechnikę i fajerwerki.)
Od dawna nie mam zaufania do jury różnych filmowych festiwali, tak samo, jak żadnym autorytetem nie jest dla mnie choćby... gremium przyznające literacką nagrodę Nobla. Jego udziałem była bowiem niejedna kompromitacja. Gloryfikuje się jakąś efemerydę, a później wielu ludziom brak odwagi, żeby powiedzieć, iż król jest nagi... gdyż może rzeczywiście (tak sobie mogą myśleć) te nowe szaty na nim wiszą, tylko oni nie są w stanie ich zobaczyć?
(Czasem podejrzewam, że istnieje coś takiego jak "stadny" elitaryzm - bezkrytyczne cmokanie nad z góry zadanym "arcydziełem".)
Snobizm jest dobry, ale tylko jako początek drogi. Później staje się pewnym rodzajem więzienia - ziemią dość jałową. Przeżywanie sztuki nie może być sztuczne. Jeśli takie się staje - ze sztuki tej uchodzi życie.
*
*
* * *
Obraz Angelopoulosa obejrzałem nie stykając się wcześniej z żadnym z wcześniejszych filmów tego reżysera. Być może, gdybym znał jego twórczość, to - siłą rzeczy - na "Spojrzenie Odyseusza" patrzyłbym inaczej. Ale przecież nie miałem takiego obowiązku - to był film autonomiczny, jako taki go odebrałem i oceniłem.
Nie zrobiły na mnie większego wrażenia informacje o nagrodach, jakie on zdobył, ani to, że przez magazyn "Time" uznany został za jeden ze 100 najlepszych filmów tzw. "Wszechczasów". Poszedłem za swoim odczuciem i refleksją, wyrażając własną opinię, która jednakże nie ma nic wspólnego z przewrotnością, przekorą, ani jakimś zarozumialstwem.
* * *
Już po napisaniu tego tekstu dowiedziałem się o małym, ale jakże znaczącym incydencie, jaki miał miejsce podczas rozdawania nagród na festiwalu w Cannes. Otóż, kiedy Angelopoulos usłyszał, że przyznano mu "tylko" Nagrodę Specjalną Jury, a nie główną, jaką jest Złota Palma, wstał nagle i ostentacyjnie opuścił salę, rzucając sarkastycznie po drodze: "Jeżeli tylko to możecie mi dać, to ja już nic więcej nie mam do powiedzenia".
To tylko potwierdziło moje zdanie o kolosalnym zadufaniu reżysera. To samo zadufanie odczułem stykając się ze "Spojrzeniem Odyseusza".
Dostateczny powód, by się do filmu zrazić, tudzież zadumać nad pustką, jaką często niosą ze sobą "kolosy".
* * *
*
*
*
Ilustracje: kadry z filmu Theo Angelopoulosa "Spojrzenie Odyseusza".
*
No cóż... Nie widziałam tego filmu, ale chyba zdam się na twoją ocenę. Nuda i przedłużające się pustki nieudolnego reżysera nie można mylić z pełnego znaczeń zawieszenia np Bergmana, czy Kieślowskiego. Ale ponoć o gustach się nie dyskutuje, można tylko wyrażać swoją opinię :)
Pozdrawiam cieplutko :)
autor: Bastek
Przez Ciebie zaczęłam się zastanawiać, komu i czego nie umiałabym wybaczyć. Twórcom - wszystko, takie ich zbójeckie prawo.
Pozostałym? prawie wszystko, bo to z kolei moje zbójeckie prawo.
I jak pozbyć się Mickiewicza? "Powrót taty": 'Nie dziękuj, wyznam Ci szczerze..."
Jeszcze jedno - wzruszyłeś mnie i doskonale wiesz,czym, dziękuję!
autor: defendo
Logos, no tak, teraz to rozumiem ;) Trzewia. Z tym pogadac z tym pomilczec.
To co piszesz o snobizmie - proste a ciekawe i ma uzasadnienie, wstyd żem sama nie pomyślala.
Zgadzam sie z Sarną odnośnie do Rosjan - oni tesknią za "bezpieczeństwem" życia w dawnym Imperium. Wielu z naszych obywateli też tęskni za PRL-em i to namacalnie. Poza tym nostalgia jest jak wszystko inne "niewymierzalna". Coś odchodzi? Co? A cholera wie, ale smutno, bo to częśc historii, naszego życia. Coś po prostu odchodzi i jest smutno, albo po prostu cicho...
autor: tani1
blog: tanigucci.blox.pl
:) Sądzisz, że bym go nie poznała? Odniosłam się do tego kadru jak do pewnego symbolu przemijania, smutku za tym, że nie cofniesz , nie wrócisz, nie poprawisz. Nieważne czy to będzie epoka Lenina, uroku szlacheckich zaścianków, czy Twoje dzieciństwo.
Chodzi o to, że czujesz dojmujący klimat przemijania. Ja poczułam taki smutek patrząc. Mogłabym go również poczuć słysząc np muzykę,a nie patrząc. Fakt, że uprzedziłeś komentarzem, więc w pewien sposób to może rzutować , sugerować sposób postrzegania i czucia. Myślę jednak, że w moim przypadku nie rzutuje, a sam film chyba właśnie teraz, po Twojej "reklamie" chciałabym obejrzeć.Poza tym zauważ, że o ile Twoja ironia w pytaniu do mnie o nostalgię za Leninem mogłaby być zasadna z uwagi na jego kompromitację z historycznego punktu widzenia , to to samo pytanie skierowane już do jego rodaków mogłoby być nietaktem.Wielu Rosjan bez względu na prawdę historyczną nadal kocha Lenina i Stalina. Myślę, że ich nostalgia za nimi związana jest z "potęgą" Rosji za ich rządów, dumą narodową, uczuciem tożsamości.I nawet Ty nie możesz im zabronić tak czuć mądralo :)
autor: Sarna
Sarno,
jeśli chodzi o ten kadr, który jest nad komentarzami, (a o którym piszesz, że jest wymowny):
to "coś" to Lenin, i nie odchodzi, a raczej odpływa :)
Wybacz, ale żeby czuć za czymś takim nostalgię? :)
PS. A Twojej reakcji na ten film naprawdę byłbym ciekaw.
Czy jednak nie myślisz, że po tej tutaj dyskusji nie patrzyła byś na ten film inaczej, niż gdybyś nic o nim wcześniej nie wiedziała?
autor: Logos Amicus
Miziole,
ostro, czysto, wprost i jasno wyłożyłeś swoje preferencje, jeśli chodzi o kino.
Jesteś chyba tym (i to dobrym)przykładem "zwykłego widza" o jakim pisała Sarna. (Myślę, na tyle Cię chyba znam, iż odbierzesz to bardziej jako komplement niż deprecjację :)
"Gran Torino" niestety mi umknął, podobnie jak "Daubt" - a są to filmy, które także chciałem zobaczyć. Może jeszcze się uda ?
PS. Gówno chyba jednak bardziej się połyka, niż żuje :))
autor: Logos Amicus
Nie twierdzę, że film jest nudny, bo zieje smutkiem i nostalgią.Wręcz przeciwnie.Do mnie przemówił już sam obraz, jestem ciekawa filmu.
autor: Sarna
Cześć Sarenko,
ledwie żeś się pojawiła, a jużeś tak błysnęła :)
A gdzieżeś tak długo brykała, kiedy Cię tu nie było ? :)
Widzę,że Twoja apologia "zwykłego widza" zabrzmiała wręcz niczym jego apoteoza :)
Prawie ze wszystkim, co napisałaś o artyście, się zgadzam. Także on, mimo swoistej społecznej "taryfy ulgowej" ma swoje - nie tylko prawa, ale i obowiązki. I to nie tylko wobec siebie. Ma pewne obowiązki choćby wobec sztuki, którą uprawia.
Jak już poprzednio wspomniałem, ów narcyzm Angelopoulosa zupełnie by mi nie przeszkadzał, gdyby mi się jego film spodobał. Ale mi się nie spodobał, więc ten jego narcyzm mnie zirytował. Trzewie, you know...
Czy pochlebię sobie, jeśli napiszę, że to była taka ludzka reakcja ? :)
PS. To, że z jakiegoś filmu "zieje smutkiem", że ukazuje on nostalgię - coś, co odchodzi... jeszcze tego filmu nie dyskredytuje - nie musi oznaczać, że jest to film zły czy nudny.
autor: Logos Amicus
Defendo,
mnie również zachowanie Angelopoulosa nie dziwi. Poza tym wiele potrafię wybaczyć artyście :) Ale raczej takiemu, którego lubię... albo lubię jego twórczość. Nie miałbym za złe tej rekacji Angelopoulosowi, gdyby spodobał mi się jego film - wręcz bym się z tym jego wyniosłym sarkazmem solidaryzował.
Teraz widzę, że źle się wyraziłem w końcówce mojego tekstu; to nieprawda, że to zachowanie reżysera było dostatecznym powodem, by się zrazić do jego filmu.
Do jego filmu zraził mnie sam film, a dopiero poźniej zraziło mnie jego zachowanie w Cannes.
Przy czym, bardziej to sprawa "trzewi" (o których wspomniała October), a nie jakiegoś savoir vivre'u :)
autor: Logos Amicus
October,
metodologia funkcjonalna to jedno, a obowiązki artysty wobec odbiorcy to drugie.
(Jeśli twórca-artysta decyduje się na wyjście ze swoim dziełem ku odbiorcy, to chyba ma wobewc niego jakieś obowiązki - choćby obowiązek komunikacji.)
Tak sobie myślę, że ja również owej zadziornej osóbce przyznałbym rację, gdyby po prostu film wydałby mi się dobry. Ale raczej małe były na to szanse.
Ja wiem czego szukam w kinie i czego po nim oczekuję. I opieram się tutaj bardziej właśnie na zmysłach, a nie intelekcie. Napisałaś niedawno kapitalne zdanie, że "poglądy biorą się z trzewi".
Również z trzewi bierze się moja reakcja na film.
Dopiero później zaprzęgam ewentualnie swój intelekty, by ową reakcję sobie (a niekiedy i innym) wytłumaczyć.
(Bo oprócz tego, że jestem zwierzęciem emocjonalnym - taką zmysłową bestią, to jestem także istotą racjonalną - a właściwie jakąś tego wszystkiego mieszanką :)
Może boskim koktajlem, może miksturą diabelską ? :))
autor: Logos Amicus
Tani,
ja nie mam zamiaru nikogo namawiać do oglądania jakichkolwiek filmów, ani tym bardziej zniechęcać do tego.
Może czasem tylko chciałbym coś polecić, ale nie na zasadzie dydaktyki, tylko chęci podzielenia się czymś, co mnie poruszyło, co uważam za dobre i wartościowe.
Nie chciałbym bowiem podchodzić do sztuki dydaktycznie. Jeśli jednak o czymś piszę, to poddaję to ocenie, czasem krytyce. Tym sposobem, chcąc nie chcąc, opowiadam się za taką a nie inną estetyką; preferuję taki a nie inny rodzaj gustu, dzielę się sympatią lub antypatią wobec konkretnych przejawów twórczości, wobec samych artystów... etc.
Często trudno jest nam wytłumaczyć sobie (a nawet zrozumieć) nasze reakcje, które czujemy zazwyczaj gdzieś tam głęboko w naszych "trzewiach". Dlaczego np. czyjeś milczenie nam sie podoba, a kogoś innego już nie? Dlaczego wolelibyśmy pomilczeć sobie z tym człowiekiem, a nie z innym?
My to wiemy, to czujemy ale często... wytłumczyć nie umiemy :)
Podobnie jest z naszyum podejściem do sztuki i jej percepcją. To dlatego większość rozkłada ręce i mówi: de gustibus non dispudandum est :)
* * *
A jeśli chodzi o snobizm?
Osobiście, generalnie nie lubię snobizmu, ale także widzę jego dobre strony. Uważam wręcz, że bez snobizmu sztuka mogłaby dość szybko "odwalić kitę", że sie tak brzydko wyrażę.
Znaczna część sponsorów, czy też nawet mecenasów kultury to snobi. Bez ich poparcia wielu artystów byłoby niezdolnych do przetrwania; dzięki nim organizuje się wernisaże, wystawy, sympozja, festiwale... To oni wspierają teatr, operę, balet, orkiestry symfoniczne... itd.
Nie przeczę, że wśród tych sponsorów jest także wielu autentycznych "miłośników" sztuki, zdarzają się nawet koneserzy, choć to rzadkość.
Uważam też, że pewien impuls snobistyczny przydaje się czasem do tego, by się czymś - jakąś dziedziną sztuki - zainteresować. Jednak musi się to przerodzić w coś autentycznego. Tylko wtedy bowiem można się pozbyć tego odium szpanertwa, pozerstwa i sztuczności, które ciąży na wszelkiej maści snobach.
autor: Logos Amicus
Przyznam sie,ze nie dziwie sie twojej reakcji Amicusie. Ja dostaje wysypki,kiedy musze sie meczyc na jakims ambitnym gniocie, oszukany jakas pochwalna recenzja kogos,kto zyje tak nudnym zyciem,ze znajduje przyjemnosc w psychicznym katowaniu sie tego typu produkcjami.Obejrzalem ostatnio "Gran Torino" Clinta Eastwooda. Kino jak najbardziej autorskie i poruszajace REALNE problemy, ktore moga spotkac kazdego z nas. Przy tym wszystkim film zrobiony ciekawie, z pasja i dla kazdego. Mozna to ogladac jak western i jak gleboki dramat. Rzecz jasna tworca nie musi sie zastanawiac czy ma jakies obowiazki wobec odbiorcy, tylko wtedy powstaje pytanie dla kogo tworzy te swoje "dziela". Jesli tylko dla zaspokojenia jakichs wewnetrznych potrzeb, to chyba nie powinien sie obrazac, ze nie jest obsypywany nagrodami. Ja wole solidnych rzemieslnikow takich jak Eastwood niz "wielkich artystow", ktorzy przemawiaja nie wiadomo do kogo.Wole kiedy serwuje mi sie te znajome, zwyczajne w smaku potrawy filmowe,ktore choc dobrze znane i zwyczajne, to jednak lekkostrawne i soczyste. Lepsze to chyba niz zucie jakiegos gowna i zatanawianie sie nad niecodziennoscia, odmiennoscia i zaskakujaca glebia jego smaku i zapachu.Pozdrawiam
autor: miziol
blog: miziol.bloog.pl
Twój wpis Amicusie podąża w dwóch kierunkach. Jeden dotyczy narcyzmu reżysera, a drugi snobizmu wszelkiej maści jury.Oba zagadnienia można rozpatrywać zarówno w kontekście cech pozytywnych jak i niepożądanych.
W zasadzie artyście (twórcy) dużo się wybacza, bo kto jak kto, ale właśnie przedstawicielom bohemy wypada być ekscentrykami, indywidualistami, wyrażającymi protest przeciw konwenansom, uznanym normom społecznym, obowiązującym poglądom estetycznym. Mogą i powinni szokować, prowokować,irytować, zmuszać do dyskusji, dialogu, bądź riposty. Nieważne jak to zrobią, byle zrobili to "uczciwie" tj. będąc wiernymi samym sobie. Jest to ich obowiązek względem odbiorcy ( i tu się nie zgadzam z przedmówcą, który stwierdził, że artysta nie ma żadnych obowiązków względem odbiorcy).Bywa, że narcyzm jest impulsem twórczym i tu jest ok, ale gdy jest typowym przejawem egocentryzmu, gdy samolubstwo i samouwielbienie są osłonką przed zakorzenionymi lękami, strachem przed odrzuceniem, które narcyz chce leczyć kosztem odbiorcy, to niech się ugryzie:) W przeciwieństwie do Ciebie Amicusie nie mam obaw, że pseudosnob wbije zwykłego widza w konsternację. "Zwykły widz" jest niezmanierowany, pozwala sobie na lenistwo w kinie, polega na zmysłach, ma własne zdanie, nie ma zadęć pretendowania do miana konesera i krytyka, a tym bardziej snoba.
Zwykły widz nie sili się na snobizm, czyt. hipokryzje udawania kogoś kim nie jest, byle zaimponować innym wiedzą, którą pozornie tylko posiadł, w dziedzinach o których nie ma lub ma blade pojęcie.
Co do ostentacyjnego wyjścia Angelopoulosa ... Zachował się jak typowy narcyz, który przecież nie uznaje krytyki, a dla swojego twórczego istnienia potrzebuje adoracji, widowni TUDZIEŻ:) aplauzu. Skoro ich nie doświadczył , obrażony zabrał zabawki.. Mnie to ani ziębi, ani grzeje, ludzki odruch, chociaż dziecinny.
A co do samego filmu. Nie znam go, ale kadr który zamieściłeś bezpośrednio nad komentarzami jest wymowny. Dla mnie zieje z niego smutek, coś odchodzi, nostalgia.
pozdrawiam 
autor: Sarna
Nie widziałam tego filmu. Zachowanie reżysera mnie o tyle nie dziwi, że twórcy chimeryczni są. Marquez wysłał swoją książkę do wydawnictwa, a odwrotną pocztą otrzymał radę, żeby zajął się raczej czymś innym niż pisanie. Został komiwojażerem, co zresztą doskonale mu zrobiło, bo zbierał obserwacje i historie, które potem wspaniale wykorzystał w swoich powieściach.
Często podobają mi się teksty czy filmy, które nie znajdują uznania w oczach większości, często chwalę pod niebiosa wiersz, który dla innych jest trudny do zaakceptowania, znasz mnie zresztą ;)
autor: defendo
Ja nie stosuję wobec sztuki rygorów funkcjonalnych. Zresztą sztuka nie bardzo poddaje się metodologii funkcjonalnej. Według mnie artysta (w tym filmowiec) nie ma żadnych obowiązków wobec odbiorcy. Toteż Twoja zadziorna znajoma w jakim sensie ma rację, co do zaplecza, tyle tylko, że na pierwszej pozycji ustawiłabym raczej zmysły, niż intelekt(który w większości przypadków raczej poznaniu nie przeszkadza, lecz nie wydaje mi się niezbędny jako narzędzie percepcji).
autor: october
blog: october.blox.pl
Snobizm, jak sadze nie jest dobry ani na poczatek, ani na koniec. Brak tresci, to po prostu brak tresci, forma czasem ratuje, ale... Pustka moze nam dawac pole do przemyslen, tak samo jak milczenie, a moze i nudzic. Zalezy co kogo nudzi. Z Kieslowskim jest podobnie. Dla mnie... kiedy pisales powyzsze od razu nasunelo sie takie porownanie. Kieslowski jest uznany? Jest. Angelopulos moze nie az tak, ale moze i on po prostu nie znajduje na pewne rzeczy odpowiedzi. Moze to wlasnie, co pokazuje jego porusza, a Ciebie nie? Naturalnie "dzielo uznane, to ksiazka, ktora chwali sie nie czytajac" (chyba Twain, nie pamietam). Masz racje, co do Nobla. Moja przemadra prof. od historii literatury zwykla byla mawiac, ze Nobel to nagroda w sumie dosc przypadkowa, a czasami i wymeczona. Ot, ktos musi to przetlumaczyc, przedstawic szacownemu gronu, a jesli jest rzadkie... z dalekiego zwlaszcza kraju... W wielu rzeczach mozna sie doszukac drugiego dna.
Pod tym wzgledem jestem slepa na wiele obrazow Kieslowskiego. Mnie paradoksalnie najbardziej podobal sie Bialy. Angelopulosa nie znam, moze czas obejrzec? Mowisz, ze nie?
autor: tani1
blog: tanigucci.blox.pl
sobota, 20 marca 2010
Licznik odwiedzin: 175086
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||

Świat nie przestaje mnie zadziwiać.
Refleksje na temat szeroko pojętej kultury i człowieka: literatura, kino, filozofia, sztuka, psychologia, kultura masowa, natura, podróże...